» Recenzje » Venom: Król w czerni

Venom: Król w czerni


wersja do druku

Umarł król, niech żyje Venom!

Redakcja: Balint 'balint' Lengyel, Tomasz 'Asthariel' Lisek

Venom: Król w czerni
Choć trudno powiedzieć, by życie rozpieszczało Spider-Mana, to do jednego na pewno nie brakowało mu szczęścia – do przeciwników. Owszem, znalazło się wśród nich kilku mniej interesujących, jak choćby Rhino, ale inni nie tylko pozwolili na opowiedzenie wielu ciekawych historii, ale do tego stopnia zaskarbili sobie sympatię czytelników, że z czasem dorobili się własnych serii, spin-offów i filmowych adaptacji.

Jedną z takich postaci jest Punisher, który zaczynał jako morderca do wynajęcia, a innym – Venom. Kosmiczny symbiot złączony z życiowym frustratem wściekłym na cały świat (ze szczególnym uwzględnieniem człowieka-pająka), na przestrzeni lat od swego debiutu w wielu zeszytach wystąpił w roli głównej, a w innych – gościnnie, łącząc siły z innymi superbohaterami.

Wśród tychże zdarzały się pozycje słabsze (jak rozczarowująca Rzeź maksymalna), pozostałe jednak bardzo dobrze przyjmowane były zarówno przez czytelników jak i krytyków. Jedną z bardzo wysoko ocenianych serii z jego udziałem były zeszyty wydane w Polsce przez Egmont jako czterotomowy cykl zatytułowany po prostu Venom. Jego zwieńczeniem jest album Król w czerni – pozycja licząca ponad trzysta stron, zbierająca nie tylko zawartość zeszytów tworzących mini-serię King in Black, ale także pięć numerów oryginalnej serii Venom. Ten zabieg zdecydowanie wypada pochwalić, dodatkowe części tej historii dają bowiem swoisty epilog, ukazując, co działo się po wydarzeniach przedstawionych w tym cyklu.

Nie da się ukryć, że Król w czerni bardzo wysoko ustawia poprzeczkę, jeśli chodzi o stawkę przedstawianych tu wydarzeń. Na Ziemię przybywa mroczny bóg Knull, władca rasy symbiotów, na czele armii smoczych potworności. Jego celem jest zniszczenie całego życia na planecie, i jak szybko się przekonujemy, jest w stanie to zrobić. Oczywiście naprzeciwko staje mu cała brygada rozmaitych superbohaterów – od Venoma, przez Avengers po X-Menów i jeszcze bardziej specyficznych herosów.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Muszę przyznać, że nigdy nie byłem specjalnym fanem łączenia w albumach różnych komiksowych serii i bohaterów, a do tak zwanych eventów stosunek mam mocno sceptyczny. Z jednej strony pozwalają one ukazać wydarzenia o zasięgu wykraczającym poza zasięg jednej komiksowej serii, z drugiej – niejednokrotnie tworzą wrażenie chaosu i sztucznego tłoku mnożąc występujące w nich postacie, z których sporo nawet nie ma szansy na realny czas antenowy. Na szczęście zwieńczenie sagi o Venomie i odparcie ataku mrocznego bóstwa czytało mi się całkiem przyjemnie i aż żałuję, że nie miałem wcześniej okazji zapoznać się z poprzedzającymi je tomami. I patrząc z pewnej perspektywy, nietrudno wskazać przynajmniej kilka czynników, które składają się na taki efekt, dzięki którym epicka nawalanka autentycznie wciąga, a – by przywołać wręcz rażący przykład zmarnowanego potencjału – w Axis zwyczajnie nużyła. 

Po pierwsze przez cały czas mamy jasno pokazane, kto w opowiadanej historii jest faktycznie najważniejszy – i to od strony fabularnej. To, że opowieść skupia się na Edwardzie Brocku i jego synu, pozwala w dłuższych sekwencjach błyszczeć innym bohaterom. Trochę paradoksalnie daje to możliwość skoncentrowania na nim warstwy narracyjnej, nieco spokojniejszego tkania wątków fabuły, podczas gdy ciężar walki z Knullem i jego smoczymi symbiotami spoczywa na barkach innych postaci, które realnie mogą przejąć na dłuższy czas strategiczny ciężar toczonego starcia i faktycznie się w nim wykazać. Trochę jak na erpegowej sesji, gdzie drużynowy powergamer dostaje dopracowaną scenę walki i może w istotny sposób wykazać się, ciesząc z optymalizowanej konstrukcji mechanicznej swojego bohatera, a inni gracze dostają sceny bardziej fabularne, ale decydujące o tym, w jakim kierunku pójdzie historia wspólnie tworzona na sesjach. Dzięki temu scenarzysta nie musi raptownie ucinać akcji z udziałem innych bohaterów w obawie, że skradną przedstawienie głównej postaci.

