» Klub Wiktora » Utwory » Appendix Solariana – Wiktor Żwikiewicz

Appendix Solariana – Wiktor Żwikiewicz


wersja do druku
Autor:
Appendix Solariana – Wiktor Żwikiewicz

APPENDIX SOLARIANA


Pewnego dnia Stanisław Lem w posłowiu do Pikniku na skraju drogi Strugackich zawarł własną, diametralnie inną od autorskiej, interpretację tej znakomitej zresztą powieści. Korciło mnie, żeby podobny zabieg dokonać z jego dziełem. Zrobiłbym to pewnie, lecz tymczasem udało mi się rozszyfrować fragment encefalogramu doktora Krisa Kelvina, z drugiej próby nawiązania kontaktu z oceanem Solaris. Tym samym pierwotny mój zamysł uznaję za spóźniony, jeśli nie chybiony.

VICOR DA VINCZIUS


Stałem przy oknie, ramieniem wsparty o srebrną framugę. Harey przysiadła na parapecie i mówiła — o czym, nie wiem — wciąż myślami wracałem do lektury Muntiusa i prostego wyznania Gibariana w kwartalniku „Parerga Solariana”. Dlaczego jestem solarystą…

Ponad ramieniem Harey patrzyłem w przestrzeń wypełnioną pożarem wznoszącym się nad powierzchnią oceanu.

— …Ciągle przejmujesz się — ciągnęła Harey. — A przecież, mówiłeś, to tylko eksperyment. Coś zdarzy się… albo nie…

W tym rzecz; pomyślałem, że czasami najtrudniejsze jest oczekiwanie na odpowiedź.

Dotknąłem czołem oksydowanej listwy. Jej chłód był inny niż pamięć zimnych elektrod, które Snaut przystawił mi do skroni, a potem w pustej otchłani dwa echa przeniknęły się nawzajem — tkliwość dla Harey i pogarda dla misji doktora Kelvina, Sartoriusa i Snauta — mój encefalogram zakodowany w wiązkę rentgenowskiego promieniowania. Posłaliśmy go w wybrzuszoną ku niebu powierzchnię oceanu, a potem patrzyliśmy, jak rodzi się półprzeźroczysty kwiat kolejnej symetriady.

— Kris — zawołała Harey.

Mimo zamkniętych oczu zobaczyłem światło przenikające nas na wyłot i równocześnie poczułem wstrząs Stacji, którego dwie fale — od stóp i od czoła przyklejonego do framugi okna — zderzyły się we mnie, jakby drgające dłonie chwyciły mnie za serce.

Otworzyłem oczy i zobaczyłem Harey. Przez moment była ciemną sylwetką na białym tle. Światło zgasło jak ogień pożerający papier — chwila i popiół osypie się z powietrza, lecz rzeczywistość znów ubrała kształty.

— Spójrz — powiedziała Harey i koniuszkiem palca dotknęła szyby.

Przez rdzawy kurz atmosfery srebrna iskra płynęła w stronę Stacji.

— Co się stało? — zapytałem pokonując skurcz gardła.

— Zobaczyłam błysk. To było jak wybuch.

— Tam… w dole? — wskazałem powierzchnię oceanu.

— Nie tam, ani nie od strony gwiazd. Zwyczajnie… na wprost Stacji. Przez moment zadrżało wszystko… niebo, ocean… i tutaj — rozejrzał się. — A potem pojawił się punkt. Najpierw był nieruchomy. Potem zrozumiałam, że zbliża się… Sam widzisz.

Powolutku przesuwała rękę, a punkt pod opuszką jej palca nie był już pozbawionym wymiarów lśnieniem. Coraz bardziej sylwetka przypominała rakietową szalupę przeznaczoną do krótkodystansowych lotów między Stacją a Satełoidem.

Kiedy stał się tym, czym powinien być, zniknął z pola widzenia. Równocześnie usłyszałem pomruk silników odsuwających przesłony nad dokiem. Krótki wstrząs podłogi poświadczył, że amortyzatory szalupy zetknęły się z płytą lądowiska. Potem nastąpiła cisza.

