» Recenzje » Blood Angels: Black Tide - James Swallow

Blood Angels: Black Tide - James Swallow


wersja do druku

Krew żąda krwi!

Autor: Redakcja: Matylda 'Melanto' Zatorska

Blood Angels: Black Tide - James Swallow
Różne są elementy uniwersum Warhammera 40.000, które przyciągają do niego coraz to nowych fanów. Niewątpliwie jednym z największych atutów, przynajmniej sądząc po wynikach sprzedaży, są Kosmiczni Marines. Genetycznie udoskonaleni superżołnierze, którzy swe korzenie wywodzą od samego Imperatora i jego Prymarchów, mają wierne grono wielbicieli, niezależnie od tego, czy występują w grze bitewnej, czy której z planszowych albo komputerowych adaptacji opowiadających o wojownikach rozlicznych Zakonów Adeptus Astartes.

Nic więc dziwnego, że i pośród wydawanych nakładem Black Library powieści opatrzonych logo Warhammera 40.000 sporą część stanowią historie o Kosmicznych Marines, niejednokrotnie tworzących całe serie koncentrujące się na określonym Zakonie i jego członkach.

Tak jest choćby z cyklem Blood Angels autorstwa Jamesa Swallowa, którego polscy czytelnicy mogą kojarzyć jako twórcę Ucieczki Eisensteina, czwartego tomu Herezji Horusa. Składają się na niego cztery części (plus opowiadania dodane w dwóch tomach wydania zbiorczego). Z tych, niestety, miałem okazję zapoznać się jedynie z ostatnią częścią serii, zatytułowaną Black Tide. Mimo braku znajomości poprzednich tomów muszę stwierdzić, że sprawdza się one również jako pojedyncza książka, choć – siłą rzeczy – pewne odniesienia do wcześniejszych wydarzeń opisanych w pozostałych tomach musiały mi umknąć.

Nie mogę jednak powiedzieć, by moja styczność z tą pozycją zaczęła się bezproblemowo, już bowiem lektura zamieszczonego z tyłu okładki opisu powieści wzbudziła moją irytację. Odniesienia do fabuły poprzedniego tomu jest zrozumiałe, ujawnienia tożsamości głównego książkowego szwarccharakteru także nie poczytuję na minus (nawet jeśli ktoś – jak ja – nie zna jej z wcześniejszych części serii, to pozna po raptem dwudziestu stronach książki), ale kompletnie nie widzę powodu, dla którego podano tu miejsce, gdzie mieści się jego tajna (tajna, dobre sobie) baza oraz odkryto najbardziej charakterystyczną cechę owego świata. Te informacje podane już na wstępie psują całą przyjemność poznania ich w trakcie lektury, wspólnie z bohaterami powieści.

A tymi są, jak nietrudno się domyślić, Kosmiczni Marines należący do Zakonu znanego jako Krwawe Anioły. Ścigając świętokradcę, który ośmielił się skraść bezcenną relikwię, trafiają na kolejne pozostawione przez niego ślady, wciąż jednak nie są w stanie dopaść bluźnierczego heretyka. Z pomocą przybywa im oddział z bratniego Zakonu Rozrywaczy Ciała (Flesh Tearers), wywodzącego się od tego samego Prymarchy, który dał początek Krwawym Aniołom. Mimo że wsparcie jest im ewidentnie potrzebne, dumni Astartes odbierają je jako despekt, kwestionowanie ich zdolności do odnalezienia zbiega. Ponieważ cała ta sprawa traktowana jest jako olbrzymia ujma na honorze Zakonu, konieczność przyjęcia jakiejkolwiek pomocy, nawet od najbliższych sojuszników, stanowi gorzką pigułkę do przełknięcia.