Po drugie – mimo że w obsadzie albumu mamy, jako się rzekło, całe mnóstwo bohaterów, to nie ma poczucia, że ktokolwiek jest wciśnięty na siłę, a scenarzysta bardzo sprawnie potrafi nimi zarządzać, umiejętnie rozdzielając czas antenowy i dbając o to, by kolejni aktorzy wiarygodnie schodzili ze sceny i nie robiło się na niej zbyt tłoczno. Po trzecie wreszcie – nie samą akcją człowiek (i superbohater też) żyje – wspominałem już, że Danny Cates daje Venomowi sporo scen budujących fabułę, gdy akcję mogą przejąć inni herosi, ale warto jeszcze raz to podkreślić. Nierzadko w komiksach o superbohaterach autorzy koncentrują się tylko na akcji, inne elementy traktując niemalże jako zło konieczne – tymczasem Eddie Brock dostaje faktyczne dylematy, realne wybory i musi podejmować decyzje, w których czytelnik jak najbardziej może go zrozumieć i kibicować mu – jako zwykłemu człowiekowi, a nie superbohaterowi o nadludzkich mocach.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Bardzo dobrze prezentuje się też graficzna strona albumu – Ryan Stegman w znakomity sposób rozmieszcza kadry, od tradycyjnego układu, przez bardziej nietypowe, po całostronicowe a nawet panoramiczne plansze. To nie zabawa formą, sztuka dla samej sztuki, ale celowe i umiejętne komponowanie, podkreślające wymowę poszczególnych scen. Pochwalić wypada też kolory, za które odpowiadają Frank Martin i Jason Keith – w albumie tak przesiąkniętym mrokiem, w znacznej części rozgrywającym się w całkowitym odcięciu od słonecznego blasku, odpowiednie operowanie światłem i barwami ma niebagatelne znaczenie.

Jednocześnie nie mogę powiedzieć, by nie było kwestii, które w recenzowanym albumie mi przeszkadzały. Pierwsza rzecz to momentami nie do końca jasne nawiązania do innych wydarzeń – to niestety efekt czytania tego tomu w oderwaniu od czterech wcześniejszych.Choć Król w czerni broni się także jako samodzielny album, to osadzony w szerszym kontekście na pewno wypadałby jeszcze lepiej. Druga kwestia nie da się jednak tak łatwo zbagatelizować – to mianowicie humorystyczne wstawki, które znalazły się tu na dobrą sprawę nie wiadomo po co. Może autor nie chciał zbytnio dołować czytelników i uznał, że konieczne jest jakieś rozładowanie napięcia? Jeśli tak, to chyba mógł znaleźć na to lepszy sposób, ponieważ zdecydowanie nie wypadają one dobrze.

Nie mogę za to narzekać na materiały dodatkowe zamykające tom – oprócz dość standardowej galerii okładek to także chronologiczne zestawienie obecności symbiotów na Ziemi i komiksowych albumów, w których zostały przedstawione wydarzenia z ich udziałem – poza kolejnymi częściami zbiorczego wydania Venoma na ich liście znalazły się także komiksy o przygodach Thora i Silver Surfera. Może te dodatki nie podnoszą znacząco całościowej oceny Króla w czerni, ale na pewno zasługują na wzmiankę.  Nawet bez nich historia opowiedziana w tym tomie stanowi ciekawą, godną polecenia lekturę.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie albumu do recenzji.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
7.0
Ocena recenzenta
7
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Venom: Król w czerni
Scenariusz: Donny Cates
Rysunki: Iban Coello, Ryan Stegman
Wydawca: Egmont
Data wydania: 25 października 2023
Kraj wydania: Polska
Tłumaczenie: Zofia Sawicka
Liczba stron: 324
Format: 167mmx255mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 9788328161184
Cena: 109,99 zł
Tytuł oryginalny: Venom: King in Black
Wydawca oryginału: Marvel
Kraj wydania oryginału: USA



Czytaj również

Venom #1
Kiedy jeden symbiot to za mało
- recenzja
Strażnicy Galaktyki #01: Ostatnie wyzwanie
Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego
- recenzja
Cyberpunk 2077: Sny wielkiego miasta
Ziszczony koszmar przyszłości
- recenzja
Cyberpunk 2077: Gdzie jest Johnny
W poszukiwaniu ikony
- recenzja
Avengers #03: Wojna wampirów
Czy naprawdę trzeba niszczyć obraz Draculi?
- recenzja
Nieśmiertelny Hulk #01
Potwór o dwóch twarzach
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.