W przestrzeni pozbawionej dźwięków echo kroków zabrzmiało jak siąpanie jaszczura po dnie płytkiego jeziora — ślady stóp pozostawiają wgłębienia w szlamie, który zamienia się w kamień i na wieki wieków utrwala trop — na dnie kambryjskiej laguny i w korytarzach Stacji. Monstrualne zwierzę powłóczy kolumnami nóg. Nagle krok nabiera lekkości — to już bieg — może behemot zwęszył padlinę i śpieszy na żer.

Przez mgłę w oczach zobaczyłem posadzkę korytarza i wiedziałem, że to je biegnę, gnam na złamanie karku — obok drzwi obitych skórą i tych naznaczonych biało–zieloną szachownicą, przez włazy, które pod uderzeniem mojej pięści ustępują jakbym miał w sobie moc neutrinowych gości. Bieg — gdyż muszę być pierwszy. Ja i nikt więcej. Nikt, gdyż tylko ja — i może Snaut — wiemy, kto wrócił do Stacji spokojnie płynącej w atmosferze nad powierzchnią oceanu Solaris.

Kiedy dopadłem do ostatniej śluzy, uświadomiłem sobie, że nie jestem sam.

Lekkie kroki szły za mną trop w trop. Jak mogłem zapomnieć o Harey?

O której Harey? Po tej czy po tamtej stronie drzwi? Obróciłem się i plecami oparłem o wybrzuszoną tarczę śluzy.

— Och, Kris!

Nawet nie zwolniła kroku. Lekka i zwinna z rozpędu wpadła na mnie i chichocząc wtuliła mi się w pierś.

— Kris! Chyba to lubię… Następnym razem… Mnie tak łatwo nie złapiesz.

Objąłem ją i przytuliłem. Czułem spokojne bicie jej serca, tam gdzie moje tłukło się jak opętane.

— Nie możesz tam wejść, Harey — powiedziałem.

— Wstydzisz się mnie? — zapytała wciąż z rozbawieniem i odrobiną kokieterii. — Chciałabym poznać kogoś jeszcze poza twoim Snautem i drętwym Sarloriusem. Kto to?

Miałem jej powiedzieć o tamtej Harey, uwięzionej w pułapce rakiety, którą posłałem w martwą pętlę orbity wokół Solaris? O tym, jak pękały blachy poszycia kapsuły, kiedy walczyła o życie, a może tylko o to, aby być przy mnie. Dlaczego założyliśmy i wierzymy w to ciągle, że muszą być z nami, bo takie im ich stwórca założył kajdany. Może tamta Harey, tak samo, jak ty, a chce być przy mnie po prostu — z miłości.

Obiecałem sobie, że nigdy żadne drzwi nie staną między mną a tą Harey. I dotrzymałem tej obietnicy. Zawsze. Tylko nie teraz.

— Wejdę tam — powiedziałem. — A ty zaczekasz na mnie.

— Kris!

— Zaufaj mi. To ostatni raz.

Jej oczy zaszkliły się przez moment, ale tylko potrząsnęła głową, zrobiła głęboki wdech i powiedziała już spokojnie:

— Ufam ci Kris. Idź.

Gwałtownie pchnąłem dźwignię włazu i już byłem po przeciwnej stronie, z jeszcze większym impetem zatrzaskując za sobą pancerne drzwi. Przywarłem do nich plecami i tak znieruchomiałem.

Smukłe cygaro rakiety tkwiło w osnowie wsporników tak jak przed startem. Słychać było cichutkie potrzaskiwanie stygnących dysz. Tylko to. Żadnych drgań. Nic.

Zrozumiałem nagle, że nie mam pojęcia, co teraz począć. Przecież nie zrobię nic więcej nad to, co już uczyniłem. A na pewno nie po raz drugi. Może trzeba było zawołać Snauta, przecież oni tu mają większe ode mnie doświadczenie. Im po prostu byłoby łatwiej, bo to nie ich Harey.

Równocześnie poczułem drgnienie dźwigni, którą zaciskałem w spoconych dłoniach i wibrację całej płyty, wybrzuszonej na zewnątrz, jakby pod naporem nieludzkiej siły gotowa była odkształcić się w moją stronę. Wytrzymaj, Harey, modliłem się w duchu. Przez moment chciałem dopaść sterowniczego pulpitu i uruchomić radiostację, którą sam wyłączyłem wtedy, uciekając przed strasznym krzykiem. Po co? Żeby teraz samemu błagać jedną z nich — odejdź! odejdź!

