» Relacje » Worldcon 2014 okiem Simona Zacka

Worldcon 2014 okiem Simona Zacka


wersja do druku

Loncon 3 - 72 edycja międzynarodowej imprezy miłośników fantastyki

Autor: Redakcja: Emil 'Galathar' Marcinkowski, Kamil 'Kamulec' Chmiel

Worldcon 2014 okiem Simona Zacka
Na przyjaciół zawsze można liczyć.” W przypadku mojego Worldconu powiedzonko to sprawdziło się dokładnie 145 dni przed startem samej imprezy. Gdyby nie fandomowi przyjaciele – w tym przypadku 'Alqua' – pewnie kompletnie odpuściłbym to wydarzenie. Ostatecznie na współuczestnictwo dałem się namówić „w biegu”, na klatce schodowej budynku prelekcyjnego Pyrkonu. Oszczędzę wam dalszych wstępów, opisu podróży, lotu, transferu na miejsce, itp. Przejdę do meritum. Cóż to jest ten Worldcon?

Worldcon to skrót od World Science Fiction Convention. Jest to najstarszy konwent miłośników fantastyki (pierwsza edycja odbyła się w 1939 r. w Nowym Jorku). W jego trakcie odbywa się głosowanie nad przyznaniem nagrody im. Johna W. Campbella dla najlepszego nowego pisarza SF i nagród Hugo. Worldcony podróżują po świecie, podobnie jak polskie Polcony wędrują po naszym kraju. Często odbywają się za oceanem, w przeróżnych miastach USA. W 2014 trafiło akurat na Londyn (stąd nazwa Loncon 3) i takiej szansy nie sposób było przegapić.

ExCeL, londyńskie centrum wystawiennicze, w którym organizowano ten pięciodniowy konwent, jest OGROMNE. Wyobraźcie sobie największą galerię handlową w waszym mieście i spokojnie pomnóżcie ją razy cztery, może nawet pięć. Moloch przestrzeni! Gdy automatyczne drzwi stanęły otworem, mym oczom ukazała się... kolejka. Westchnąłem, uśmiechnąłem się i podług wskazań ubranych w niebieskie kamizelki helperów grzecznie ustawiłem się na końcu.

Pierwsze zaskoczenie – organizacja – ludzi w kamizelkach Loncon3 było naprawdę dużo. Cały czas uprzejmie, acz zdecydowanie kompresowali zebranych w równy i zborny ogonek. Żartowali, uśmiechali się, przynosili nawet kubki wody. Od razu też zwracało uwagę tempo posuwania się kolejkonu. Byłem przygotowany na wielogodzinną powtórkę z rozrywki z ziemi ojczystej. Nic z tych rzeczy! Kolejka, mimo że naprawdę spora, była świetnie zorganizowana przez obsługę. Stanie zajęło mi około 30-40 minut – sama akredytacja kilkanaście sekund.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Zarówno plastikowy, dwustronny, imienny identyfikator identyfikator, jak i materiały, które otrzymywał każdy uczestnik, cechowała wysoka jakość wykonania. Album pamiątkowy Worldconu (full color A4 na lśniącym papierze) plus poręczny kolorowy program w formie brulionu na spirali. Wielki plus należy się również za aplikację na komórki (Event Planner), z której korzystałem NON STOP. Pozwalała ułożyć sobie własny harmonogram, zawierała kompletny, nieustannie aktualizowany program, notki o wszystkich uczestnikach i gościach - zawsze pod ręką dokładnie wszystko, co chciało się wiedzieć.

Stanowisko promocyjne Pyrkonu stało się bazą wypadową i punktem zbornym większości obecnych na konwencie Polaków. Wraz z Puszonem i Radkiem Szeją Worldcon postanowiliśmy zacząć od… oficjalnego rozpoczęcia Worldconu.