W pierwszej chwili chciałoby się powiedzieć: "Świetnie!". Motyw niechętnych sobie sprzymierzeńców, zmuszonych do współpracy przez okoliczności (lub przełożonych), z wolna nabierających do siebie zaufania i szacunku, to patent doskonale znany z niezliczonych książek i filmów, tu jednak jego potencjał został kompletnie niewykorzystany. Czytając dialogi dwójki dowódców zmuszonych do współdziałania drużyn Marines, trudno nie odnieść wrażenia, jakby śledziło się przepychanki przedszkolaków. "Nie potrzebujemy Waszej pomocy, nasz Zakon jest najlepszy!"; "A nie, bo nasz jest bardziej najlepszy!"; "A wcale nie, bo nasz jest jeszcze bardziej najlepszy niż Wasz!". Recenzując Ucieczkę Eisensteina, narzekałem na sposób ukazania głównego bohatera, będącego kalką protagonisty z wcześniejszych tomów Herezji Horusa, ale – niestety – późniejsze o trzy lata Black Tide nie wskazuje, by konstrukcja bohaterów odmalowywanych przez Jamesa Swallowa znacząco się w tym czasie rozwinęła. Próżno szukać w książkowych adaptacjach bitewniaków postaci o szekspirowskiej głębi, ale na tle przynajmniej niektórych pozycji z logo WH40K, jakie miałem okazję recenzować na łamach Poltergeista, czwarty tom serii Blood Angels wyróżnia się jednak na minus. Co gorsza, szybko przekonujemy się, że dowodzący Krwawymi Aniołami Rafen, niczym Ragnar z Kosmicznego Wilka, jest irytująco najlepszy-we-wszystkim, nieomylny i doskonały do obrzydzenia.

Co wyjątkowo nachalnie widać zwłaszcza w drugiej części książki, której fabułę można z grubsza podzielić na pół. Pierwsza z połówek to śledztwo mające na celu wytropienia szalonego świętokradcy – Astartes podążają pozostawionymi przez niego śladami, z każdym kolejnym krokiem zbliżając się do odkrycia jego tajemnicy. Mimo że finezja, z jaką to czynią, godna jest miecza łańcuchowego, to – paradoksalnie – brutalna bezpośredniość prowadzonego dochodzenia okazuje się zaskakująco efektywna, ostatecznie dając Rafenowi i jego towarzyszom poszukiwane odpowiedzi. Muszę przyznać, że te fragmenty czytało mi się zaskakująco dobrze. W sporej części odpowiadają za to drugoplanowe postacie, jakie Kosmiczni Marines spotykają na swej drodze – podejrzani, wrogowie, świadkowie, oportunistyczni sprzymierzeńcy – wszyscy oni stanowią nieporównanie ciekawszych bohaterów niż protagoniści. Sporym plusem są także interesujące – nawet jeśli przewidywalne – zwroty akcji i różnorodność przeciwników, którym Astartes muszą stawiać czoła.

Druga część powieści to już jednak zjazd po równi pochyłej – wraz z Krwawymi Aniołami i Rozrywaczami Ciała trafiamy w niej na planetę, gdzie pośród dzikich Tyranidów samozwańczy Primogenitor tworzy, niczym doktor Moreau, ludzko-zwierzęce hybrydy i doskonali procedurę, dzięki której powstali Kosmiczni Marines, by urzeczywistnić swój najbardziej obłąkany i bluźnierczy plan, w którym skradziona relikwia ma odegrać niepoślednią rolę. Rafen zostaje tu rozdzielony z towarzyszami, trafia do niewoli heretyka, i – jak się okazuje – nie jest jedynym pojmanym przez niego Astartes. Od tego momentu lektura nieodparcie przywodziła mi na myśl propagandowe radzieckie filmy, w których dzielni krasnoarmiejcy walcząc z przeważającymi siłami plugawych faszystów, wzięci do niewoli bez słowa skargi znoszą wszelkie cierpienia i upokorzenia, niezłomni i nieugięci wychodzą z beznadziejnej – zdawałoby się – sytuacji, w finale zwyciężając w imię generalissimusa i Kraju Rad.

Być może sprawił to kolor pancerza Krwawych Aniołów, być może nachalny (by nie powiedzieć – toporny) sposób, w jaki autor odmalował postać Rafena, ale przedstawienie go jako nadczłowieka (a właściwie – nad-Astartes), jako jedynego niepoddającego się zwątpieniu, gdy wszyscy wokół niego stracili wiarę, zwyciężającego wszelkie przeciwności i pokonującego znienawidzonego wroga w walce, której nie ma szans wygrać, przypominało mi właśnie takie propagandowe produkcyjniaki. Nawet dodatkowy twist, jaki autor serwuje nam w samym finale, nie łagodzi fatalnego wrażenia, jakie pozostawia po sobie druga część powieści.