Tkwiłem w miejscu i patrzyłem, jak naprzeciw mnie powoli uchyla się klapa włazu rakiety, której śruby z zewnątrz dokręciłem przecież własnymi rękami.

A potem nie rozumiałem już nic.

Kiedy stanął przede mną i trochę z dołu spojrzał mi w oczy, wiedziałem jedno, że jest mi zupełnie obojętne, co o mnie pomyśli — moje nogi były lak miękkie, że nie potrafiły już utrzymać ciała. Puściłem dźwignię drzwi i powoli osunąłem się do podłogi. Tylko twarz ukryłem w dłoniach i tak trwałem, dygocząc cały, chociaż to coś, we mnie, nie było śmiechem idioty.

— Domyślam się, doktor Kelvin — powiedział głosem bez wyrazu.

Zebrałem siły, żeby podnieść się z kretyńskiego przysiadu. Nie próbował mi pomóc i za to byłem mu wdzięczny.

— Przepraszam — powiedziałem.

Nie oczekiwał więcej, po prostu stał, gdzie się zatrzymał i trochę przekrzywiając głowę przyglądał mi się z pewnym zaciekawieniem.

Jednej rzeczy byłem pewien: że skądś go znam. Pamiętałem te puste oczy i twarz, która byłby zupełnie nijaką, gdyby w dziwny sposób nie uszlachetniła jej zwyczajna starość. Ale nigdy przedtem nie widziałem tak starego człowieka. Wydawało mi się, że jego łysy czerep otacza ledwie uchwytna poświata, zanim zrozumiałem, że to tylko resztki włosów — cieniutkie jak puch na ciele noworodka.

Ubrany był w skafander trochę mniej przedpotopowy niż on sam. Odruchowo poszukałem wzrokiem — powinienem to był zrobić od razu. Oczywiście na piersi nosił maleńki identyfikator wszyty w skafander.

Znałem go. Każdy z nas go znał. Snaut i Sartorius, może nawet Harey.

— Komandorze — wykrztusiłem zupełnie bez sensu — to pan…

— Chciałeś powiedzieć: to pan jeszcze żyje? — uśmiechnął się samymi oczami, potem jakby coś sobie przypomniał, uniósł ramię i chwilę mrużąc oczy wpatrywał się w zegarek nałożony ponad nadgarstkiem na rękaw skafandra.

— Muszę porozmawiać z Gibarianem — stwierdził, nad całą resztą przechodząc do porządku dziennego.

Przypomniałem sobie minę Snauta, kiedy zjawiłem się przed nim z tym samym żądaniem.

— Nie żyje — wyjaśniłem po prostu.

— Aha — powiedział po chwili namysłu — Snaut i Sartonus?

— Są u siebie.

— O! Jego wyblakłe oczy zrobiły się nieco okrągłe. — Jak widzę, rozmowa może być milsza niż oczekiwałem.
Nie pojmowałem, o co mu chodzi, aż zauważyłem, że jego spojrzenie kieruje się nieco w bok od mojego ramienia. Ruch powietrza powinien dużo wcześniej ostrzec mnie, że drzwi za moimi plecami są już otwarte.

Odstąpiłem w bok.

— Pan pozwoli, to Harey… moja żona.

— Aha — stwierdził po swojemu.

Znów zerknął na zegarek.

— Mam bardzo mało czasu — wyjaśnił. — Jest tu miejsce, gdzie moglibyśmy się zebrać i chwilę porozmawiać?

— Może biblioteka…

— Świetnie — zaakceptował natychmiast.

— Tylko… — wahałem się. — Ktoś musi pójść po Sartoriusa i Snauta.

— Więc idź, Kris — nieoczekiwanie odezwał się do mnie po imieniu. — I nie rób takiej miny. Znamy się, ale pamięć to przywilej starców… idź. Damy sobie radę. Twoja milsza połowa zaprowadzi mnie do biblioteki.

Trochę bezradnie spojrzałem na Harey.

