» Recenzje » Varia #15

Varia #15


wersja do druku

Początek tak zwanego Tryptyku Polskiego

Autor: Redakcja: Mały Dan

Varia #15
Tak, to już piętnasty odcinek cyklu. Do szerokiej dystrybucji nie trafiły niestety, z powodu problemów z naszym dostawcą internetu, odcinki numer 12 (speszal edyszyn w całości poświęcony pewnemu hiszpańskiemu autorowi) i numer 14 (prawie w całości desant zagraniczny). Odcinek piętnasty rozpoczyna tryptyk z komiksami opublikowanymi i przeczytanymi w Polsce, od morza aż do Tatr.

 

Spis treści:

  • Ralph Azham #2: Śmierć na początku drogi
  • Hilda #3: Hilda i Ptasia Parada
  • Monster #1
  • Louis Riel: Biografia komiksowa
  • Miasto z widokiem
  • Hellboy #14: Burza i Pasja
  • Zabójca #5: Śmierć w duszy
  • WKKM #38: Thor - Ostatni Wiking
  • Wilq #20
  • Zamach na prezydenta #2 
  • 88/89
  • Strażnicy Początek

 

Ralph Azham #2: Śmierć na początku drogi 

Ralph Azham - po przygodach opisanych w tomie Czy oszukuje się tych, których się kocha? - stał się kimś ważniejszym. Do swojego naniebieszczenia zdobył istotny upgrade. Musiał jednak definitywnie opuścić swoją wioskę i udać się w drogę, której końca, ani nawet przystanków pośrednich, nie mógł przewidzieć. Pobyt w szkole dla naniebieszczonych przyniesie prawdy bolesne, a wędrówka po krainie nie będzie tylko ekscytującą wyprawą.

W drugim tomie czeka nas mroczniejsza i brutalniejsza wizja świata przedstawionego. Trondheim teoretycznie nie obiecywał nam przygodowej opowieści humorystycznej z elementami mocniejszymi, ale też nie przygotował czytelnika na takie hulanki, jakich doświadczamy w tomie drugim: sporo krwi, tajemnice z przeszłości, manipulatorzy mieniący się zbawcami... To już nie jest opowieść dla młodszych czytelników. Tutaj postać Raplha zyskuje pełną świadomość i bohater przeczuwa, jakie trudne decyzje będzie musiał podjąć.

Co Trondheim zrobi w tomie trzecim? Tytuł Pod czarnymi gwiazdami i płomienie na okładce raczej nie sugerują cukierkowej przygody...

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Nota: 8

 

Hilda #3: Hilda i Ptasia Parada

Po wydarzeniach z Nocnego Olbrzyma Hilda i jej mama musiały się przenieść do miasta. Ich domek na odludziu został przypadkiem rozdeptany i nie było wyjścia. Oczywiście wychowana wśród skał i rozległych łąk Hilda ciężko przeżyła przenosiny do Trollbergu, w którym czekają ją zmagania z legendami miejskiej dżungli, zamartwiającą się o nią mamą oraz głupawymi pomysłami rówieśników ze szkoły. Ciężko również będzie czytelnikowi podczas lektury tego tomu. Zmiana miejsca akcji pociągnęła ze sobą szereg zmian in minus w tym komiksie. Począwszy od wyglądu bohaterki (inne włosy, zaokrąglony nos), poprzez ściśnięte kadrowanie, a skończywszy na bardziej infantylnej historii, której głównym wątkiem jest zagubienie się Hildy w wielkim mieście oraz pokazanie, że dzieci w mieście mają głupie pomysły. Nie ratuje całości konkluzja, w której dowiadujemy się kim jest kruk-towarzysz Hildy w wędrówce po nieprzyjaznych pejzażu miejskim.

Pearson zaryzykował rezygnując z opowiadania bajeczek odzianych w skandynawską mitologię i niestety chwilowo poległ. Kto wie, może czwarty tom zatytułowany Czarny pies przyniesie powrót do magicznego świata, który tak polubiliśmy?