Sala główna – kilka tysięcy miejsc, duża scena, trzy telebimy. Ceremonia rozpoczęcia, w pierwszej fazie, przybrała postać dość wesołego happeningu, w którym brali udział sami organizatorzy. Dużo dystansu do siebie i poczucia humoru sprawiało, że mimo braków umiejętności aktorsko-scenicznych oglądało się ich bardzo miło. Po tym amatorskim wstępie, otwarcie przybrało bardziej „zorganizowany” charakter. Przedstawienie zainscenizowane w klimacie Harrego Pottera i Loncon School of Witchraft & Wizardry wyszło całkiem fajnie. Przedstawiono gości specjalnych (wraz z ich sortowaniem do poszczególnych „domów”), omówiono nagrody Hugo, powitano wszystkich uczestników, było nawet wspólne śpiewanie czołówki z Doctora Who (z podziałem na lewą i prawą część sali). Miejscami ceremonia trochę się dłużyła, ale wrażenie ogólne zrobiła bardzo pozytywne.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Na pierwszy ogień pośród punktów programu poszło spotkanie z G.R.R. Martinem i Connie Willis. Zdobyliśmy świetne miejsca i nie czekaliśmy długo na uroczego, siwobrodego twórcę Gry o Tron. To był bardzo fajny panel i świetny prowadzący - widać było, jak wielką sprawia mu to frajdę. Wypowiedzi Martina i Connie z jajem i werwą. Czegóż innego chcieć od spotkania z legendami? Miodowo!

W tym miejscu wyskoczę ponad „narrację bezpośrednią” i zacznę pisać większymi ogólnikami. Gdybym bowiem opisywał dokładnie, punkt po punkcie, jakie panele zaliczyłem, kto brał w nich udział i jak było, cała relacja zamieniłaby się w prawdziwą kilkunastostronicową rzekę tekstu.

Worldcon pokazał jak gigantycznie większy potencjał mają panele w porównaniu z prelekcjami. Jeśli mamy wydarzenie, w którym uczestniczy tak bardzo wielu twórców, autorów, pisarzy, agentów literackich, ludzi związanych z fantastyką, to genialnym posunięciem jest łączenie ich w panelach dyskusyjnych, aby wspólnie wypowiadali się na określony temat. Mnie najbardziej interesowały kwestie związane z publikowaniem, anglojęzycznym rynkiem wydawniczym oraz naturalnie wszystko, co związane z nauką pisarskiego rzemiosła (cały blok programowy writer`s workshop). Przez pięć dni zaliczyłem więcej punktów programu, natłukłem do głowy większą ilością informacji i konkretnej wiedzy, niż przez dwa ostatnie lata konwentowania w Polsce. Nie chodzi o to, że my u siebie robimy coś nie teges - nic z tych rzeczy. Worldcon to po prostu wydarzenie, na którym pierwsze skrzypce gra literatura we wszelkich odsłonach, a liczbę autorów-pisarzy-gości określa się w SETKACH. Punktów programu nieliterackich było oczywiście również bardzo dużo, ale, przynajmniej dla mnie, to właśnie Loncon 3 okazał się pierwszą prawdziwą ucztą, celebrującą magię słowa pisanego i wszystkiego co z nim związane.

Takie perełki jak Worldbuilding Masterclass, warsztaty z Robin Hobb, Jody Lynn Nye i Jamesem Kellym, czy Getting Ideas, Fear and writing, The future of publishing, Miedieval Fantasy, dały mi (oprócz ogromnej frajdy) wielkie zasoby wskazówek, porad, podpowiedzi i ogólnie bardzo praktycznej wiedzy. Worldcon to znane nazwiska, ludzie z imponującym dorobkiem i nierzadko całą galerią nagród, zebrani w jednym miejscu pod szyldem wspólnego tematu/warsztatu. Podpowiadają, uczą, rozmawiają. Jak dla mnie: Eden!

Co jeszcze szczególnego wbiło się mi w pamięć, na tyle, by opowiedzieć o tym w dalszej relacji?

1) Idea tzw. Kaffeeklatsch oraz Literary Beer – pod tymi nazwami kryły się spotkania z poszczególnymi gośćmi, organizowane jako kameralne kilkuosobowe posiadówy przy kawie lub na piwku. Najpierw trzeba było się wpisać na listę uczestników (maksymalnie 10 osób), później o wyznaczonej godzinie grupa spotykała się w osobnej salce i na luzie przy stoliku można było rozmawiać na dowolne tematy. Zaliczyłem trzy takie spotkania - z pisarzem z Hiszpanii Jesúsem Cañadas, z Simonem Ingsem – pisarzem i publicystą m.in. The Guardian oraz z Madeleine Eve Robins – doświadczoną publicystką i wydawcą z USA. Możliwość spotkania w bardzo wąskim gronie (często zaledwie trzy-cztery osoby) pozwalała uzyskać niesamowitą atmosferę i dawała kompletnie inne możliwości rozmowy.