Nigdy jej nie widziałem takiej. Żadnego napięcia w twarzy. Kiedy patrzyła na tego starego człowieka, wyglądała trochę jak roześmiana, zupełnie beztroska dziewczynka, jaką pewnie kiedyś była. Zanim ją poznałem.

— Idź, Kris — zareagowała na moje spojrzenie. — Zaprowadzę pana do biblioteki.

Bezceremonialnie wsunęła mu dłoń pod łokieć i okręciła się na pięcie, a ja stałem i patrzyłem jak odchodzą. Tym razem z pewnością miałem idiotyczny wyraz twarzy. Szczęśliwie nikt tego nie widział.

Kiedy powlokłem się wreszcie, w przeciwną stronę, spotkałem Snauta przed drzwiami Sartoriusa.

— Jesteś… sam? — popatrzył na mnie z pewnym zdziwieniem i uznaniem.

Przemilczałem.

— Sartorius jest u siebie?

— Właśnie chciałem uciąć z nim pogawędkę w cztery oczy.

— Szykuje się rozmowa większego kalibru — powiedziałem.

— Co jest? — przez jego twarz przemknął niepokój.

— Zaczekaj, nie będę się powtarzał.

Tym razem szklane drzwi laboratorium nie były od wewnątrz niczym przesłonięte. Mimo poświaty z podsufitowych okien korytarza trochę żółtego światła przesączało się też przez chropowate szkło.

— Sartorius! — dość bezceremonialnie uderzyłem w drzwi. To ja, Kelvin. Jest ze mną Snaut. Mamy sprawę!

Wiedziałem już, że Harey potrafi być dzielna, ale niepokój o to, jak długo może się obejść beze mnie, spowodował, że po kolejnym uderzeniu pięścią w szkło Snaut chwycił mnie za rękę.

— Czekaj, słyszę coś…

Rzeczywiście, w laboratorium rozległo się szuranie. Cień, podobny do wiatraka z przetrąconymi płatami śmigła, nałożył się na taflę szkła. Klucz niemiłosiernie zgrzytał w zamku, jakby oduczył się otwierać drzwi.
Wreszcie Sartorius spojrzał na nas przez wąską szparę, całym sobą przesłaniając widok na resztę laboratorium. Nie miał na nosie swoich czarnych szkieł i pierwszy raz naprawdę zobaczyłem jego twarz. Nie budziła sympatii. Wierzchem dłoni przetarł prawie ślepe oczy.

— No i co? — spytał. Chciałbym kiedyś normalnie wyspać się do końca.

— Musimy porozmawiać…

— Tak? No to jesteśmy w komplecie. Może u mnie?

Nieoczekiwanie odstąpił krok i otworzył drzwi. Kątem oka widziałem minę Snauta.

— Życie nie jest takie proste, doktorze Sartorius — zaśmiałem się. — Komplet będzie dopiero w bibliotece. Mamy gościa.

— Kto? — powiedzieli to równocześnie.

Prawie z przyjemnością patrzyłem, jak twarz Sartoriusa wydłużyła się jeszcze bardziej, a Snaut zrobił się prawie biały. Mógłbym tę chwilę przeciągać w nieskończoność, ale tamten stary człowiek wciąż patrzył na zegarek.

— MY — podkreśliłem. — Wszyscy razem.

— Kto to jest? — trochę chrapliwie spytał Snaut.

— PIRX — powiedziałem.

— Kto?! — dopiero teraz mieli miny warte zapamiętania.

— Ten Pirx? — upewnił się Snaut.

— We własnej osobie — przyznałem.

— Skąd się tu wziął, u licha?! — w głosie Snauta zabrzmiało rozdrażnienie.

— Zapytajcie go sami. Przyleciał rakietką nie większą od naszych transportowych, więc można brać pod uwagę tylko Sateloid.

— Czego chce?

— Porozmawiać. Chciał z Gibarianem. Kiedy mu wyjaśniłem, że spóźnił się tak samo, jak ja, zgodził się na całą resztę.

— Chwileczkę — mruknął Sartorius i zniknął w drzwiach. Wrócił z czarnymi soczewkami przytwierdzonymi do twarzy.

