» Teksty » Artykuły » Varia #19

Varia #19


wersja do druku

Vielka Varia Kolekcji Komiksów Marvela

Autor: Redakcja: Mały Dan

Varia #19
WKKM z planowanych w Polsce początkowo 60 tytułów już rozrosła się w zapowiedziach do 100 (ciekawe czy na tych dodatkowych 40 grzbietach złoży nam się jakiś nowy obrazek?), co zapewne cieszy wszystkich fanów superbohaterskiego komiksu amerykańskiego. Wszak niezwykle przyjemnie jest, krocząc sobie obok kiosku, zobaczyć komiks i móc go kupić. I choć nie każdy tytuł WKKM warto w kolekcji mieć, to jednak jakoś na duszy raźniej że kolekcja zostaje z nami na dłużej.

Spis treści:

  • WKKM #41: Fantastyczna Czwórka - Uzasadniona interwencja

  • WKKM #42: Poległy syn. Śmierć Kapitana Ameryki

  • WKKM #44: Ultimates #2

  • WKKM #47: Daredevil - Diabeł Stróż

  • WKKM #48: The Amazing Spider-Man - Wyznania

  • WKKM #50: Czarna Pantera - kim jest Czarna Pantera?

  • WKKM #51: Wielka Wojna Hulka

 

WKKM #41: Fantastyczna Czwórka - Uzasadniona interwencja 

Tom numer 41 to kolejne podejście do Fantastycznej Czwórki (po WKKM #37: FF - Niepojęte, a później jeszcze dla odważnych tom WKKM #52: FF - Koniec). Przyznać trzeba, że tercet Waid/Porter/Wieringo próbował stworzyć historię z drugim dnem, ale niestety nie wybrnął z zadania tak, aby przeskoczyć średnią ligową szarzyznę superbohaterską.

Oto Fantastyczna Czwórka po pokonaniu Dr Dooma (tragiczne wydarzenia, które między innymi sprawiły, że Reed wygląda jak Two-Face - połowa jego twarzy została oszpecona) przejmuje kontrolę nad jego Latverią. Reed staje się przywódcą tego państwa i stara się uświadomić jego mieszkańców, że Doom tylko pozornie był tak dobrym i miłosiernym władcą swojego stadka. Rządy FF w Latverii powodują, że wiele państw ościennych uznaje je za interwencję USA i domaga się aby FF opuścili Latverię. Domaga się tego również rząd USA, gdyż nie chce wywoływać dużego konfliktu międzynarodowego.

W Uzasadnionej Interwencji razi sposób przeprowadzenia (słusznej) krytyki działań organizacji międzynarodowych oraz państw w obliczu przejęcia władzy w jakimś kraju przez nową grupę rządzącą. Oczywiście komiks miał w sposób przerysowany uwypuklić problem, ale niestety wyszło z tego szczeniackie bicie piany przy piwku spożywanym przed blokiem na trzepaku. Wyobraźnia poniosła autorów też trochę przy przeniesieniu w zamykających opowieść scenach akcji w sfery niebieskie. Całość ratuje w sumie prosty, ale zabawny, trik w samej końcówce. Można chyba było w znacznie mniejszej objętości skumulować tych kilka dobrych pomysłów i przewrotne zakończenie. Wówczas czekanie na wybawiający finał nie powodowałoby zgrzytania zębami przy lekturze.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Nota: 3,5

 

WKKM #42: Poległy syn. Śmierć Kapitana Ameryki

Wielkie superbohaterskie uniwersa potrzebują od czasu do czasu wielkiej tragedii, która zmiata ukochany symbol z plansz komiksowych. Umarł Superman, więc umrzeć musiał też drugi z amerykańskich symboli, Kapitan Ameryka.

