» Recenzje » Brutal Legend

Brutal Legend


wersja do druku

I love Heavy Metal!

Autor: Redakcja: yuke, Denae

Brutal Legend
Kiedy na mojej konsoli zawitało demo Brutal Legend, wspólnie ze znajomymi uznaliśmy, że musimy nabyć ten tytuł obowiązkowo, bo zapowiada się piekielny heavymetalowy ogień. Gra wypchana jest po brzegi tym, co w metalu najlepsze, co sprawia, że człowiek chce zapuścić długie „pióra” i rozpocząć pogo. Niewiele jest tytułów, które potrafią wychylić się z natłoku superprodukcji i być zauważone. Można śmiało stwierdzić, że Brutal Legend to się udało. Gra jest ewidentnie oryginalna. Łączy w sobie elementy Hack’n Slasha, wyścigów, strzelanki, gry muzycznej i… RTSa. Tak, tak, nie tylko ja się bardzo zdziwiłem, kiedy zauważyłem, że jest to bardzo znacząca część rozgrywki. Jako, że Red Alert 3 przekonał mnie ostatnio do tego elementu, zabrałem się za zwiedzanie brutalnego świata.


Back to the Future

Gra rozpoczyna się od klimatycznego filmu z Jackiem Blackiem, który prowadzi nas do sklepu muzycznego i pokazuje bardzo wyjątkową płytę. Winylowy krążek nosi tytuł Brutal Legend i pochodzi z działu, o jakże wymownej nazwie: "zakazany metal". Zawartość opakowania stanowi menu, po którym poruszamy się. Nasza przygoda rozpoczyna się w momencie, gdy J.B. otwiera papierowe pudełko płyty. W grze wcielamy się w postać Eddiego Riggsa, który jest tzw. Roadie, czyli technicznym podróżującym z zespołem Kabbage Boy. Chłopcy nie grzeszą ani intelektem, ani umiejętnościami muzycznymi, nie potrafią nawet nastroić „wiosła”, na którym grają. Ich wizerunek budzi mordercze instynkty w szanującym się fanie metalu. Najchętniej wpadłbym na scenę i rozszarpałbym każdego gołymi rękoma, a następnie złożył w ofierze jakimś mrocznym bogom. Pech chciał, że w czasie koncertu jeden z tych bezmózgich „muzyków”, wdrapał się z gitarą na niestabilną część dekoracji sceny. Jaki jest finał takiej akcji? Oczywiście fajtłapa leci w objęcia śmierci i tylko interwencja Riggsa ratuje go od przejścia do zaświatów. Niestety, element scenografii, na którym stał pseudomuzyk, spada i przygniata naszego bohatera. Krew, która spływa na klamrę od paska Eddiego, przyzywa bestię rodem z okładek czasopism o heavymetalowej muzyce. Piekielna kreatura uśmierca przerażonych chłopców z Kabbege Boys i chwyta roadiego… W tym momencie nasz hero trafia do krainy, gdzie Heavy Metal rządzi światem.


Heavy metal falling from the sky!

Prawdziwą rozgrywkę rozpoczynamy w chwili, gdy banda mrocznych kapłanów chce uśmiercić Riggsa. Ten etap jest formą samouczka, przy którym poznajemy podstawy sterowania. Po krótkiej chwili, na ekranie pojawiają się pytania: czy zgadzamy się na bluzgi i inne obraźliwe słowa, a także czy nie przeszkadza nam widok hektolitrów życiodajnego płynu i flaków na ekranie? No pewnie! W końcu ma być ogień! Kiedy się już mamy za sobą ten niezwykle pasjonujący proces wyboru opcji, nadchodzi czas na prawdziwą akcję! W ramach rozgrzewki, przyjdzie nam pomachać wielkim toporem oraz elektrycznym „wiosłem”. W efekcie, grupa mrocznych kapłanów stanie się niczym więcej jak tylko wspomnieniem. Nasz trud zostanie sowicie wynagrodzony, poznamy bowiem piękną kobietę - Ofelię, z którą uciekniemy czterokołowym cackiem „Deuce”, zmontowanym przed Eddiego. Jak zapewne się domyślacie, nasz bohater bardzo szybko wkomponowuje się w otaczający go świat. W końcu o takiej krainie zawsze marzył. Na miejscu poznaje grupę odjechanych metali, z którymi postanawia stawić czoło przerażającemu wrogowi - Lordowi Doviculusowi. Zostaje wzniecona rebelia, mająca przerwać rządy demona, ciemiężącego ludzkość. A to dopiero początek!