— Chodźmy więc…

— Czego może tu szukać pilot Pirx? — głowił się po drodze I Snaut.

— Komandor Pirx — poprawił Sartorius.

— Ech! — Snaut tylko machnął ręką. — Dostał to pośmiertnie. Pech tych, którzy mu dali stopień, polegał na tym, że przeżył, gdzie nie powinien.

— Nie pierwszy raz — wtrąciłem.

— I trzeba się z nim liczyć — poważnie stwierdził Sartorius.

— Pewnie. Latająca legenda ma przyjaciół. Ile on może mieć dzisiaj lat?

— Na moje oko? Co najmniej dwieście.

— Tak długo się nie żyje — z pewną goryczą przyznał Sartorius.

— Jest pan pewien? Wszyscy wiemy, że pogrzebano go już kilkakrotnie.

— Cholera! — Snaut jak wryty zatrzymał się przed drzwiami biblioteki. — To on może nawet…

— Co?

— Pamiętać odkrycie Solaris.

Trochę długo w milczeniu staliśmy w korytarzu. A potem Snaut uczynił coś, czego z pewnością nie robił nigdy wcześniej. Zapukał do drzwi biblioteki.

— Wejść! — rozległo się za drzwiami, ale ja byłem pewien, że słyszę też głos Harey.

Snaut otworzył drzwi i nie przestąpił progu.

Ponad jego ramieniem widziałem to samo, co on.

W panoramicznym oknie biblioteki, nad mglistym horyzontem Solaris wstawał świt czerwonego słońca. Jeszcze ocean pogrążony był w czerni — jak zwykle świt najpierw zaglądał w okna Stacji zawieszonej wysoko w atmosferze. W szkarłatnym zarzewiu wnętrze biblioteki sprawiało wrażenie miejsca przynależnego bardziej zewnętrznemu światu niż cywilizacji, która tego świata zrozumieć nie potrafi.

Nie piękno świtu zatrzymało nas w progu.

W fotelu przy oknie siedział pilot Pirx. A raczej komandor Pirx. Jak pamiętam ze starych zdjęć, był z niego kiedyś całkiem postawny mężczyzna. Teraz prawie nie było go widać w przepastnym fotelu. Tylko skafander srebrzył się nieco w czerwonym półmroku. Za to Harey tkwiła w pełnym świetle. Pirx zapadł się w fotel, a ona siedziała mu na kolanie, z rękami jeszcze zawieszonymi w powietrzu, jakbyśmy naszym wtargnięciem nie pozwolili jej dopowiedzieć czegoś, co jest tak niezwykłe, że trzeba słowa poprzeć gestem obejmującym cały świat.

Głowa Snauta powoli obróciła się twarzą tylko w moją stronę. W oczach miał takie szyderstwo, jakby prosił, żebym mu złamał szczękę.

— Dwieście? — odczytałem z ruchu jego warg. — No! No! Sartorius zachowywał się tak, jak można było spodziewać się po nim. Nienawidziłem go bardziej niż Snauta. Przepchnął się obok nas i jakby nigdy nic poszedł do Pirxa z wyciągniętą ręką. Dla niego Harey znaczyła nie więcej niż powietrze.

— Witamy na Solaris.

— No… tak — z pewnym wahaniem odparł Pirx. — Tak się składa, że nie jestem tu po raz pierwszy.

Nawet nie zauważyłem, kiedy Harey sfrunęła mu z kolan.

Już uczepiła się mojego ramienia, radosna jak nigdy przedtem. Słyszałem jej szept prosto w ucho, czułem jej oddech i przy każdym słowie leciutki dotyk ust.

— Kris! Kris! Wiesz, co zrobiłam?

— Oczywiście.

— Nic nie wiesz. Powiedziałam mu wszystko.

— Co?!

— Kim jestem. Zrobiłam to od razu. A wiesz, co on na to? Powiedział: A ja jestem Pirx.

— Imponujące.

— Och, Kris! Nie masz pojęcia, jaki on jest. Nigdy nie czułam się tak. Nawet przy tobie. Bo ty… możesz odejść, a ja… nie przeżyję tego. Rozumiesz, Kris? A on…

— Co on?