Nawet bowiem jeśli przyjąć, że jest to celowy zabieg, mający wpisywać się w przerysowaną, nierzadko groteskową czy wręcz karykaturalną stylistyką, w jakiej nierzadko ukazane są realia uniwersum Warhammera 40.000, to kompletny brak finezji, czegokolwiek, co wskazywałoby, że jest to świadoma zabawa konwencją, perskie oko puszczone do czytelnika, sprawia, że efekt końcowy rozczarowuje. Dlatego też Black Tide trudno mi potraktować jako cokolwiek więcej niż jednorazowe czytadło, pozycję najwyżej przeciętną, a na pewno nie zasługującą na to, by do niej powracać. Z czystym sumieniem mogę polecić ją jedynie zadeklarowanym fanom Krwawych Aniołów – pozostali miłośnicy Warhammera 40.000 bez trudu znajdą znacznie lepsze pozycje osadzone w jego realiach.

Black Tide okiem erpegowca

Przy rozważaniu adaptacji fabuły powieści Jamesa Swallowa na potrzeby systemów osadzonych w czterdziestym pierwszym milenium, z miejsca na myśl nasuwa się Deathwatch jako najbardziej odpowiednia do przeniesienia na język gier fabularnych historii opowiedzianej w książce. Zastąpienie Rozrywaczy Ciała drużyną Straży Śmierci może być mocno naciągane, jako że w świętokradztwo, którego ofiarą padły Krwawe Anioły, nie są zamieszani obcy, ale równie łatwo można odrzucić fabularną otoczkę tej konkretnej formacji, i w oparciu o mechanikę gry opowiedzieć historię identyczną (przynajmniej wyjściowo) z tą, jaką przedstawia autor – o członkach dwóch bratnich Zakonów tropiących heretyka. Osoby chcące bardziej ją zmodyfikować, mogą włączyć do drużyny członków Inkwizycji (analogicznie jak miało to miejsce w Zwiastunie Nocy) – jej zaangażowanie w pościg za szalonym Primogenitorem nie będzie wymagało specjalnego uzasadnienia.

O ile pierwsza część powieści, dotycząca przede wszystkim tropienia bluźniercy, da się bez wysiłku przełożyć na erpegowy scenariusz, o tyle trudniejsze zadanie może już wiązać się z podobną adaptacją jej dalszego ciągu – ten bowiem opiera się na odłączeniu głównego bohatera od reszty towarzyszy i wymagałoby de facto prowadzenia przez dłuższy czas dwóch równoległych sesji, co rzadko kiedy udaje się zrobić bezproblemowo. Alternatywą, oczywiście, pozostaje zignorowanie wątku uwięzienia i rozegranie tej części historii jako wspólnego ataku wszystkich postaci na siedzibę heretyka, lub – również drużynowo – jej infiltracji; przy tej drugiej opcji mogłyby zostać wykorzystane przynajmniej niektóre elementy fabuły odmalowanej przez Jamesa Swallowa. Obie opcje dobrze wpasowują się w realia systemu i powinny zapewnić graczom udane sesje.

5.0
Ocena recenzenta
5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Blood Angels: Black Tide
Cykl: Blood Angels
Tom: 4
Autor: James Swallow
Autor okładki: Adrian Smith
Wydawca: Black Library
Miejsce wydania: Anglia
Data wydania: 2010
Liczba stron: 416
Oprawa: miękka
Format: B5
ISBN-13: 978-1-84416-805-7
ISBN-10: 1-84416-805-7
Cena: 8,99 USD



Czytaj również

Zstąpienie aniołów
Tysiąc tysięcy służyło mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed nim...
- recenzja
Pierwszy i jedyny z Tanith
Tragiczne strasznego początki
- recenzja
Ghostmaker – Dan Abnett
Wykuwanie duchów
- recenzja
Zwiastun Nocy
Śledztwo z bolterem w garści
- recenzja
Kosmiczny Wilk - William King
Mary Sue w pancerzu wspomaganym
- recenzja
Dark Heresy: Enemies Within
Czarownicy żyć nie pozwolisz
- recenzja

Komentarze


Anioł Gniewu
   
Ocena:
0

Fenomen popularnosci Astartes jest dla mnie troche niezrozumiały. Owszem - motyw genetycznie modyfikowanych templariuszy jest klimatyczny ale masowe wykorzystanie SM w grach, ilustracjach, ksiazkach powoduje przesyt. Co za dużo to i  ogryn nie zeżre jak mowi stare terrańskie przysłowie...

13-04-2016 14:08

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.