Nota: 5,5

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

 

Monster #1 

Głównym bohaterem "potwora" jest japoński chirurg Kenzō Tenma. Poznajemy go jako młodego i niezwykle zdolnego pracownika niemieckiego Szpitala-Pomnika Eisler w Düsseldorfie. Dzięki swoim umiejętnościom szybko zyskuje przychylność dyrektora placówki. Ma piękną narzeczoną. Wszystko w jego życiu zdaje się układać znakomicie. Aż do dnia, w którym na polecenie swojego przełożonego operuje wskazanego przezeń pacjenta. W tym samy czasie umiera inny potrzebujący pomocy. Do Kenzō dociera ta wiadomość, co wprawia go w stan osłupienia i powracających wyrzutów sumienia. Trudna sytuacja pozwala mu jednak określić swoje priorytety na przyszłość - nie kierować się statusem pacjenta przy decyzji o ratowaniu jednego życia na rzecz drugiego. Jak się okazuje wpędzi go to w podwójne kłopoty. Umrze pacjent, który szpitalowi zapewniał ogromną pomoc. Zignorowanie polecenia przełożonego spowoduje, że Kenzō popadnie u niego w niełaskę. A uratowany w miejsce "ważniaka" pacjent okaże się ogromnym problemem na przyszłość.

Naoki Urasawa stworzył pełen ludzkich rozterek thriller kryminalny i postanowił dawkować czytelnikom napięcie tak, aby utrzymać ich w stanie permanentnego poddenerwowania. W panowaniu nad opowieścią autorowi nie przeszkadza w żaden sposób liczba ciągniętych wątków związanych z dużą liczbą postaci. Bohaterowie, nawet ci drugoplanowi, zostali napisani w sposób, który sprawia że nie są dla nas tylko wypełniaczami, ale szczegółami tworzącymi niezwykle przemyślaną kompozycję narracyjną. Przez prawie połowę pierwszego tomu cherubinowaty zabójca pozostaje nieujawniony, a potem i tak pojawia się w zasadzie tylko w roli znikającego punktu. Prowadzący śledztwo detektyw jest metodyczny, cierpliwy i ponadprzeciętnie spostrzegawczy. Nawet epizodycznie pojawiający się dziennikarz wryje się w waszą pamięć brutalnie i na długo.

Urasawa swój kryminał podrasował stawiając głównego bohatera w tragicznej pułapce wyborów, które tylko pozornie są dobre. Choć pozostają w zgodzie z sumieniem Kenzō, to jednak ściągają na niego ogromne nieszczęścia i wikłają w niebezpieczną rozgrywkę. Monster to kolejna po Pluto czy Bosonogim Genie manga, której można użyć jako argumentu, który przekona wrogów japońskiego komiksu do poczytania wybranych tytułów z tegoż gatunku.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Nota: 8 (pełna recenzja: Młot)

 

Louis Riel: Biografia komiksowa 

Chester Brown opowiadał nam niezwykle szczerze o swoim życiu seksualnym z prostytutkami w Na własny koszt. Natomiast w komiksie Louis Riel sięgnął po temat diametralnie różny (choć również dotyczący poniekąd praw mniejszości/uciskanych). Bohaterem swojej opowieści uczynił obrońcę praw kanadyjskich Metysów i Indian, który przewodził im podczas Rebelii nad Rzeką Czerwoną w 1869, a następnie w czasie Rebelii Północno-Zachodniej z 1885.

