» Recenzje » Destiny: The Taken King

Destiny: The Taken King


wersja do druku

Wejście króla

Autor: Redakcja: Piotr 'Clod' Hęćka

Destiny: The Taken King
Destiny jest jedną z tych gier, które wzbudzały wielkie emocje zarówno przed, jak i po premierze. Pomimo tego, że przez blisko rok wielu graczy klęło i złorzeczyło na produkt Bungie, to wracali do niego z uporem maniaka, a nawet kupowali kolejne dodatki. Sam należałem do tej grupy. W końcu przyszedł czas na nowe rozdanie i małą rewolucję w samej rozgrywce – z mrocznej pustki kosmosu przybył The Taken King.

Historię czas zacząć

Uruchomienie gry po pojawieniu się patcha przygotowującego ją na nowy dodatek jest prawdziwym szokiem. Już na pierwszy rzut oka zmiany dają wiele do myślenia starym wyjadaczom. Wszystko jest znajome, ale równocześnie inne – czuje się powiew świeżości i mocną różnicę w podejściu do wielu rzeczy. Wraz z premierą nowego dodatku historia Destiny została napisana na nowo. Wszyscy, którzy po tym dniu po raz pierwszy uruchamiają grę, otrzymują zupełnie inny produkt, niż gracze z przed roku.

Pierwszą modyfikacją, jaką należy wymienić, jest podejście do fabuły. W końcu doczekaliśmy się czegoś więcej niż tylko masy niedomówień oraz powtarzającej się galerii strzelniczej z odnośnikiem do następnej misji. Dodano system zadań dotyczących zarówno podstawowej wersji gry, jak i dodatków, które zachęcają do odświeżenia sobie historii, niemniej nie zmieniają odczuć z nią związanych. Jednak gdy przystąpimy do walki z Oryxem, wszystko wygląda diametralnie.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Nagle okazuje się, że przedstawienie związanej z nim historii nie stanowi problemu. Przerywniki filmowe, które pojawiają się między misjami, zawierają konkretną treść i stanowią miłe wprowadzenie do tego co nas czeka. Scenarzyści zaczęli podchodzić do całości z lekkim przymrużeniem oka, od czasu do czasu bawiąc się konwencją i schematami utartymi przez ostatnie 12 miesięcy. Pojawiły się również (nieliczne, ale jednak) misje dla pojedynczego gracza, przeznaczone dla poszczególnych klas postaci, do tego każda z nich ma dodatkowe questy związane z subklasami. Sama kampania nie należy do najdłuższych, ale liczba przygotowanych zadań dodatkowych nie pozwala na narzekanie.

Okazało się również, że postacie poboczne to nie tylko stacjonarni sprzedawcy, ale realni bohaterowie, którzy posiadają osobowość oraz indywidualne cele. Z przyjemnością słucha się interakcji między nimi, szczególnie w przypadku Eris Morn (Morla Gorrondona) oraz Cayde-6 (Nathan Fillion). Były kapitan Serenity jest jak zawsze w formie, a za tę rolę powinien dostać Oscara. Można zaryzykować stwierdzenie, że kradnie całe show dla siebie. Dość zaskakująco i zadziwiająco pozytywnie wypadała również zmiana aktora podkładającego głos Ghosta – Nolan North okazał się w tym przypadku dużo lepszy niż Peter Dinklage.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Walka o światło

Fabuła to dość istotna, ale niewielka część Destiny – potwierdzą to wszyscy weterani. Tak naprawdę liczy się tylko eksterminacja obcych oraz wyzwanie jakie stanowią. Jednak zanim będziemy mogli stanąć w szranki z najgroźniejszymi przeciwnikami, musimy się wzmocnić i wyekwipować. W tym miejscu można dostrzec najwięcej różnic – w końcu podnoszenie poziomu powyżej 20 jest interesujące.

Podstawową rzeczą jaka się zmieniła to fakt, że kolejne poziomy z 40 włącznie zdobywa się poprzez doświadczenie, a nie, jak to było dotychczas, przez poziom posiadanych przedmiotów. Frustracja jaką odczuwało się podczas polowania na sprzęt to już przeszłość. Oczywiście współczynnik światła jest nadal najistotniejszym elementem postaci, od którego zależą nasze szanse przeżycia, jednak teraz obliczany jest on na podstawie współczynników obrony oraz zadawanych obrażeń. Sam sprzęt również zdobywa się łatwiej i wypada on częściej. Oczywiście po przekroczeniu magicznej bariery 290 lighta częstotliwość pojawiania się przedmiotów z lepszymi statystykami jest niska, ale i tak dużo większa niż poprzednio.

Zmodyfikowano system kupowania przedmiotów. Wcześniejsze vanguard i crucible marki zastąpiono wspólną walutą, którą można posługiwać się u wszystkich sprzedawców. Zdobywanie jej jest bardziej wymagające, przynajmniej na początku, ale wszystkie postacie mogą korzystać ze wspólnej puli.

Dużą bolączką okazał się jednak brak możliwości rozwoju starych przedmiotów egzotycznych, które delikatnie mówiąc stały się mało użyteczne. Szybko okazało się, że nadają się głównie jako źródło materiałów do rozwoju nowego arsenału. Na szczęście sprzęt z drugiego roku można modyfikować i podnosić jego statystyki (wartość obrony lub obrażeń). Można mieć nadzieję, że taki zabieg zapobiegnie w przyszłości tego rodzaju sytuacjom.