Poległy Syn to kompilacja zeszytu nr 25 z oryginalnymi przygodami Kapitana, kiedy po wydarzeniach Wojny Domowej (WKKM #39) jest transportowany na rozprawę i zostaje zamordowany, oraz pięcioczęsciowa mini-seria o tym, jak uniwersum radzi sobie z tą stratą. Głównym bohaterem jest Tony Stark/Iron Man, czyli ten, który postanowił zgrupować wokół siebie zarejestrowanych bohaterów, i który w sumie czuje się odpowiedzialny za śmierć Kapitana, przywódcy buntowników. Jednak mimo tego, że to Tony jest postacią kluczową tego tytułu, to każdy z pięciu zeszytów (odpowiadający fazom, które przechodzi każdy przeżywający śmierć bliskiej osoby) pokazuje jak inni bohaterowie radzą sobie ze stratą Kapitana. Wolverine ucieleśnia zaprzeczenie, Avengers - gniew, Hawkeye - negocjacje, Spider-Man - depresję, a Iron Man - akceptację. Oczywiście wszystkie te fazy bardzo sprawnie połączono, tak że osoby poszczególnych dramatów nie znikają ze sceny wydarzeń, a przewijają się przez wszystkie opowieści. Mimo takiego rozczłonkowania Poległy Syn jest spójnym, wciągającym i różnorodnie ilustrowanym komiksem, który zdecydowanie trzeba poznać. Problemem - niestety - jest to, co zwykle w przypadku takich tragicznych historii: z góry wiemy, że Kapitan i tak powstanie, że jego śmierć jakoś zostanie wyjaśniona, a on sam przywrócony do życia. Bowiem wykreowanie postaci komiksowej, która tak bardzo zawładnąć może umysłami i sercami czytelników, zabiera zbyt wiele czasu. Lekkomyślnie byłoby zatem pozbyć się Kapitana znoszącego złote jajka.

Nota: 6,5

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

 

WKKM #44: Ultimates #2 

Czytając przygody alternatywnej wersji The Avengers bardzo będą nam one przypominały to, co zobaczyliśmy w kinowych odsłonach przygód Thora, Iron Mana i Kapitana Ameryki prowadzących do pierwszej "wielkoekranowej" części Mścicieli. Mark Millar (scenariusz) i Bryan Hitch (rysunek) stworzyli świat, w którym superbohaterowie są żołnierzami na usługach państwa i grają według jego reguł, zezwalając na tuszowanie tajemnic, które w oczach opinii publicznej mogłyby ich pogrążyć. Kino nie poszło aż tak daleko jak duet Millar/Hitch, który bez skrupułów pozwolił na pojawienie się rys na tarczy Kapitana Ameryki (agresja wobec jednego z członków grupy i manipulacja słabostkami innego), ukazał przemoc wobec kobiety czy też uwypuklił mechanizm samonapędzający wyścig zbrojeń ("sami stwórzmy wroga, którego pokona nasza supergrupa, co uzasadni wydawanie na nią kupy forsy"). Pod płaszczykiem "superbohaterskiej nawalanki" autorzy przemycili ogromną ilość niepokojących zjawisk, które wcale nie są aż tak dalekie od konspiracyjnej wizji naszego świata. Być może węszenie wszędzie podstępu zakrawa na paranoję, ale czy znane np. z historii najnowszej Ameryki Łacińskiej wynoszenie do władzy generała, a następnie jego obalanie nie przypomina trochę działań S.H.I.EL.D.?

Mroczna to opowieść, która nie sprawi, że poczujemy się lepiej, ale też nie taki był jej cel. To troszkę taki komiksowy Matrix, którego pierwsza część kończyła się klasycznym już dziś utworem Wake up antyestablishmentowego RATM. To słowa wyjątkowo dobrze podsumowujące i ten komiks .

Nota: 7,5

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

 