Sprawa kanadyjska, choć zapewne bardzo daleka naszym troskom i zainteresowaniom bezpośrednim, okazuje się doskonałym materiałem na komiks. Brown postawił na biografię Riela, która siłą rzeczy musi być wybiórcza. Nawet komiksowe możliwości kondensacji muszą ulec pod natłokiem faktów, aby czytelnik faktycznie dostał do ręki komiks, a nie książkę ilustrowaną przeładowaną suchymi faktami i tekstem. Brown wybrnął z sytuacji na dwa sposoby. Pierwszy polega na dodaniu, podobnie jak w Na własny koszt, obszernych przypisów. Dzielą się one z grubsza na takie, w których autor przyznaje się do dokonania pewnych zmian celem podkolorowania opowieści komiksowej (np. uwaga o celowym uczynieniu premiera MacDonalda czarniejszym charakterem niż w rzeczywistości był) oraz na takie, które wskazują nam istotne uzupełnienie informacyjne do wcześniej doświadczonych scen (na przykład strategiczna kwestia budowy linii kolejowej z prawdziwego zdarzenia). W obu przypadkach czytelnik będzie zadowolony i wdzięczny autorowi, gdyż wyedukuje się trochę w małym wycinku kanadyjskiej historii oraz pozna metodę pracy komiksiarza-biografa.

Wybiórczość biograficzna u Browna też działa w sposób złożony. Jednoznacznie wpływa na skrótowość i uschematyzowanie narracji, ale także dodaje komiksowi życia i powoduje, że pewne uproszczenia charakterologiczne stają się niezbyt przekonujące.

Ograniczenie i posługiwanie się skrótem przynosi wspaniały humor - na przykład w sekwencji, w której dr Schultz wraz z 45 ludźmi barykaduje się w swoim domu i przerabia go na fortecę. Riel początkowo decyduje się czekać. Po kilku dniach, kiedy ludzie Schultza nadal siedzą w domku, decyduje się ich otoczyć. Brown opowiada te zdarzenia z zimnym humorem i na kilku zaledwie kadrach, choć w rzeczywistości upływa więcej czasu, a i zapewne więcej rozmów na temat "zabarykadowanych" przeprowadzono. Po tego typu rozwiązania Brown sięga częściej. Komiczność, którą osiąga, jest wypadkową jego niezwykle powściągliwego poczucia humoru (czy istnieje coś takiego jak kanadyjskie poczucie humoru?) oraz wyboru narracyjnego. Te zabiegi często też podkreślają absurd sytuacji, które zdarzają się w czasie konfliktów - ludzie czegoś chcą, ale nie są pewni czego i jak wiele, aby to osiągnąć, są w stanie poświęcić. Gdyby Brown wziął się za ukomiksowienie Illiady, to zapewne pysznie doprowadziłby do granic absurdu pojedynek Hektora i Achillesa biegających dookoła murów Troi jak postaci kreskówkowe.

Z drugiej strony, ciężko zrozumieć momentami niezdecydowanie Riela. Niby przemawia za nim chęć bezkrwawego rozwiązania konfliktu, ale jako strateg podejmuje fatalne decyzje. Być może wynika to z oświecenia i namaszczenia boską misją? Zdecydowanie brakuje w komiksie Browna jakiegoś elementu, który by bardziej nas przekonał, co do motywów postępowania głównego bohatera. Niezależnie od tych dziur, Riel niestety w pewnym momencie traci w naszych oczach. Zdecydowanie bardziej zaczynamy kibicować mniej wykształconemu, acz bardziej zdecydowanemu, Gabrielowi Dumontowi. Niewykorzystana zdaje się trochę sekwencja procesu. Tutaj aż prosiło się o jakieś rozdzierające serce hollywoodzkie rozwiązanie. Choć z drugiej strony może i dobrze, że dostajemy gadające głowy na czarnych tłach. Coś bardziej efekciarskiego mogłoby troszkę kolidować z powściągliwym stylem narracyjnym Browna.

Louis Riel: Biografia komiksowa wciągnie was, zachwyci i rozbawi od pierwszych stron. Potem może lekko znuży, ale finalnie i tak zmusi do zastanowienia się, że może większość ważnych historycznych przemian wcale nie była aż tak efektowna, a wielcy ludzie nie zawsze mieli na języku gotowe, okrągłe formułki, które potem przechodziły do historii.

