Wehikuł czasu i inne opowieści

Podróż w czasie

Autor: AdamWaskiewicz

Wehikuł czasu i inne opowieści
W każdej dziedzinie znaleźć można twórców, którzy, mimo imponującego dorobku, przemijają bez echa, jak i takich, którzy przy niezwykle skromnym portfolio na trwałe zapisują się w annałach gatunku, a ich dokonania stawiane są innym za wzór. Wśród polskich rysowników komiksów do tej drugiej kategorii z pewnością można zaliczyć Waldemara Andrzejewskiego. 

Ilustrował książki i projektował do nich okładki (głównie literatury młodzieżowej), tworzył plakaty, logotypy, herby miast, projektował znaczki pocztowe, a nawet banknoty, jednak w porównaniu z innymi obszarami działalności (które przyniosły mu także wiele prestiżowych nagród i wyróżnień zarówno krajowych, jak i międzynarodowych) jego dorobek komiksowy wydaje się skromny. W latach 70. ubiegłego stulecia opublikował bowiem zaledwie trzy adaptacje literackich utworów; dwie z nich w magazynie Alfa, jedną w Relaxie, nie bez przyczyny jednak uważane są one za jedne z najlepszych prac, jakie ukazały się na ich łamach.

Dzięki wydawnictwu Egmont wszystkie zostały niedawno przypomniane w zbiorczym albumie Wehikuł czasu i inne opowieści, wzbogacone dodatkowo o nigdy nie publikowane komiksy odnalezione dopiero po śmierci autora, próbki jego prac z innych obszarów niż komiks oraz posłowie przybliżające sylwetkę i twórczość artysty.

Do zajęcia się komiksem miał ponoć Andrzejewskiego namówić Phillipe Druillet, którego poznał podczas pracy we Francji, i nawet jeśli w tej anegdocie jest tylko ziarno prawdy, to patrząc na pierwszą z opublikowanych w zbiorze historii, Wojnę światów, nie sposób nie dostrzec inspiracji pracami ojca Vuzza i Lone Sloane'a. Sposób ukazania postaci, kadrowanie, barokowe ozdobniki, nawet poszarpana kreska przywodzą na myśl najbardziej znane prace francuskiego klasyka. To w mojej ocenie najlepsza z zamieszczonych w albumie prac. Bardzo dobrze poprowadzona fabuła, która przy adaptacji powieści Wellesa na język komiksu wymuszała przecież pewne skróty; znakomite ukazanie postapokaliptycznych realiów; nie mówiąc już o Marsjanach i ich potwornych kroczących machinach, które w wersji stworzonej przez Andrzejewskiego przed laty nieodparcie kojarzyły mi się z krzyżackimi hełmami.

Zarówno pod względem scenariusza, jak i ilustracji nieco słabiej prezentuje się druga z adaptacji powieści dziewiętnastowiecznego Anglika, która dała tytuł całemu zbiorowi. Tu przeskoki w fabule są widoczne znacznie wyraźniej, nie pomaga także miejscami gruba i nieostra kreska, ale tę złożyłbym na karb cyfrowej obróbki oryginalnych plansz, dotyczy to bowiem tylko niektórych kadrów, a na innych wyraźnie widać wręcz filigranowo zarysowane budynki czy konstrukcję tytułowej machiny. Po części może to jednak wynikać z faktu, iż komiksowa adaptacja Wehikułu... jest o rok wcześniejsza niż Wojny światów, i autor podczas jej tworzenia był już doświadczonym artystą, to mógł jeszcze nie mieć wprawy z komiksowym medium. Jeśli tak, to tym bardziej należy docenić wręcz kapitalne kadrowanie – wystarczy spojrzeć choćby na plansze przedstawiające wędrówkę bohatera przez tunele Morloków, by zachwycić się awangardowym kunsztem artysty.