WKKM #47: Daredevil - Diabeł Stróż

Diabelsko wyglądający i diabelsko zwący się bohater jako agent Niebios? Matt Murdock przyjmie na siebie role tytułowego diabła stróża, aby odkryć wielką mistyfikację i zabawę umysłami oraz nim samym. Kto za tą mistyfikacją stoi? W pierwszej linii Kevin Smith, dla wielu niedościgniony wzór pisania scenariuszy, dla innych mistrz dialogów i pokręconych opowieści filmowych (Sprzedawcy, Szczury z supermarketu, W pogoni za Amy, Jay i Cichy Bob kontratakują), który komiksowo wcale się tak dobrze nie sprawdził, a przecież zapowiadał, że jego Batman: Cacophony będzie najlepszym komiksem z Gackiem. Owszem, to intrygująca opowieść o superłotrze zwanym Onomatopeja, ale daleko jej do najlepszych dokonań komiksowych z Nietoperzem. Tak czy inaczej, Smith pisze niebanalne opowieści, w których ogromną rolę gra szczegół i w których nierzadko trzeba wytrwać do samego końca, żeby każdy jeden element układanki zaskoczył i rozwiał wątpliwości co do jakości stworzonej pracy. Tak jest z Diabłem Stróżem, w którym niezwykle wydatnie wspomaga go rysownik o wielkim nazwisku, Joe Quesada. To jest Joe Quesada po upgradzie i unowocześnieniu kreski, więc nie liczcie na szatę graficzną w stylu Miecza Azraela.

Diabeł Stróż to nie nowość na polskim rynku. Egmont sięgnął po tę opowieść w 2004 i dostarczył nam ją w dwóch tomach. WKKM #47 łączy owe dwa tomy i w swoim standardzie "kolekcyjnym" oferuje nam możliwość wymienienia sobie wydania. Jeśli ktoś więc nie sięgnął jeszcze po Diabła Stróża, to może to zrobić teraz, ale trzeba zaopatrzyć się w daleko posuniętą wytrwałość, gdyż ten komiks to bardzo rozgadana opowiastka (w stylu "gadającego Smitha"), z efektownymi dialogami i znakomicie oddaną narracją wewnętrzną. Smith idealnie ze swoim warsztatem pasował do opowiedzenia klasycznej historii superbohaterskiej z twistem na końcu. Takiej historii intencjonalnie trącącej myszką w sposobie konstruowania opowieści, w której słowo momentami przytłacza, ale w odróżnieniu od redundantnych obrazu i słowa (jak to się działo w komiksach złotej i srebrnej ery, które częściowo poznać mogliśmy w mandragorowych Essentialach), zaprzęga te dwie składowe do uzupełniania się, a nie powielania. A zatem jest trochę ironicznie względem dawnego stylu, ale też i twórczo przy odświeżaniu formuły. Swoje dokłada w nowoczesnym i widowiskowym rysunku Quesada.

Na powyższym jednak nie koniec, gdyż Smith konsekwentnie buduje swoją opowieść na kliszach, dorzucając gdzieniegdzie wstawki rozwijające konstrukcyjny punkt wyjściowy - "postawić superbohaterów w niezwyczajnej dla nich sytuacji życiowej", to znaczy "co by było, gdyby musieli zająć się dzieckiem?". Dlaczego i po co te klisze? To wyjaśni się w sposób genialnie prosty na samym końcu, gdzie dowiemy się, że scenariusz skonstruowany celowo w sposób sztampowy przez Smitha, jest.... I tu zamilknijmy, żeby nie zepsuć niespodzianki nie zaznajomionym z tym tytułem czytelnikom. W czasie lektury Diabła Stróża trzeba być cierpliwym do samego końca. Tam czeka na nas nagroda, która tylko wciągającą opowiastkę przemieni może nie w złoto, ale przynajmniej w twardokładkowe wydanie komiksu, który fajnie mieć na półce. Nie tylko będąc niepoprawnym fanem Smitha czy Quesady, ale tak w ogóle.

Nota: 7,5

 

WKKM #48: The Amazing Spider-Man - Wyznania 

Pająk to nadzwyczaj dramatyczny superbohater. Peterowi rodziców zastąpili wujek Ben i ciocia May. Peter ponosi winę za śmierć wujka. Jest to jeden z sekretów, które skrywa w obawie o reakcję ukochanej osoby. Peter dzieli czas między pajęczą walkę o sprawiedliwość i próby prowadzenia normalnego, małżeńskiego życia. Tytułowe wyznania dotyczyć jednak będę nie tylko odkrywania kart w wykonaniu Petera, ale i przez osoby mu bliższe, dalsze i prawie całkiem nieznajome. Straczyński i Romita Jr kontynuują w udany sposób run The Amazing Spider-Mana, którego pierwszą odsłonę poznaliśmy w WKKM #1. Autorzy przygód Pająka nigdy nie stronili od mieszania życia prywatnego Petera z życiem i walką prowadzoną przez Spider-Mana, ale też skrzętnie odsuwali moment ogłoszenia wielkiej prawdy. Pająk Straczyńskiego i Romity Jra jest jeszcze bardziej z krwi i kości. Mniej żartuje, bardziej krwawi. O wartości takiego portretu "waszego przyjacielskiego Pająka" nie stanowi chora przyjemność czerpana z lektury o bolesnych kwestiach, ale raczej próba urealnienia tej postaci w granicach na jakie pozwala komiks o trykociarzu.