Nota: 7,5

 

Miasto z widokiem 

To komiks o mieście Gdynia - kolejny komiksowy hołd złożony miastu, po takich tytułach jak Pocztówki z Białegostoku, Tragedyja Płocka czy Przewodnik po Bydgoszczy. Akcja pięciu historyjek, które łączą się ze sobą nie tylko poprzez miejsce akcji, ale również poprzez postaci w nich występujące, rozgrywa się w latach 1926-1937. Losy Polaków (i nie tylko), opisane w Mieście z widokiem, w Polsce okresu międzywojnia są wzruszające, zaskakujące i pozwalają nam poznać historię Gdyni, o której zapewne nigdy nie słyszeliśmy, a jeśli nawet, to rzadko do niej wracamy myślami. Dzięki skupieniu się na opowieści o mieście poprzez ludzi je budujących, istnieje szansa na to, że w naszej pamięci tamta Gdynia pozostanie na dłużej.

Nota: 5,5 (pełna recenzja: Kuba Jankowski)

 

 

 

Hellboy #14: Burza i Pasja 

No i doczekaliśmy się końca ziemskich przygód Hellboya. Ten tom doprowadza wątek egzystencji Piekielnego wśród ludzi do finału. Po nierównych częściach numer 10 i 11, które nie kontynuowały głównej linii narracyjnej, a jedynie rozbudowywały hellboyowy świat przedstawiony wszerz, w końcu powracamy do wydarzeń ze znakomitego Dzikiego Gonu. Podobnie jak wtedy, kiedy Hellboy złamał rogi i stanął okoniem wobec oczekiwań Piekła, tak i teraz możemy się spodziewać, że wykręci jakiś numer, nie spełni arturiańskiego powołania i nie poprowadzi z mieczem w dłoni armii, aby rozegrać krwawą partię szachów. Przecież to Hellboy, on zawsze szuka innej drogi. On raczej będzie sobie wymachiwał tym mieczem jak zabaweczką, raczej odda swoje oko Babie Jadze, niż spełni jakakolwiek przepowiednię lub los gotowany mu przez czy to Nazistów, czy szukające zemsty stwory.

Ostatni tom ziemskiego Hellboya to raczej odmalowanie tego, czego wszyscy się spodziewali. W sumie cała ta historia mogłaby zamknąć się w o połowie krótszej opowiastce, ale autorzy nadali jej rozmiar pełnego tomu. To oczywiście pozwala na podtrzymanie atmosfery uwielbianej przez czytelników serii, ale też sprawia wrażenie ciut przeholowanego rozciągnięcia finału. Sama konkluzja nie rozczaruje raczej fanów serii. Problem w tym, że to, co zapowiedziano jako zakończenie serii, wcale nim nie jest, gdyż już w tym tomie rysownik mówi nam o tym, że Hellboy powróci w piekle. Jak sobie poradzi w zupełnie nowym otoczeniu? Wszak siła tej serii było mieszanie dwóch płaszczyzn - ziemskiej i piekielnej z dodatkiem wspaniałych legend i podań ludowych. W piekle tego wszystkiego nie będzie... Obyśmy tylko nie dostali do rąk drugiego Lucyfera...

Nota: 7

 

Zabójca #5: Śmierć w duszy 

Sezon pierwszy Zabójcy za nami. W kolejnych tomach śledziliśmy jak wątki stopniowo się ze sobą łączą. Autorzy dawkowali nam bardzo powoli kolejne informacje, a w pewnym momencie zdawało się nawet, że wątek zdrady mecenasa Lestreille'a pozostanie niedopowiedziany. Jednak nowi latynoamerykańscy pracodawcy zabójcy okazali się mieć głębiej sięgający interes w zatrudnieniu go do pomocy. Konspiracja, której fundamenty naruszył nasz zabójca, sięgała szczytu władzy, a on stał się po prostu jednym trybikiem machiny, którego można było się pozbyć. Albo tak przynajmniej wydawało się przywódcom porozumienia. Oprócz konspiracji Jacamon i Matz postanowili włączyć do komiksu również wątek policjanta Antoine'a, który zostaje wtajemniczony w działania zabójcy. Obok kobiety zabójcy i Mariano, Antoine staje się częścią nowej "grupy".

