» Recenzje » Brudne ulice Nieba

Brudne ulice Nieba

Brudne ulice Nieba
Tad Williams to prawdziwy człowiek renesansu – komponuje, maluje, lecz przede wszystkim pisze w rozlicznych podgatunkach fantastyki. Teraz próbuje swych sił w urban fantasy, ukazując w Brudnych ulicach Nieba przeniesiony w naszą rzeczywistość odwieczny konflikt pomiędzy aniołami i demonami. Wynik jak zwykle jest mistrzowski, a przedstawiony świat mocno odbiega od sztampowych czarno-białych podziałów.

Doloriel jest aniołem, znanym w San Judas Tadeo pod mianem Bobby’ego Dolara. Wiadomo – nie należy szokować śmiertelników swym niebiańskim pochodzeniem, zwłaszcza że robota bywa zazwyczaj monotonna: ot, typowo adwokacki obowiązek występowania przed nadziemskim sądem w roli obrońców dusz, na które mają zakusy siły piekielne. Czyli – nuda. Nie pozostaje więc nic innego, jak folgowanie własnym słabościom i rozlicznym, bynajmniej nie anielskim chuciom. Również inni rezydenci Nieba moszczą sobie wygodne i bezpieczne enklawy.

I nagle wszystko zaczyna się sypać. Przede wszystkim za sprawą Dolara, który ma wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty, ba, rzec można, iż jego drugie imię brzmi "mamy problem". Od dawna zajmował poczesne miejsce na liście istot nie do końca tolerowanych przez niebiańską wierchuszkę i tylko fakt, iż jest niezwykle skuteczny, powstrzymywał Archanioły i przedstawicieli Eforium przed wywalaniem go na zbity (permanentnie zresztą) pysk. Jednak tym razem Bobby wplątał się w nie lada aferę. Nie dość, że dusza, której miał bronić zaginęła, to ów fakt okazał się jeno wierzchołkiem góry lodowej, a przeprowadzone po części na własną rękę śledztwo zaprowadziło Dolara w wielce niebezpieczne rejony.

Ale "kłopoty to moja specjalność" Doloriel nie pierwszy raz stawia czoła wrogowi jawnemu i ukrytemu oraz uczestniczy w wielowarstwowych spiskach. Nim został adwokatem, był członkiem specjalnej anielskiej jednostki kontrataku "Harfa" i pod czujnym okiem twardego szkoleniowca Leona Lochagosa przeszedł morderczy trening, przygotowując się do zdecydowanych, często mocno niekonwencjonalnych sposobów gnębienia zarówno ludzkich, jak i piekielnych przeciwników. Zatem Doloriel – zgorzkniały i cyniczny, któremu, teoretycznie, na niczym nie zależy, jest osobą idealną do rozplątania sieci intryg. I czyni to w specyficzny sposób, niczym skrzyżowanie detektywa z filmów noir i Brudnego Harry'ego, wykazując się błyskotliwą inteligencją i zadziwiającą umiejętnością łączenia pozornie bardzo odległych faktów, a gdy zaistnieje taka konieczność, stosując brutalną siłę. To zaś, biorąc pod uwagę jego wyszkolenie i anielski "tuning", daje efekty prawdziwie widowiskowe.

Lecz pod maską twardziela (Doloriel ma w mojej głowie, mocno niezgodną z Williamsowskim opisem, twarz młodego Clinta Eastwooda) kryje się mocno pokancerowane wnętrze, wrażliwość, samotność oraz potrzeba przyjaźni i miłości. Nasz Bobby posiada garstkę wypróbowanych druhów. To niezawodna ekipa anielskiej delegatury z jego dawnym towarzyszem broni – Samarielem, czyli Samem, tudzież informatorem i specjalistą od Internetu George'em, zwanym Tłuściochem. Warto wspomnieć, iż jest to jedna z bardziej specyficznych postaci w książce: świniołak, któremu nie powiodło się w negocjacjach z demonami i w efekcie za dnia jest człowiekiem o świńskim rozumie, nocą zaś dorodnym knurem o błyskotliwym umyśle. Natomiast związki z kobietami są dla Bobby'ego znacznie trudniejsze. Ma za sobą liczne przygodne romanse, a z anielicą Moniką łączy go "przyjacielska" relacja. Gdy wreszcie spotyka ziszczenie swych erotycznych (i nie tylko) fantazji, mając pełną świadomość, iż obiekt jego fascynacji to demonica – brnie w ten układ, nie bacząc na konsekwencje.

Zresztą, trudno mu się dziwić, gdyż hrabina Casimira Zimnoręka jest, zaiste, fascynująca. To prawdziwa demoniczna femme fatale – zimna i wyrachowana, najbardziej bezlitosna przedstawicielka sił piekielnych, intrygantka, manipulatorka zdolna omotać każdą ofiarę piorunującą mieszanką inteligencji i zmysłowości. Promieniująca kocim wdziękiem, będąca wręcz uosobieniem seksu, ziszczoną wizją miłośnika sado-maso, lecz jednocześnie pod obliczem wyrachowanej suki kryjąca bolesną przeszłość i nigdy niezaspokojone tęsknoty. Williams potrafił zawrzeć w tej postaci cechy pozornie kompletnie do siebie nieprzystające, wzbogacić je odpowiednią dawką dramatyzmu, przypisać traumatyczną i rzutującą na obecne wybory historię (choć minimalnym, moim zdaniem, zgrzytem jest dobór samego imienia, gdyż Casimira jest Polką, a próżno szukać w naszych annałach takiego "staropolskiego" miana). I kiedy się spotkają – owa demonica po przejściach i anioł z przeszłością, oboje głodni uczuć, połączeni wbrew wszelkim regułom i zakazom, bynajmniej nie tylko iście piekielnym seksem (autorowi udało się mimo dość pikanych jego opisów nie popaść w obsceniczność i pornografię, a nie jest to łatwe zadanie) – iskrzy, i to bardzo mocno. Mimo to Williams cały czas pozostaje w klimatach czarnego kryminału à la Raymond Chandler, zatem i główni bohaterowie są świadomie stylizowani na samotnego (pomimo przyjaciół) detektywa i kobietę o tajemniczej przeszłości. Kobietę, której samo pojawienie się zwiastuje kłopoty.