Nota: 6

 

WKKM #50: Czarna Pantera - kim jest Czarna Pantera?

Czarna Pantera to według blurpa szlachetny król-wojownik, przywódca ludu zamieszkującego nieistniejące afrykańskie państewko Wakanda. Kolejni jego władcy wybierani są w pojedynkach staczanych przez królującego i pretendenta. Siła nie jest jednak jedynym warunkiem przejęcia rządów. Nowy władca musi też kierować się inteligencją, aby chronić społeczność, która jest dalece bardziej zaawansowana technologicznie (dzięki tajemniczemu vibranium) nie tylko od państw ościennych, ale i od państw zachodnich. Dające ogromne możliwości vibranium jest obiektem pożądania wielu, którzy nie zawahają się spróbować zdobyć go siłą. Dobrobyt Wakandy oraz potencjalne zagrożenie, które ona stanowi, spędzają sen z powiek kolejnym pokoleniom kolonizatorów. Zaoferowana nam w WKKM #50 opowieść wskaże już na V wiek naszej ery, kiedy do prób zdobycia dochodziło, poprzez XIX, aż do XX w czasach drugiej wojny światowej.

Kim jest Czarna Pantera? to opowieść dynamicznie skonstruowana przez duet Hudlin/Romita Jr, w której poznajemy spiskowy plan dobrania się do potencjału Wakandy ze strony strażnika światowego pokoju, czyli evil empire USA, oraz prób skompromitowania kraju na arenie międzynarodowej. Niestety opowieść słusznie piętnująca międzynarodową niesprawiedliwość wobec małych, dosyć infantylnie szafuje hasłem black pride. Hudlin zebrał oczywiste oczywistości w historię logicznie skonstruowaną i ideologicznie słuszną, z której przesłaniem oczywiście się zgadzamy, ale ważne kwestie przedstawiono tutaj na poziomie licealnego buntu. Niezaprzeczalnie ten komiks do wielu ludzi wyznających ostre podziały w obserwowaniu i rozumieniu rzeczywistości trafi, ale może i tak nieco tę część odbiorców wprawić w zakłopotanie poprzez sposób serwowania informacji na temat działania mechanizmów budowania relacji międzynarodowych. Ciężko powiedzieć, czy taka metoda jest lepsza od irytującego i paraliżującego jakiekolwiek działania przesadnego relatywizmu, ale spojrzenie szersze i bardziej wyważone na pewno przełożyłoby się na inteligentny komiks, a nie manifestację młodzieżowego buntu. Tak czy inaczej, ten tom WKKM jest zdecydowanie nowością dla polskiego czytelnika, bo rzadko mamy okazję czytać superbohaterski komiks, w którym to czarnoskóry bohater jest postacią główną.

Nota: 4

 

WKKM #51: Wielka Wojna Hulka 

"WKKM #30 uzupełnia słabszy fragment z Amazing Fantasy #15. Choć zapewne to, o czym w nim czytamy, przyda nam się przy lekturze World War Hulk. Pytanie tylko, kiedy to nastąpi?". Tak pisaliśmy o drugiej części Planety Hulka. Minęło dwadzieścia jeden numerów WKKM (jak jeden, chciałoby się rzecz) i oto dostajemy druga część "zielonego tryptyku" (czy w ramach WKKM doczekamy się trzeciej, Planety Skaaara?). I to chyba najsłabszy punkt WKKM, w której z niezrozumiałych powodów odstępy między kolejnymi częściami wieloczęściowych historii są gigantyczne. Pisaliśmy już o tym, że nas to dziwi, no bo przecież wszystkie fragmenty układanek są tytułami opublikowanymi. Wracając jednak do meritum, oczywiście lektura Amazing Fantasy #15, przydaje się, gdyż w Wielkiej Wojnie Hulka pojawia się poznany tam Rick, którego przemowa ma powstrzymać coraz bardziej wkurzonego Zielonego Szramę.