Uważam to za największą nowalijkę organizacyjno-konwentową, coś co koniecznie trzeba wprowadzić na większych imprezach fantastycznych u nas. Kto nie chciałby usiąść z ulubionym autorem, np. Pilipiukiem, Dukajem, Grzędowiczem, Ćwiekiem przy kawie/piwku i popytać/posłuchać go w tak kameralnym wydaniu? Kaffeeklatsch oraz Literary Beer (Kawoklacze i Literackie Piwka) muszą się u nas przyjąć - nazwy przydałoby się jednak wymyślić inne.

2) Nauka potrafi być megafascynująca. Odczyt wygłoszony przez lorda Martina Reesa (brytyjskie tytuły są super) astronoma i kosmologa, w latach 2005-2010 prezesa Royal Society, człowieka z ogromnym dorobkiem naukowym, okazał się wspaniałym, przeciekawym wykładem. Naukowiec snuł opowieści zarówno o przeszłości, jak i przyszłości ludzi. Przedstawił teorię funkcjonowania wszechświata - koncepcję multiverse i wielu Wielkich Wybuchów. Wszystko zakrapiane elektryzującą osobowością i charyzmą mówcy, no i oczywiście brytyjskim poczuciem humoru. Bawiłem się doskonale, a po całości aż mnie ściskało w dołku od buzującej ciekawości i inspiracji.

Drugi przykład - panele i dyskusje prowadzone przez grupę Initiative for Interstellar Studies, które gromadziły długie kolejki oczekujących ludzi i pokazywały wyraźnie, jak ciągle płonie w nas tęsknota, by sięgać dalej i dalej do gwiazd. Trzeci wykład naukowy jaki zaliczyłem wygłosił Anatoli Artsebarski, rosyjski kosmonauta, który opowiadał o swoich doświadczeniach (po rosyjsku z tłumaczeniem na angielski). Sporo historii, ale też dużo wybiegania w przyszłość. Świetne 60 minut.

Mariaż nauki z fikcją wyszedł Worldconowi bardzo dobrze – nie dziwne, w końcu to World Science Fiction Convention! W Polsce mieliśmy, np. przy okazji niedawnej Avangardy „Dni Nauki”. Dobrze byłoby, żeby nie był to jednorazowy w skali roku zryw. Więcej fantastycznych wydarzeń w Polsce mogłoby zyskać, zapraszając ludzi związanych z nauką, z uniwersytetami i badaniami. Oni naprawdę bardzo często mają kawał fascynujących i arcyciekawych rzeczy do opowiedzenia.

3) Gale Worldconu. Zarówno Retro Hugo Awards 1939, jak i główne wydarzenie, czyli niedzielna Hugo Awards 2014, kojarzyły mi się mocno z Oscarami. Oczywiście skala i pompa filmowych statuetek pozostaje bezkonkurencyjna, ale Hugo mogły poszczycić się naprawdę solidnie i profesjonalnie przygotowanym widowiskiem. Jeśli chodzi o rozdanie „retro Hugo”, to w całość wkomponowane zostały wstawki na modłę słynnego słuchowiska Wellesa Wojna Światów. Akompaniament zapewniała genialna orkiestra, grająca muzykę z dawnej epoki. Klimat i feeling bardzo fajne.

Podczas Hugo 2014 oprócz całej ceremonii i otoczki - przedstawianie nominacji, ogłaszanie zwycięzców, krótkie podziękowania nagrodzonych - moją uwagę przykuła jedna przerwa. Chodzi o wspomnienie tych, którzy odeszli: kilka refleksyjnych chwil w akompaniamencie duetu muzyków i przewijającą się listę osób związanych z fantastyką i międzynarodowym fandomem, którym zmarło się w ostatnim roku (zarówno twórców, jak i fanów). Co jak co, ale było to, przynajmniej dla mnie, dość wzruszające. Galę poprowadzono ogólnie bardzo sprawnie. Było parę potknięć, ale na bieżąco przekuwano je w humorystyczne przerywniki. Na deser zrobiono wspólne zdjęcia wszystkich nagrodzonych, które przyniosły mi możliwość zamienienia kilku słów z Martinem i zrobienia sobie z nim partyzanckiego selfie.