Obok tej pełnokrwistej dwójki głównych protagonistów (ich charyzmatyczne osobowości dosłownie rozsadzają ramy Brudnych ulic...) na kartach tej powieści pojawiają się rozliczni bohaterowie kolejnych planów, równie soczyście zdefiniowani. Na plan pierwszy wysuwają się przedstawiciele angeliczno-demonicznej społeczności. Williamsowskie anioły (przynajmniej te rezydujące na Ziemi) nie mają skrzydeł, nie promieniują jasnością, a ich spotkanie w mrocznej uliczce wywołałoby raczej chęć panicznej ucieczki, niźli odruch sympatii. Piekielna trzódka stanowi zaś zbiorowisko wszelkich wynaturzeń i aberracji, przekraczających granice wyobraźni i nadających słowu "demon" zupełnie nowe znaczenie. Te dwa światy, choć od tysiącleci ze sobą skonfliktowane, toczące nieustającą wojnę, która tylko chwilami przeradza się w jakże kruchy pakt o nieagresji, w istocie mało się od siebie różnią. I w Niebie, i w Piekle toczy się nieustający spektakl korupcji, rozgrywają się setki intryg oraz niekończący się wyścig szczurów. Zakazane alianse są na porządku dziennym (jeden z nich stanowi oś fabuły) i w końcu nie da się jednoznacznie stwierdzić, kto jest wrogiem, a kto sojusznikiem. Oprócz tych dwóch, teoretycznie antagonistycznych wobec siebie stron Brudne ulice Nieba obfitują w postaci, które można zaliczyć do paranormalnej hałastry – duchy, tudzież osobniki o zdecydowanie nieludzkiej proweniencji – a każde ich zaistnienie to mała literacka perełka.

Wszystkie opisywane w książce zdarzenia przebiegają w aurze napięcia i nieuchwytnego poczucia zagrożenia. Nawet pozornie beztroski tok narracji Williamsa budzi jakiś podskórny niepokój, jakbyśmy obcowali z tylko pozornie wygładzonym światem, przypominającym gładką toń bagna, w którego głębi czai się każde możliwe do wyobrażenia niebezpieczeństwo (tudzież kilka niemożliwych). Zgodnie z zasadą Hitchcocka o stopniowaniu napięcia autor rozpoczyna książkę mocnym akordem, po czym łagodnie przechodzi do opowieści właściwej, włożonej w usta samego Doloriela, z sarkazmem opisującego toczące się wydarzenia (jego sposób formułowania myśli bardzo przypomina detektywa Garretta z cyklu Glena Cooka), by bardzo szybko znów powrócić do dramatycznej akcji, serwując swemu protagoniście kolejne szokowe doświadczenia. Mamy tu wszystko, co zawierać powinien klasyczny thriller, plus kilka nadnaturalnych dodatków.

Sama wizja Nieba, podobnie jak jego mieszkańcy, mocno odbiega od kanonu. Owszem, mamy rajskie łąki i pełne splendoru siedziby Archaniołów (którzy w swej anielskiej postaci, jako emanacja światła, również odbiegają od najbardziej popularnych wizerunków Skrzydlatych), ale te wszystkie miejsca miast ukojenia wywołują niepokój – przynajmniej u wzywanego regularnie na dywanik Doloriela. Nazbyt to wszystko idylliczne, za bardzo uładzone, nadto sztuczne, niczym pozłota kryjąca wcale nie tak urokliwy artefakt. A zarówno natchnione, jak i ganiące przemowy niebieskich Eforów nijak się mają do ich prawdziwych intencji.

Brudne ulice Nieba to powieść o zaufaniu i zdradzie, lojalności, o prawdziwej przyjaźni, która wszystko przetrwa, miłości przekraczającej każdą z możliwych granic, a wreszcie o poszukiwaniu wiary. To dyskurs teologiczny dotyczący natury Boga i kwintesencji religii, na poły filozoficzna, na poły mistyczna wędrówka, będąca i rodzajem  katharsis, i rewolucyjnym przełomem w sformalizowanych, skostniałych zasadach rządzących Niebem i Piekłem, i buntem skierowanym przeciwko skorumpowanym władzom. Ergo – nie należy wkraczać do wykreowanego przez Williamsa świata, jeśli ma się tego dnia inne plany, gdyż ta znakomita książka wciąga. Bez reszty.

9.0
Ocena recenzenta
6.75
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Brudne ulice Nieba (The Dirty Streets if Heaven)
Cykl: Bobby Dolar
Tom: 1
Autor: Tad Williams
Tłumaczenie: Janusz Szczepański
Wydawca: Rebis
Data wydania: 4 marca 2014
Liczba stron: 488
Oprawa: miękka
Format: 132x202 mm
ISBN-13: 978-83-7818-406-5
Cena: 34,90 zł



Czytaj również

Serce Cienia - Tad Williams
Finis coronat opus
- recenzja
Kamień rozstania - Tad Williams
Psycholog w krainie czarów
- recenzja
Powrót cienia - Tad Williams
W paszczy szaleństwa.
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.