Planeta Hulka zachwyciła świeżością realiów. Była opowieścią z pogranicza fantasy i sci-fi, której głównym protagonistą uczyniono obdarzonego nadzwyczajnymi mocami Hulka. Wysłano go przez pomyłkę na planetę, na której wszystkie jego uczynki odebrano jako znaki nadejścia zbawcy. Niestety, przeszłość (jak sugerowało zakończenie Planety) zniszczyła jego nowe życie. W Wielkiej Wojnie Hulka Zielony powrócił na Ziemię, aby bić. I o tym właśnie jest ten komiks - o wybuchach, potężnych ciosach i zemście na tych, którzy podawali się za jego przyjaciół. Okaże się, że wybuch, który unicestwił Sakaar, faktycznie był "sprawką przyjacielską", ale tego skąd naprawdę przyszła zdrada, nie spodziewał się nikt.

Rysowników Planety, Pagulayana i Loprestiego (przy wsparciu Michaela Avona Oeminga, Alexa Niño, Marshalla Rogersa, Gary'ego Franka i Takeshi Miyazawy) zastąpił Romita Jr, którego jest wyjątkowo dużo w WKKM. Rysownik ten posługuje się specyficzną, "ciosaną" kreską, dosyć schematyczną, pozbawioną zbędnych szczegółów i z pozoru mało dynamiczną, ale akurat dobrze pasującą do "nawalanki" wielkich i/lub posiadających wielkie moce postaci. Ciosy Hulka czy The Thinga wyglądają w jego wykonaniu mocarnie. Jednak to, co u Pagulayana i Loprestiego w szczegółowym rysunku skupiało naszą uwagę na wypełnionej po brzegi walką Planecie Hulka i oferowało długie momenty satysfakcjonującej lektury, u Romity Jra sprawia, że tempo wzrasta i wprowadza niepokojące skoki. Niepokojące dlatego, że taka ilustracja scenariusza sprowadza go do skryptu opierającego się tylko na wrzucaniu pod wielką pięść Hulka kolejnych winnych jego tragedii osobistej. Z niepokojem śledzimy kolejne bójki, bo w Wielkiej Wojnie nie ma de facto nic więcej, czekając na to, jak wybrnie ze świetnego pomysłu wyjściowego całej trylogii scenarzysta, Greg Pak. Udaje się mu to połowicznie. Nie pozwala zginąć z ręki Hulka superbohaterom, którzy ponoszą odpowiedzialność za zapoczątkowanie tragicznych wydarzeń, ale kompromituje ich w oczach opinii publicznej. Na szczęście scenarzysta nie posunął się o krok za daleko i nie zakończył tej opowieści odzyskaniem świadomości i kontroli nad sobą przez Hulka na zasadzie "o Boże, stałem się tym, z czym walczyłem", co przypomniałoby trochę zakończenie Civil War i zupełnie niewiarygodne rzucenie tarczy przez Kapitana Amerykę. Jednak też nie zaryzykował doprowadzenia do sprawiedliwego końca tej opowieści, w której czytelnik mocno kibicujący Hulkowi pragnął, by Hulk dał łupnia, wygrał i odszedł w stronę zachodzącego słońca, choć z westernem ta historia nie ma nic wspólnego. Niemniej jednak zakończenie częściowo rozczarowuje.

Nota: 5

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Varia #33
Vielka Varia Timofova
Varia #31
Seria z wukakaemów
Varia #30
Co ty wiesz o komiksie brazylijskim?
Varia #29
Moje vielkie amerykańskie povakacje komiksove
Varia #26
Starość i nowość, czyli radość z importu
Varia #28
Biegniemy na rekord

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.