4) Muzyka/Sztuka. Dopiero na Worldconie dowiedziałem się czym jest filk. To muzyka krążąca tematycznie wkoło sci-fi i fantasy, grana przede wszystkim przez samych fanów. Wiedzieliście? Tradycyjnych koncertów było dość sporo, na mnie jednak największe wrażenie zrobiło właśnie takie filkowe spotkanie Late Night Filk. Byłem święcie przekonany, że idę na profesjonalny koncert. Zdziwiłem się więc, gdy wraz z 'Alquą' weszliśmy do zwykłej sali prelekcyjnej, gdzie (słownie jeden) facet ze sfatygowaną gitarą akurat podstawiał sobie krzesło. Jak już zasiadł, po prostu zaczął grać, a po chwili też śpiewać. Zaraz zjawili się kolejni ludzie. Ktoś wyjął kartkę z tekstem, by kompletnie a capella zaśpiewać swój kawałek. Gdy skończył, dwie dziewczyny rozśpiewały się na głosy. Późnonocny Filk okazał się spotkaniem grupy muzykujących konwentowiczów, wspólnie cieszących się amatorskim graniem, melodiami i śpiewem. Ludzie bawili się bez spiny i na luzie. Gdybym nie był padnięty po całym dniu paneli, zostałbym do końca, ale opadające powieki zmusiły do ewakuacji. Tak czy siak bardzo fajny motyw. Może i u nas miałby szanse się przyjąć?

Wystawa i aukcja sztuki – cóż mogę napisać – odbyły się. Skrewiłem totalnie, cały czas odkładając odwiedziny na wystawie. W końcu obudziłem się z ręką w nocniku, gdy okazało się, że galeria nie jest udostępniana do samego końca konwentu i w poniedziałek z bliska już sobie obrazów i rzeźb pooglądać nie mogłem. Uhhh. Z daleka wyglądały imponująco.

5) Wioska Fanów. Przede wszystkim dużo stoisk promocyjnych państw-kandydatów do organizacji kolejnych Worldconów (Nowa Zelandia starała się już nawet na rok 2020). To tutaj każdego wieczora przenosiła się większość aktywności i cały social life konwentu. Można była za darmo napić się różnych specyfików i zjeść przysmaki oferowane przez poszczególne kraje. Bar konwentowy serwował piwo i cydry w bardzo wielu odsłonach, ale mówiąc do bólu szczerze: przy przeliczniku złotówki do funta nikomu nie uśmiechał się kufel piwa za 30 złotych.

W Wiosce Fanów zawsze było mnóstwo rozmów, śmiechu i luźnej fandomowo-fantastycznej atmosfery. Oczywiście czekały tu również przeróżne inne smaczki, jak możliwość sfotografowania się na Żelaznym Tronie z GoT, pogrania w tradycyjnego darta, Activity Tent, w którym non stop grano w RPGi, planszówki i organizowano konkursy. Konwentowa biblioteka pod koniec Worldconu rozdawała nawet książki kompletnie za free (akurat, gdy ja już nie miałem miejsca w bagażu).

6) Książki, wystawy, wystawcy i... książki bardzo szczególne. Sporo stoisk, sporo przeróżnych wystawców. Kto był u nas np. na Falkonie doskonale wie, jak to wygląda. W Londynie różnicą było to, że księgarze prócz normalnych pozycji prezentowali też książki specjalne. Miałem w rękach pierwsze wydania, białe kruki, książki z autografami i dedykacjami. Szczęka opadała często, a już absolutnie przy pozycji Artura C. Clarke`a z osobistą dedykacją, autografem i kawałkiem listu z korespondencją – orientacyjna cena = 4000 funtów.

