The Walking Dead/Żywe Trupy: Upadek Gubernatora, część pierwsza

Previously On: Dead Bodies Everywhere

Autor: Kuba Jankowski

The Walking Dead/Żywe Trupy: Upadek Gubernatora, część pierwsza
Żywe trupy muszą się sprzedawać jak ciepłe bułeczki. Powstały już komiks, serial telewizyjny, audiobook, gra i książki – co dalej? Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jednak zamiast stworzyć prawdziwe imperium i mocną markę, autorzy, niestety, oryginalny pomysł komiksowy starają się sukcesywnie zarżnąć. Czytaj – wyrwać z niego tyle kasy, ile tylko się da, bez dbania o jakość. Trzeci tom powieści duetu Kirkman/Bonansinga to przerażająco wciągające czytadło jednorazowego użytku.

Gubernator się narodził, dotarł do Woodbury i zaczął rządzić. Teraz czas na upadek w dwóch odsłonach. Trafiamy do jego osady podczas igrzysk, czyli znanych z komiksu walk gladiatorów-mieszkańców na arenie otoczonej trupami. Dzieje się to na chwilę przed wypadkiem helikoptera z dziennikarzami, do którego docierają ludzie Gubernatora, oraz pojmaniem przez nich Glenna, Ricka i Michonne. Równolegle do wydarzeń związanych z głównymi bohaterami serii komiksowej i buntem miejscowych przeciw Philipowi Blake'owi, rozgrywa się romans między Lily i Austinem, dwójką mieszkańców Woodbury. Te dwa wątki stanowią fabułę pierwszej części opowiadającej o upadku Gubernatora.

Książkę w zasadzie się połyka na dwa razy. Powodów jest oczywiście kilka. Po pierwsze, nie jest to opowieść skomplikowana, a niezobowiązująca kontekstualna rozrywka. Kontekstualna, gdyż w bliżej niezrozumiały sposób ogromną frajdę sprawia nam oglądanie świata po zarazie z innej niż komiksowa kamery. Tym bardziej, że tej kamerze wpadają w obiektyw wątki widziane wcześniej z innej perspektywy. Po drugie, Bonansinga pisze bardzo prostym językiem, niestety jednak siląc się czasami na wrzucenie w swój wywód jakiegoś bardziej skomplikowanego słowa, które wygląda jak jedne jedyne brązowe zasłonki pośród zielonych w sławnym bloku przy Alternatywy 4. Po trzecie, akcja pędzi bez wytchnienia i poświęcania czasu na długaśne opisy przyrody.

Minusów i plusów jest w tej opowiastce po równo. Język autora momentami zdaje się strasznie kwadratowy i nieociosany. Wygląda to tak jakby Bonansinga dostał od Kirkmana zdawkowy scenariusz, którego zapomniał w niektórych miejscach przerobić na rasową powieść. Język wydaje się po prostu niedorobiony. Ale, ale, zdarzają się przecież sceny, które robią ogromne wrażenie, np. tortury na linii Michonne – Gubernator czy karmienie małej Penny. Tylko, że to akurat elementy wykorzystane już w komiksie, więc nihil novi sub sole. A jednak fajnie czasami przeczytać coś tak rozrywkowego, dla zabicia czasu. Tak, tak, tylko szkoda trochę, że wątek romansowy Lily i Austina jest momentami tak kiczowaty.

Trzeba to napisać jasno – jeśli warto było sięgnąć po jakąkolwiek postać i stworzyć wokół niej książkową opowieść z uniwersum Żywych trupów, to wybór mógł paść tylko na Gubernatora. W komiksie do tej pory wśród czarnych charakterów nie pojawił się groźniejszy, bardziej przerażający i ciekawszy człowiek. Wystarczy zajrzeć do tego, co aktualnie ma miejsce na kartach serii – Negan, kolejna postać tego typu, to tylko cień Gubernatora. Gubernatorowi do pięt dorasta jedynie niezwykła Michonne, więc może na niej właściciele praw do marki będą chcieli tłuc dolary w innych książkowych odsłonach?

Podobno ci, którzy cały czas oglądają The Walking Dead (Kazik Staszewski ogląda, ale on akurat chyba nie ma tak jak ci, o których mowa poza nawiasem), często zadają sobie pytanie "po co ja to własciwie robię?". Z dużą dozą prawdopodobieństwa należy stwierdzić, że taka myśl czasami przemyka po głowie również czytelnikom książek z tego uniwersum.