— On może zniknąć, jak się pojawił. Ale kiedy jest, wiedziałam to od razu, jestem bezpieczna… jak przy tobie. A powiedzieć mogłam mu… jeszcze więcej.

— O czym?

— O sobie i… o tobie. Westchnąłem z rezygnacją.

— Zostawmy to, maleńka. Czekają na mnie. Zajmiesz się czymś?

— Pewnie! Strasznie jestem ciekawa, co on ma wam do powiedzenia.

— No tak — moja rezygnacja osiągnęła kolejne przyspieszenie kosmiczne. — Chodźmy.

Snaut tymczasem zrobił sobie legowisko z książek zwalonych na podłogę. Tylko nogi zarzucił na blat stołu. Sartorius zajął miejsce strategiczne w fotelu wciśniętym w najciemniejszy kąt, skąd dokładnie widział wszystkich, chociaż z niego zostały dwie czarne plamy na wysokości twarzy. Pirx stał przy oknie.

— Jestem winien drobne wyjaśnienie, dlaczego doktora Kelvina trochę obcesowo traktuję po imieniu — powiedział. — Gibarian i ja prowadziliśmy kiedyś dość ożywioną korespondencję. Odwiedziłem go nawet w solaryjskim Instytucie w Adenie, gdzie przyszły doktor Kelvin był asystentem mojego przyjaciela. Wspomniał parę razy o tym młodym człowieku i używał przy tym wyłącznie imienia Kris. Osobiście nie mieliśmy okazji porozmawiać, chociaż raz jeden zauważyłem go w archiwum mikrofilmów. Podszedłem nawet, żeby zagadnąć, ale akurat weszła mi w paradę szkolna wycieczka. Większość dzieciarni była oszołomiona ogromem archiwum, ale jedna dziewczynka, pamiętam, zadała wtedy pytanie: ,,A po co to wszystko?”. Sporo czasu upłynęło od tamtych dni, ale pytanie pozostaje aktualne i… mam wrażenie, że przez te lata nikt z nas naprawdę nie wydoroślał.

Zabrzmiało to dość patetycznie. Pirx musiał to zauważyć, gdyż machnął ręką z pewną irytacją, po czym zwrócił się do mnie:

— Niech pan tak nie stoi przede mną, doktorze Kelvin, bo się nabawię kompleksów — stwierdził. — Usiądź gdzieś, przyjacielu, choćby na tym fotelu. Ja w nim czuję się — i pewnie wyglądam podobnie — jak na krawędzi czarnej dziury; garnitur jeszcze tutaj, właściciel po tamtej stronie…

Co miałem począć, usiadłem. Harey pewnie już przyswoiła sobie to miejsce, gdyż natychmiast skorzystała z okazji i wylądowała mi na kolanach.

Snaut prawie dławił się ze śmiechu.

— Wszystkich panów przepraszam, że to nie będzie rozmowa, tylko monolog — podjął Pirs. — Ale zostało mi jakieś dziesięć minut. Po pierwsze więc: nie jestem tu z Sateloidu, ale bezpośrednio z Instytutu, który opuściłem może pół godziny temu. Kilku pańskich przyjaciół, doktorze Sartorius, zrealizowało projekt, którego sensu nie mógł potwierdzić wiarygodny eksperyment, ze względu na powszechne zniesienie statusu zwierzęcia doświadczalnego. Nie znam się na tym, ale mówili coś o pozaprzestrzennym przeskoku informacji… Jako człowiek szukający okazji do chwalebnego przejścia na wieczystą emeryturę, zaproponowałem im swoje usługi. Podpisałem właściwe formularze i wtedy poinformowano mnie, że cel przerzutu dla eksperymentu nie ma istotnego znaczenia, więc mogę sam wybrać adres, pod jaki ci panowie zobowiązują się dostarczyć nie mnie, jak zrozumiałem, lecz pełną o mnie informację… w jakiejś formie…

— Pilocie Pirx — zaczął Sartorius, z pewnością nie przypadkowo rezygnując z „komandora”. Pirx tylko uniósł ramię i wskazującym palcem postukał w zegarek.