Trzecia nowela w zbiorze to Kapitan Nemo, będąca luźną adaptacją Tajemniczej wyspy i Dwudziestu tysięcy mil podmorskiej żeglugi. Odnaleziona po śmierci autora, nie jest datowana, nie wiadomo także, kto odpowiada za jej scenariusz. Na tle dwóch wcześniejszych historii zamieszczonych w zbiorze wyróżnia się bardziej tradycyjnym kadrowaniem, a chociaż nawiązania do stylu Druilleta są nadal widoczne, choćby w postaci ozdobników obecnych w obramowaniach niektórych kadrów, to jest ich zdecydowanie mniej. Pozwala to domniemywać, że Kapitan Nemo jest pracą późniejszą, przy której Andrzejewski miał już bardziej wyrobiony własny styl – kreska jest znacznie delikatniejsza niż w Wehikule czasu.

Po nowości przychodzi czas na absolutną klasykę, adaptację opowiadania Stefana Weinfelda Tam, gdzie słońce zachodzi seledynowo. Akcję ratunkową na tajemniczej planecie Egmont przypomniał już niedawno w drugim tomie antologii Relaxu, ale i w tym zbiorze nie mogło jej zabraknąć. Cyfrowo odświeżona prezentuje się wręcz znakomicie i z przyjemnością powróciłem do niej raz jeszcze.

Ostatnią pracą w zbiorze jest niedokończony projekt o tytule (być może roboczym) Hasło "Słomot". Zaledwie cztery plansze wydają się być raczej zaczątkiem opowieści niż kompletną historią, a kreska sugeruje jako docelowego odbiorcę raczej młodszego czytelnika. Trudno powiedzieć coś więcej, nie zachowały się też żadne teksty do dymków ani informacje o autorze scenariusza, który mógłby rzucić na Hasło... nieco więcej światła.

Następnie dostajemy tekst Daniela Góry przybliżający sylwetkę i dorobek twórczy autora, którego prace zgromadzono w tym tomie – ten jest zaiste imponujący. Tym chętniej zobaczyłbym więcej jego przykładów niż te, które zebrano w zamykającej album Galerii prac Waldemara Andrzejewskiego. Zgromadzono w niej kilka szkiców do komiksów, grafik, sporo książkowych ilustracji i okładek – starsi czytelnicy mogą rozpoznać w nich obrazki zapamiętane z dzieciństwa, ale niezależnie od wieku wypada docenić szeroką gamę stylów i technik, jakimi posługiwał się artysta. Poszerzenie galerii o projekty znaczków pocztowych, plakatów czy banknotów mogłoby jednak unaocznić kunszt i wszechstronność grafika znacznie lepiej niż suche, encyklopedyczne zestawienie, na jakie momentami wygląda poprzedzający ją tekst.

A jego dorobek z pewnością zasługuje na przypomnienie. Nie tylko współcześni polscy komiksiarze i graficy tworzą dzieła na prawdziwie światowym poziomie, także przed całymi dekadami na rodzimym rynku rodziły się znakomite prace. Nie tylko osoby pamiętające oryginalne edycje komiksów Andrzejewskiego z Alfy i Relaxu mogą z chęcią sięgnąć po ten album – dla nich lektura będzie sentymentalną wyprawą w czasy młodości, nadającą tytułowi zbioru wymiary dosłownego, dla innych czytelników może okazać się fascynującą lekcją historii komiksu made in Poland, nawet jeśli kreska Andrzejewskiego odbiega od współczesnych standardów wyznaczanych przez taśmowe produkcje Marvela i DC.

Wznowienie najlepszych historii publikowanych przed laty w Relaxie, zbiór prac "polskiego Druilleta" – można tylko życzyć sobie, by na tym nie skończyły się wyprawy Egmontu w czasy, gdy szarą, siermiężną rzeczywistość nad Wisłą ubarwiały nieliczne komiksowe publikacje kierowane do czytelników starszych niż docelowi odbiorcy Kajka i Kokosza czy Tytusa, Romka i A'Tomka. Chyba nie tylko ja trzymam kciuki, by wkrótce móc znów ujrzeć także inne prace znane z czytanych w dzieciństwie zeszytów Relaxu i Alfy.

 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie albumu do recenzji.