Jacamon i Matz oprócz wątków sensacyjnych raczyli nas obficie wglądem w przemyślenia zabójcy. To wyrachowany bohater, który jednak trzeźwo patrzy na otoczenie i interpretuje je w taki sposób, aby pokazać swoją pracę jako służącą bardziej specyficznemu zapotrzebowaniu na pewne nietypowe usługi. On je po prostu świadczy i nie obchodzi go nic poza pieniędzmi, które może na tym zarobić. Podobną logiką posługują się w tym komiksie handlarze narkotyków. W takim świecie zabójca jest po prostu jednostką potrzebną, aby regulować równowagę w systemie istniejącym ponad lub/i poza prawem.

Na przestrzeni pięciu numerów autorzy starali się ważyć proporcje przelewanej krwi, nagich kobiet, humoru i filozoficznych tyrad zabójcy. Dzięki temu otrzymaliśmy całkiem dobre czytadło, ale jednak zabrakło mu "kropki nad i". Jest to dosyć jednostajnie opowiedziana historia o niebezpiecznych ludziach, którzy kierują się twardymi prawami i których zaprzątają mniej przyziemne kwestie niż zwykłych obywateli. Na kolejny sezon Zabójcy po polsku poczekać musimy podobno do przyszłego roku.

Nota: 6,5

 

WKKM #38: Thor - Ostatni Wiking

Ostatni Wiking dzieli się bardzo wyraźnie na dwie części w ramach tego tomu. W pierwszej Thor spotyka Beta Ray Billa, któremu pomoże w ocaleniu jego rasy, a w drugiej oglądamy poczynania Thora po powrocie na Ziemię, gdzie jako Sigurd Jarlson próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Jednak wzywają go tajemnicze głosy, które pozwolą mu odkryć tytułowego ostatniego Wikinga. Dodatkowo będzie musiał zmierzyć się z Fafnirem oraz uważać na uroki Lorelei.

WKKM nie ma specjalnie szczęścia do tytułów z Thorem. Po niewyraźnym Thor: Odrodzenie i przeciętnym (gdyby nie rysunki) Thor: W poszukiwaniu bogów, dostajemy do rąk run tej serii, który ponoć był wyjątkowy i odmienił wizję świata tego bohatera. O ile perypetie z Beta Ray Billem faktycznie wciągają dzięki opowieści w stylu gwiezdnej sagi, o tyle ziemska potyczka z Fafnirem najzwyczajniej w świecie nudzi. Całość punktuje w kilku miejscach nieociosane i bezpośrednie poczucie humoru. Podteksty, które Walt Simonson rozrzuca dzięki żartom, nadają temu komiksowi ciut mniej patetycznego wydźwięku. W końcu "nawet bóg gromów potrzebuje miejsca, w którym mógłby zawiesić swój młot w mroźną, zimową noc."

Nota: 5

 

Wilq #20: Syfon i papierosy

Najnowszy numer Wilqa to jak zwykle przekleństwa, żarty w tempie 20 sucharów na stronę i rysunki rodem ze szkolnej toalety. Au Revoir les Requins (Surferzy? Duch rekina? Skonsumowany związek Słabego Wielbłąda i Wilqa?), przerywniki z wilqowego archiwum sieciowego (Ustawiane epickie potyczki superbohaterskie? Ratowanie świata?), Gondor: Pierwszy Trop (Nowa metoda rozwiązywania zagadek kryminalnych - dedukcja? CTM - coś tam ma?), Najlepszy bohater nieanglojęzyczny (Jak się łapie HIV-a?) i Inwazja rabunkowa z usiłowaniem pobicia (Czy można komuś wybaczyć obrzydzenia naleśnika?) składają się na jubileuszowy odcinek Wilqa Superbohatera - Opole Welcome to!