— Jeszcze raz proszę o wybaczenie — przerwał Sartoriusowi. — Za chwilę muszę być w przestrzeni. Chcę panom wyjaśnić, że po — ewentualnie szczęśliwym — moim powrocie do Instytutu, nie będę miał zielonego pojęcia o tym, co zobaczyłem na Stacji Solaris i czego udało mi się tu dowiedzieć… Eksperymentatorzy tłumaczyli mi, że musi się zgadzać jakiś bilans przestrzeni informatycznej i są w stanie odebrać tylko tyle informacji, ile zostało wysłane. Nie będę nawet pamiętał tego, co teraz do panów mówię… Chociaż takie intencje miałem, wyłącznie panowie będą mogli kiedyś zaświadczyć, jak było z realizacją…

Słuchałem go, ale, nie wiedzieć czemu, wciąż myślałem o pytaniu tamtej piętnastoletniej dziewczynki.

Zobaczyłem jak Snaut westchnął i jednak wtrącił swoje, kiedy Pirs nabierał oddech.

— To niech pan już powie, pilocie, dlaczego wybrał pan akurat ten adres.

— W istocie. Jak już wspomniałem, nie jest to moja pierwsza wizyta na Solaris. Dawno temu byłem pilotem w ekspedycji Giesego, która w historii solarystyki zapisała się tak zwaną Erupcją Stu Sześciu. Kiedy zdarzyło się to, co się zdarzyło, pilotowałem maszynę Tsankena, dowódcy grupy rezerwowej. On o nawigacji miał raczej blade pojęcie, może dlatego jego ocalenie zostało spisane na karb przypadku… Ten przypadek to byłem ja, Pirx.

Nieoczekiwanie, chociaż słowa może tak brzmiały, nie było w tym stwierdzeniu ani śladu pychy, tylko jakiś bezgraniczny smutek.

— Tak więc, mam swoje porachunki z Solaris — ciągnął Pirx. — Może dlatego przez lata śledziłem wszystko, co dotyczy tej planety, pewnie dlatego też zaprzyjaźniłem się z Gibarianem. A poza tym nikt nie odbył tylu lotów nad oceanem… Nie ma tego w archiwach, bo była to, że tak powiem, raczej moja prywatna inicjatywa. Co widziałem? Może więcej niż Berton. Może mniej. Może, jak doktor Kelvin, zostawię komuś w spadku mój encefalogram, żeby to sobie obejrzał i… zrozumiał więcej. Nieważne…

Widziałem, jak dłonie Pirxa zwinęły się w pięści, musiał spostrzec, że patrzę na jego ręce, gdyż prawie ze złością wcisnął je w kieszenie skafandra.

— To, że dzisiaj mówię, a nie słucham, ma dwa uzasadnienia. Po pierwsze, wiem prawie o wszystkim, co tu się zdarzyło i czego dokonaliście, gdyż miałem okazję porozmawiać z tą młodą osobą… — tutaj twarz Pirxa trochę złagodniała, kiedy spojrzał na Harey.

— A ona, jakby to ująć, wie chyba więcej niż… wie. Po drugie, przecież i tak nie jestem w stanie przekazać komukolwiek informacji, jaką wy moglibyście się ze mną podzielić. Skończmy więc na tym, o czym chciałem porozmawiać z Gibarianem…

Pirx okręcił się na pięcie i stanął plecami do nas, twarzą w stronę okna, jakby chciał widzieć ocean, kiedy wreszcie powie, co ma do powiedzenia.

— Jak każdy z was, przeczytałem wszystko, co zostało o tej planecie napisane. Przeżyłem więcej niż wy, bo był w tym optymizm mojej młodości i jest to, co wam zostało. Bezradność. Znałem łudzi, którzy pierwsi patrzyli na ten ocean, jak na żywą istotę, i tych, którzy w jego działaniu dopatrywali się świadomości, boskości nawet. Zjawiali się, pełni natchnienia. Podejmowali próby kontaktu, tak samo, jak wy próbujecie… I odchodzili, odtrąceni. Powiem wam, dlaczego.

Pirx zamilkł, ale Snaut i Sartorius nie skorzystali z okazji.

— A jeżeli tam nic nie ma? — zamiast twierdzenia Pirx zadał pytanie.

— Co znaczy… nic? — po długiej chwili odezwał się Snaut.