Death on the Road

W grze mamy kilka sposobów na rozprawianie się z naszymi wrogami. Jednym z nich jest wspomniany wcześniej „Deuce”. Nasz hot rod nie jest zwrotną maszyną, ale idealnie nadaje się do rozjeżdżania napotkanych przeciwników. W czasie gry możemy go modyfikować w Metalowej Kuźni. Tu warto wspomnieć, że w rolę Strażnika Metalu wcielił się sam Ozzy Osbourne. Owy strażnik, który nawiasem mówiąc, wygląda również jak sam Ozzy, chętnie zajmie się naszym czterokołowym cackiem i pomoże je ulepszyć poprzez dorabianie karabinów, udoskonalenie nitro, zmianę koloru karoserii i wprowadzenie innych usprawnień, mających za zadanie zwiększenie siły bojowej pojazdu. Świat głównie przemierzamy, naszym „wózkiem”, przyzywając go za pomocą odpowiedniej solówki na gitarze. No, ale nie samym samochodem się żyje. Kiedy przyjdzie nam korzystać z „napędu nożnego”, do akcji wkracza kochana gitara Clementine oraz topór Separator. W tym momencie, mamy do czynienia ze zwykłym slasherem. Za pomocą nieskomplikowanych kombinacji torujemy sobie drogę do celu. Podobnie jak w przypadku hot roda i tutaj możemy wprowadzać ulepszenia do naszego podręcznego zestawu muzyka-mordercy. Element slasherowy wzbogacony jest o granie solówek. Niczym w ubogiej wersji Guitar Hero, wklepujemy kombinacje wyświetlane na ekranie i w efekcie możemy, na przykład stopić przeciwnikom twarze. Ostatnim aspektem walki jest element RTS. Dzięki swoim ludziom musimy przejmować gejzery fanów, za pomocą których wykupujemy kolejne jednostki do naszej ekipy. Dzięki skrzydłom, możemy przelecieć nad polem bitwy i zarządzać wszystkim w powietrzu, a w kluczowym momencie dołączyć do walki i przechylić szalę zwycięstwa. W grze pojawia się również tryb multiplayer, który polega w sumie na tym samym, co single mode i to w zasadzie wszystko, co można by na jego temat napisać.


The powerful music of the past

No to czas zabrać się za stronę graficzno-audiowizualną. Świat, jaki serwuje nam Brutal Legend może nie jest tak dopracowany graficznie, jak obecne superprodukcje, ale urzeka swą architekturą i krajobrazami. Oferuje pełno wariacji na temat heavy metalu. Niemal na każdym kroku można znaleźć coś charakterystycznego dla tego gatunku muzycznego, choćby wyrastające z ziemi wielkie miecze, różne metalowe konstrukcje , kamienne kręgi itp. Cały świat wypełniony jest specyficznymi mieszkańcami. Znajdziemy tam zarówno prostych metalowców, uwielbiających piwo i uzbrojonych w płaskie czoła, służące im do rozbijania butelek i kamieni; masę przeróżnych zwierząt z przerośniętymi kłami; kolesi z czapką kata posiadających pięści wielkości ludzkiej głowy. Świat nie jest aż tak rozbudowany jak w InFamous, czy też GTA IV, ale cieszy oko i raduje duszę fana metalu. Sama grafika nie posiada większych błędów.
Jak wygląda sprawa muzyki? Powiem po prostu, że nawet, gdy nie miałem ochoty na zabawę w Brutal Legend, to włączałem grę właśnie ze względu na soundtrack. Ustawiałem playlistę w radiu naszego hot roda, a następnie przez cały wieczór słuchałem najlepszych metalowych kawałków. Ta gra posiada jeden z najdoskonalszych OST, jaki słyszałem. 107 utworów od 75 kapel takich jak: Motorhead, Iron Maiden, Dragonforce, Judas Priest, Slayer czy też Tenaciuos D. Co tu dużo mówić? W sklepie na taką składankę, wydalibyśmy masę pieniędzy, a tu mamy to w pełni legalnie i możemy słuchać za każdym razem, kiedy robimy sobie przerwę na herbatę albo czytamy książkę.


The season of pain is upon us.