7) Autografy. Tutaj też moje wspomnienia są dość nikłe. Dlaczego? Prosty rachunek – jeśli miałem poświęcać 2 godziny stania w kolejce po autograf, wolałem iść na panele. Summa summarum z Worldconu przywiozłem jedynie książkę z autografem Connie Willis i podpisem Keep Calm and Carry on Simon! Ludzie polujący na autografy ogólnie mieli jednak na Worldconie nie lada gratkę – autorów było od groma, a sesje podpisywania były świetnie zorganizowane i prowadzone. Trzeba przyznać, że w kolejkach stali uczciwie i nikt nie próbował oszukiwać.

Uwierzcie mi, mógłbym opowiadać jeszcze parę stron, ale przecież tekst ten i tak jest już dość długi, a z pewnością nie chcę was zmęczyć. Planujemy z przyjaciółmi zrobić prelekcję wspominkową i na krakowskim Imladrisie w październiku poopowiadać ludziom szerzej o naszych wrażeniach.

Na zakończenie pisemnej relacji motyw, który dosłownie pasował do Worldconu jak ulał. Jeden z uczestników konwentu nie ruszył się ze swojego domu w USA. Przysłał do Londynu robota! Pojazd z dużym ekranem na wysięgniku (na wysokości około 1,70 m) jeździł po całym konwencie. Normalnie zaakredytowany, z wiszącym pod monitorem identyfikatorem, pozwalał sterującemu nim przez internet jegomościowi rozmawiać z ludźmi, brać udział w panelach, zapewnił nawet świetne miejsce podczas ceremonii Hugo. Na ekranie obraz na żywo - uśmiechnięta twarz „zdalnego konwentowicza" w słuchawkach i z mikrofonem przy ustach – podchodzisz, mówisz Hello i rozmawiacie sobie kompletnie ignorując 10000 km dzielącej odległości. The future is now!

Worldcon 2014 zrobił na mnie wielkie, bardzo pozytywne wrażenie. Pokazał, że warto uczestniczyć w fandomie rozumianym nie lokalnie, a całkowicie globalnie. Pokazał nadto, że nie ma za młodych/za starych na radość z fantastyki (z moim 35 na karku czułem się jednym z młodszych uczestników). Oby ta wspaniała impreza wracała jak najczęściej w bliższe nam okolice Europy. To prawdziwa gratka i już ostrzę sobie zęby na przyszłe odwiedziny.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Galeria


10
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Konwent: Worldcon
Od: 14 sierpnia 2014
Do: 18 sierpnia 2014
Miasto: Londyn
Strona WWW: www.loncon3.org/
Typ konwentu: fantastyczny

Komentarze

string(15) ""

Scobin
   
Ocena:
+1

Dzięki za relację!

Ja mam mieszane uczucia po worldconowych panelach (ale chodziłem raczej na inne niż Ty, spośród wymienionych chyba żaden się nie pokrywał). Wydaje mi się, że często były mało konkretne i że bardziej spójny, ciekawszy przekaz mógłby powstać podczas prelekcji. Dało mi to trochę do myślenia: jakie cechy powinien mieć panel, aby był udany? Moje wstępne spostrzeżenia po rozmowie z jednym czy drugim znajomym były takie:

  1. Paneliści, którzy rzeczywiście się w czymś nie zgadzają (albo przynajmniej mają inne perspektywy, np. autora, redaktora i wydawcy).
  2. Prowadzący, który ma koncepcję całości, w razie czego potrafi być elastyczny, ale też nie boi się przerywać dłuższych wypowiedzi, zadawać kontrowersyjnych pytań, podsycać dyskusji na ciekawy temat.
  3. Uczestnicy powinni sporo się odwoływać do swoich doświadczeń, a nie tylko do abstrakcyjnych danych (chociaż to akurat na Worldconie było).

A czy Ty byłbyś w stanie powiedzieć, jakie cechy "Twoich" paneli sprawiły, że były one udane? :-)

*

Co do powrotu Worldconów do Europy, to Ty na pewno już to wiesz, ale czytelnikom może warto powiedzieć, że jest szansa na Worldcon 2017 w Helsinkach. Natomiast kiedy ostatnio sprawdzałem, to na ten rok były w sumie cztery kandydatury, więc zobaczymy, jak to będzie. Dowiemy się za 11 miesięcy.

13-09-2014 10:27

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.