Guardianus Rex

Gdy już zdobędziemy odpowiedni sprzęt, można zacząć oczyszczać kolejne planety z pomiotu Ciemności. Pod tym względem (na szczęście) nie zmieniło się wiele. Rozgrywka nadal wciąga niczym bagno i nie pozwala oderwać się od pada. Misje z dodatku lekko zmodyfikowano w stosunku do tych z podstawy. Nie ma już ciągłych fal obcych, podczas gdy my chronimy Ducha – tryb hordy został ograniczony do minimum.

Nowe typy wrogów, czy raczej zmodyfikowanie wcześniej znanych, dało niezły efekt. Walka z pochwyconymi jest trochę bardziej wymagająca. Często nie da się już znaleźć odpowiedniego miejsca na planszy, by powoli eksterminować pojedynczych przeciwników. Ich zachowanie jest bardziej agresywne, a część z nich może się duplikować, przez co wymusza dużo bardziej dynamiczne starcia. Większość wyzwań można na spokojnie podejmować samemu, jednak największą frajdę daje oczywiście walka ze znajomymi u boku.

Nowe strike'i są ciekawe i również wymagają trochę większej pracy zespołowej niż dotychczas. Są też lepiej połączone z główną fabułą dodatku. Delikatnie zmodyfikowano również wcześniejsze misje kooperacyjne, dodając możliwość losowego przydziału przeciwników oraz miejsc, w których mogą się pojawiać. Oczywiście ilość wariacji jest tutaj ograniczona, ale i tak uprzyjemnia to kolejne przechodzenie tych samych scenariuszy.

Raid także jest ciekawszy niż jego dwa poprzednie odpowiedniki. Nie chodzi tutaj tylko o samych przeciwników i taktykę. Czeka na nas całkiem spora ilość elementów zręcznościowych oraz kilka puzzli do rozwiązania. Starcia z poszczególnymi subbossami, czy raczej bossami i uberbossem wymagają świetnej współpracy w drużynie oraz wyćwiczenia kilku schematów. Do tego zabawa jest doprawdy przednia, nie wspominając o zestawie sprzętu, który można uzyskać w jej trakcie.

Oczywiście nie samym PvE guardian żyje. Rozgrywki pozostawiono bez większych zmian, poza kolejnym zbalansowaniem mocy samych przedmiotów oraz ich perków. Jedyną różnicą jest to, że do dziennych wydarzeń, podczas których można zdobyć nową walutę, dodano zmieniający się codziennie rodzaj meczu w PvE, za który ją otrzymujemy. To zapewne zachęci stroniących od tej rozgrywki graczy do większej aktywności.

Nowa piaskownica

The Taken King przyniósł ze sobą równie nowe lokacje, które idealnie wpisują się w klimat dodatku. Dreadnought, którym przybył do naszego układu Oryx, jest równocześnie piękny i straszny. Przechadzając się po jego pokładzie można poczuć ciarki na plecach. Na samym statku króla ciemności znajduje się arena, na której gracze wywołują wydarzenia, stawiając czoła kolejnym mniej lub bardziej potężnym przeciwnikom. W tym miejscu można spędzić całe godziny.

Oprócz tego zmienił się rozkład i częściowo rodzaj eventów na innych mapach. Chordy pochwyconych nawiedzają zarówno Ziemię, Venus, jak i Marsa, pozwalając toczyć walki z pomniejszymi bossami. Jeśli nałoży się na to jeden ze starszych eventów, sprawy potrafią przybrać nieciekawy obrót i wyciskać z nas siódme poty. Dodano również nowe rodzaje patroli oraz zmieniono sposób działania zleceń. Całość powoduje, że zwiedzanie opanowanych przez Ciemność ziem stało się dużo ciekawsze.

Niestety miało to też przykre konsekwencje dla wszystkich, którzy nie kupili żadnych dodatków. Choć postacie mogą awansować do 34 poziomu, mocno ograniczono ich możliwości zabawy. Wrogowie pojawiający w każdej lokacji mogą mocno przewyższać możliwości ich postaci. Oprócz tego zwykłe dzienne i tygodniowe czynności zostały im odebrane. Większość misji z serii daily oraz weekly stanowi nową część dodatku, z którego oni oczywiście nie mogą korzystać. To samo dotyczy trybu PvP oraz wgrywaniu kolejnych map. Podstawowa wersja Destiny stała się prawie nie grywalna. Jest to – delikatnie mówiąc – lekko nieczyste zagranie.

Walka na całego

Patrząc jednak z perspektywy posiadacza rozszerzenia jest on wart każdego wydanego grosza. Bungie ewidentnie słuchało tego, co mieli do powiedzenia gracze, i zrobili wszystko, żeby gra spełniała pokładane w niej nadzieję. Walka w obronie Podróżnika jeszcze nie była tak rewelacyjna i należy mieć nadzieję, że to dopiero początek. Jeśli ktoś wahał się, czy sięgnąć po ten tytuł, to teraz jest do tego najlepsza okazja, podobnie jak danie swojemu guardianowi drugiej szansy.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
9.0
Ocena recenzenta
9
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Destiny: The Taken King
Producent: Bungie Software
Wydawca: Activision Blizzard
Dystrybutor polski: CDP.pl
Data premiery (świat): 15 września 2015
Data premiery (Polska): 15 września 2015
Platformy: PS4, PS3, XONE, X360
Strona WWW: www.destinythegame.com/
Cena: 289 zł.



Czytaj również

Destiny 2
Zabawna Farma
- recenzja
Destiny 2 – Klątwa Ozyrysa
Strażnik śmierci
- recenzja
Graliśmy w Destiny 2
Co nowego od twórców Halo?
- recenzja
Destiny
Ciężka dola Strażnika
- recenzja
Wrażenia z bety Destiny
Przeznaczenia nie oszukasz

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.