— Słyszymy coś, widzimy, dotykamy — powiedział Pirx. — Usta mówią, więc próbujemy nawiązać kontakt z ustami…

— Co pan przez to rozumie, pilocie Pirx?! — nie wytrzymał Sartorius.

— Czy próbował pan kiedyś nawiązać kontakt z monitorem albo z głośnikiem radiostacji? Na ekranie jest obraz, w głośniku głos.

— A gdzie, według pana, jest nadawca? — zapytał Snaut.

— Może jest, może nie ma. A jeżeli ocean Solaris to tylko ekran, drgająca membrana, która w naszą stronę odbija coś, co z nim samym nie ma nic wspólnego? Jaką świadomość ma w lustrze nasze w nim odbicie? Każdego z nas poraził drobny błysk zwierciadła. I już mniemamy, że ono wie coś o nas, skoro posłało nam w oczy świetlnego zajączka. I może nie do końca jesteśmy tacy, jak to widać w odbiciu, może to trochę krzywe lustro?

— Chce pan poprawić nam samopoczucie? — dziwnie zduszonym głosem odezwał się Sartorius. — A może sobie?

— Bynajmniej — z nieoczekiwaną zawziętością odparł Pirx.

— Nie jestem od rozgrzeszania. Ale jeśli to tylko lustro, to przeglądamy się w nim nie tylko my przecież. Może cały wszechświat? Widzimy nad oceanem erupcje symetriad i upatrujemy w nich… jego dzieło. A jeśli to tylko echo aktywności innych cywilizacji? Może takich, po których dawno ślad ostygł we wnętrzu wszechświata, zanim znak ich bytu wzbudził rezonans w neutrinowej membranie. Może w tym lustrze swój ślad zostawia szczątkowe promieniowanie wszechświata, nawet to coś, co dało mu początek? Szukajcie, a jeśli znajdziecie w nim nawet Głos Pana, czy też podejmiecie próbę ustanowienia kontaktu?

Dopiero teraz poczułem, że Harey trzyma mnie mocno za rękę.

— Mam tylko jedno pytanie, komandorze — odezwałem się. — Ta planeta posiada niestabilną orbitę. Jeżeli ocean jest tylko tym, o czym pan mówi, jak wytłumaczyć fakt, że planeta nie uległa zniszczeniu?

Spostrzegłem, jak Snaut spojrzał na mnie i uniósł brwi.

Patrzyłem na Pirxa, wciąż odwróconego do nas plecami. Jego ramiona drżały. Musiał wyczuć nasze spojrzenia i oczekiwanie, gdyż odwrócił się powoli.

Pirx śmiał się.

— Mój młody przyjaciel mniema, że mnie dostał — powiedział.

— Ale na to pytanie mogę odpowiedzieć pytaniem; jak myślisz, dlaczego ja wciąż żyję, chociaż nie powinienem?

Najzwyczajniej w świecie, wciąż śmiejąc się, bezradnie rozłożył ręce.

— Czas na mnie — stwierdził. — Jak uznacie to za słuszne, możecie tę rozmowę uznać za niebyłą. Odprowadzisz mnie, Harey?

Niewiele sobie robiąc z ich obecności Harey pocałowała mnie w policzek, potem pobiegła do Pirxa. Szarmancko podał jej ramię.

Kiedy wyszli, z ulgą wyrwałem się z fotela. Snaut i Sartorius też podeszli do okna.

Wciąż milczeliśmy. Po jakimś czasie drgnienie Stacji oznajmiło nam, że Pirx wystartował. Nie żegnał się z nami — czy miał powód, żeby pominąć tę formalność? Odprowadzaliśmy wzrokiem jego rakietkę.

Kiedy zmieniła się w punkt, odruchowo zmrużyłem oczy. Snaut i Sartorius nie byli tak zapobiegliwi — po tym, jak biały błysk prześwietlił nas na wylot, długo przecierali oczy.

— Twoja Harey dobrze się czuje w jego towarzystwie — odezwał się Snaut.

Spojrzeliśmy po sobie i równocześnie każdy z nas przeniósł wzrok na ocean.

— Myślisz, że Pirx… też? — zapytał Sartorius.

Drzwi otworzyły się. To wróciła Harey.




Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.