Do tej pory nie szczędziłem pochlebstw i wszystkich ochów i achów, ale to już koniec komplementów. Gra poza pięknym światem i dobrą muzyką potrafi nieźle zirytować i zmęczyć. Niestety posiada wiele wad. Od czego by tu zacząć? Po pierwsze sterowanie. Nasz kochany Deuce jest niezwykle toporny, a skręcanie nim przy szybkiej jeździe to nie lada wyzwanie i przeważnie kończy się widowiskowym lądowaniem na drzewie, skale albo innej przeszkadzajce. Ktoś powie: „To jedź wolniej”… tylko po co? Dają nitro i szybką brykę nie po to, by stała na parkingu, ale by okiełznać demona prędkości. Przejdźmy teraz do kombinacji ataków. Jak by to najdelikatniej podsumować? Po prostu bieda z nędzą… Element slasherowy jest okrojony do minimum. Bardzo skromna ilość kombinacji, staje się na dłuższą metę nużąca. Skoro jesteśmy już przy sterowaniu, należy wspomnieć o (jak dla mnie nie tyle ubogim, co wręcz tragicznym) zarządzaniu armią w czasie rozgrywki RTS. Pokierowanie ziomkami tak, jak tego chcemy, graniczy z cudem. Problemy w kierowaniu nimi potrafią nieźle sfrustrować i sprawić, że ma się ochotę rzucić padem. Gra nie oferuje żadnego sensownego trybu zaznaczania poszczególnych jednostek. Kiedy lecimy zająć gejzer fanów, nasza wataha nie wie, co robić i często po prostu stoi bezmyślnie w miejscu do czasu, aż wrócimy. Kolejną wadą gry są misje poboczne. W dużej mierze ograniczają się do „ambush”- zasadzek i są zapychaczami służącymi do wydłużania rozgrywki. Wpadamy z ekipą metali, klepiemy wszystkich Klementynką i Separatorem i to by było na tyle, koniec misji. Zdarzają się inne zadania, ale toną one w morzu bezsensownych i nudnych zasadzek. Gra jest bardzo krótka, wystarczy 7-8 godzin, by przejść ją całą, a potem zostaje nam bawić się w szukanie posągów smoków i to niestety byłyby już wszystkie atrakcje. Kolejną rzucającą się w oczy wadą Brutal Legend jest zapisywanie stanu gry. Potrafi ono niejednokrotnie wyprowadzić z równowagi. Zdarza się, że w trakcie wykonywania fabularnych misji gra zostanie zapisana w połowie rozgrywki, a w najgorszym przypadku wcale. Efektem tego jest powtórne przechodzenie misji i tylko dzięki dobrej muzyce chce nam się grać dalej.


Metal, Noise, Blood and Fire! Tell me what you most desire

Nie da się ukryć, że Brutal Legend jest nietypowym i wyróżniającym się na tle innych tytułem. Gra oferuje nam przepiękny świat, wręcz utopię metalowej społeczności. Liczne nawiązania do subkultury heavy metalowej. Przy produkcji Brutal Legend brały udział znane na całym świecie osobistości sceny metalowej, takie jak Jack Black, Ozzy Osbourne, Lemmy Kilmister. Niestety, całą harmonię burzą rzucające się w oczy potknięcia. Brutal Legend przyciągała demem, ale na tym się kończy. Kiedy zaczynamy rozgrywkę, już po kilku bitwach zapał bezpowrotnie mija, a płyta znajduje się w napędzie konsoli tylko dlatego, że daje to możliwość słuchania doskonałego soundtracku. Gra pomimo klimatu potrafi zmęczyć. Szczera chęć połączenia kilku gatunków gier w jednym pakiecie, nie wyszła zbyt dobrze. Pokazuje to, że lepiej ograniczyć się do jednego lub dwóch i je dopracować, niż wciskać na siłę kilka. Podsumowując: Brutal Legend to gra na jeden wieczór, a potem co najwyżej pełni rolę odtwarzacza muzyki. Fani metalu nie będą zapewne zwracać uwagi na wady, bo jakby nie patrzeć, to głównie dla nich ten tytuł powstał.

Dziękujemy firmie Electronic Arts Polska za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Galeria


6.5
Ocena recenzenta
7.25
Ocena użytkowników
Średnia z 8 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Brutal Legend
Producent: Double Fine Productions
Wydawca: Electronic Arts
Dystrybutor polski: Electronic Arts Polska
Data premiery (świat): 13 października 2009
Data premiery (Polska): 16 października 2009
Platformy: Xbox 360, PS3
Strona WWW: www.brutallegend.com/

Komentarze


Hellzen
   
Ocena:
0
Fajna recka, zabawna, treściwa i zdecydowanie konkretna. Bardzo zachęcająca do zapoznania się z grą, aż do momentu wymienienia potknięć, co jednak odsuwa ją na dalszy plan...

Pamiętam jeszcze demo, było zabawne i odprężające, szkoda że sama gra okazała się niedopracowana :-(
10-04-2010 12:25
Adahl
   
Ocena:
0
Niestety ale gra już od dema mocno odstaje. I faktycznie poza klimatem nic sobą nie reprezentuje. A sam klimat nie wystarcza... W grę wpakowano mnóstwo przeróżnych motywów i zrobiono to na siłę, żaden z nich nie jest dopracowany tak jak powinien być.
10-04-2010 12:30
Squallu
   
Ocena:
0
Fakt. Gra na jeden dzień. Najlepiej ją w ten dzień skończyć, bo inaczej to jest małe prawdopodobieństwo, że się tego dokona.

Mimo wszystko dla plusów, które Kris wymienił - warto zagrać.

"Please the Gods of fucking metall!"
11-04-2010 12:13

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.