Być może Wilqu nie zdaje sobie z tego sprawy, ale wygłaszając swoją przemowę do czytelników na początku albumu - kiedy mówi "(...) do najwierniejszych czytelników, którzy są z nami nieprzerwanie od tamtej pierwszej części sprzed 11 lat. Słuchajcie... Weźcie się pierdolnijcie w łeb! Trzeba być naprawdę nieprzeciętnym debilem, żeby w tym wieku czytać jeszcze komiksy." - padł ofiarą tajemniczej Dookolóśka Corporation (głównego badassa z historyjki Gondor: Pierwszy Trop). Wilq wpadł w wir okręgów, okrężnego myślenia, i na zasadzie serii zaprzeczeń nie chce nam powiedzieć tego, co mówi, ale to, o czym myśli, że mówi że chce. Innymi słowy, Wilq kocha swoich czytelników i ciepło o nich myśli za każdym razem kiedy "wyzwala Palestynę".

Nota: 20

 

Zamach na prezydenta #2

Sławek Lewandowski zapowiadając druga część Zamachu na prezydenta powiedział: "Proszę się spodziewać karabinów maszynowych, mordobicia i alkoholu". Słowa nie dotrzymał, bo karabinów maszynowych nie ma, są tylko snajperki, a w zasadzie jedna tylko. Przypomnijmy, że w komiksie chodziło o zlecenie, które pewien zabójca dostał na odstrzał prezydenta pewnego miasta. Ów prezydent jeździł przez cały kraj z taczką wyładowaną materiałem budowlanym, aby spełnić daną swojemu stadku obietnicę, związaną z postawieniem fabryki. W konkluzji tego niezwykłego albumu dowiadujemy się, czemu fabryka miała służyć. Jak to zwykle u Lewandowskiego opowiadana nam dykteryjka okaże się kończyć absurdalną konkluzją, a cała historia skromnym bang w ostatnim kadrze. Kto zginie? I po co? Chyba nikt się nie spodziewał tej śmierci.

Lewandowski rozciągnął w Zamachu na prezydenta jedną prostą anegdotkę na dwa zeszyty. Nie chodziło mu jednak o zwykłe nabicie plansz, bo oprócz głównej linii narracyjnej, polowania na prezydenta dziwnego kraju, chciał pokazać jak najwięcej absurdów kraju "zulugula". Pytanie o to, kto się w tym komiksie przegląda w krzywym zwierciadle, jest jak najbardziej zasadne. Najbliżej odpowiedzieć, że sięgając po przerysowanie i ironiczne wyolbrzymienie absurdów, Lewandowski chciał opowiedzieć o współczesnej Polsce, ale ponieważ to cały świat zwariował, a nie tylko Polska, można potraktować Zamach na prezydenta jako żart uniwersalny. A w żarcie, tak jak w plotce, zawsze kryje się ziarenko prawdy. Anarchizm Lewandowskiego łączy się na zasadzie porozumienia ponad podziałami z takimi dokonaniami polskich artystów, jak choćby ze wspaniałą pieśnią Kultu Bomba na parlament.

Lewandowski konsekwentnie bawi się podobnymi motywami, karkołomnie pędzącą do przodu akcją, absurdem, groteską, ironią, które wytwarzają takie "straceńcze", pozbawione chyba złudzeń nawet, poczucie humoru. Paradoksalnie to poczucie humoru potrafi spowodować nie tyle, że gorzko lub przez łzy się uśmiechniemy, ale że poczujemy się lepiej. Autor osiąga ten niezwykły efekt, niemalże terapeutyczny, na czytelniku, poprzez groteskowe do maksimum zbudowanie świata przedstawionego. Za jednym zamachem są tutaj - i nie ma ich - linki do świata rzeczywistego. Lewandowski to zjawisko na naszym ryneczku komiksowym niezwykłe, niepowtarzalne i niepodrabialne.

Nota: 7

 

88/89 

Cytat z recenzji: "Historia 88/89 rozpoczyna się w momencie, kiedy do głównego bohatera wszyscy zwracali się "Adaś". Adaś jest w tej chwili Adamem (to bardzo ciekawy zabieg, bo narracyjnie miesza się obrazkowa perspektywa opowieści o czasach dawnych z elementami opowiadania po czasie - "dzisiaj/tu i teraz" z "wczoraj/tam i wtedy") i opowiada o tym, jak spędzał dzieciństwo u schyłku PRL-u: wakacje z dziadkiem i rodzicami na Mazurach (z obowiązkowymi pogaduchami przy ognisku i łowieniem ryb), szkolne dramaty fartuszkowe, sprzedaż butelek w skupie, kolejki czy pierwsze klocki lego. W tle jego młodzieńczych ważnych spraw rozgrywają się sprawy ważne dla Polski oraz rodzinne problemy."

Komentarze do tej recenzji sugerowały, aby zamiast znajdującego się w leadzie stwierdzenia "4 czerwca 2014 roku przypadła 25. rocznica wolnych wyborów w Polsce" umieścić "4 czerwca 2014 roku przypadła 25. rocznica noszących znamiona wolności wyborów w Polsce" (jakkubus, 11 czerwca 2014, 10:12). To dobrze, że przy okazji tego niezwykle udanego komiksu okolicznościowego udało się kulturalnie i konstruktywnie pokomentować. Dziękuję uczestnikom tamtego "komentarzowsika".

Nota: 9,5

 

Lewą ręką spisane: Strażnicy - Początek 

Cytat z recenzji: "Okazuje się, że oryginalny koncept prequela Strażników zakładał sześć części (chodziło o sugestię odnoszącą się do słów refrenu piosenki zespołu Slipknot "If you are 555, then I'm 666! How is it like to be a heretic?" - ciężko wątpić w taką właśnie symboliczną bazę pod ilość epizodów, jeśli znamy okultystyczno-stanistyczno-ezoteryczne fascynacje Alana M. scenarzysty), a nie siedem, które złożyły się na fake'owe wydanie. Autentyczność pracy Szymona K. potwierdzają też zamieszczone w części drugiej jego pracy szkice oraz galeria postaci w wykonaniu znajomych autora (Szcześniak, Nowacki, Wróbel, Rzecznik, Chmielewski, Molas). Te grafiki przez krótki czas, aż do tajemniczego ich usunięcia (niestety, nikt, nawet Łukasz Babiel, nie wykonał print screena strony DC) zawieszone były na oficjalnej stronie wydawnictwa jako plakaty promujące nową serię. Po około 24 godzinach jednak zniknęły w tajemniczych okolicznościach!"

Jeszcze nigdy nie byliśmy świadkami tak szeroko zakrojonego spisku komiksowego! Od czasów "Chopingate" i "wrocławskich postitów" nie było takiego skandalu! Od momentu ujawnienia sprawy przez członka redakcji polterowej (11 czerwca 2014), nasz recenzent śledczy musi się ukrywać, gdyż grożono mu listownie, słownie i telefonicznie. Brak do tej pory oficjalnego oświadczenia zaangażowanych w spisek wydawców. Kolejny raz zatem chyba głos prawdy zostanie zduszony...

Nota: 4,5

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Varia #33
Vielka Varia Timofova
Potwory i ludzie
Gabinet osobliwości Szymona Kaźmierczaka
- recenzja
Varia #31
Seria z wukakaemów
Varia #30
Co ty wiesz o komiksie brazylijskim?
Varia #29
Moje vielkie amerykańskie povakacje komiksove
Varia #26
Starość i nowość, czyli radość z importu

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.