The Goon (wyd. zbiorcze) #4

Zmierzch i herosi według Zbira

Autor: Marcin 'Karriari' Martyniuk

The Goon (wyd. zbiorcze) #4
Czy mrukliwy osiłek, rozwiązujący większość problemów za pomocą rękoczynów, jest w stanie zaskarbić sobie sympatię czytelników? Zbir udowadnia, że jak najbardziej.

Czwarty i zarazem przedostatni tom kolekcji The Goon dostarcza dokładnie to, czego można było oczekiwać po dotychczasowej przygodzie z magnum opus Erica Powella. 

Album rozpoczyna się od urodzin Zbira, który ostatnimi czasy nie należy do najszczęśliwszych, jednak próby poprawienia mu nastroju przez znajomych z pubu spełzają na niczym. To jednak zaledwie początek. W kolejnych rozdziałach autor powraca chociażby do lunaparkowej przeszłości Zbira i miesza go w działanie związku zawodowego szwaczek. Akcja nie skupia się wszakże tylko na tytułowym osiłku, ponieważ jedną z historyjek w całości poświęcono Sępowi, którego czytelnicy poznali w poprzednich tomach.

Rozdział o wędrówce Sępa, choć całkiem udany, nie umywa się do Chinatown z drugiego wydania zbiorczego, które również uderzało w poważniejsze tony i przyniosło Powellowi jedną z jego pięciu nagród Eisnera. Niemniej warto odnotować dedykowanie osobnego rozdziału wprawdzie pobocznej, lecz jednej z najbardziej charakterystycznych postaci Goona. To zresztą nie jedyna melancholijna opowieść zawarta w albumie, aczkolwiek dominują te znacznie bardziej nastawione na humor – najczęściej czarny, pełen absurdalnych dialogów, podtekstów seksualnych i frywolnego dowcipkowania ze wszystkiego, na co tylko autora naszła ochota. Powell nie oszczędza nawet pozbawionego nogi członka lokalnej, dziecięcej bandy, starszych kobiet i związków zawodowych walczących z krwiożerczymi kapitalistami. W międzyczasie otrzymujemy jeszcze porcję autoironicznych komentarzy twórcy, a na deser komiks superbohaterski nie tyle obrywa, co jest mieszany z błotem za typowe dlań cechy – intensywnie, bezpośrednio i nade wszystko celnie. Szkoda jedynie, że autor nie pokusił się o kilka dodatkowych stron, bo gołym okiem widać, z jaką łatwością przychodzi mu nabijanie się z trykotów.

Czy na tym krysztale znajdują się rysy? Niestety tak – ponownie rzuca się w oczy mankament dotyczący tak naprawdę każdego tomu serii. W małych dawkach Goon bywa zniechęcający i potrzeba czasu, aby na dobre złapać bakcyla i rozsmakować się w dziele Erica Powella. Trudno to wyjaśnić, lecz nawet przy czwartym tomie kolekcji nie obyło się bez ponownej inicjacji, po której mogłem na dobre rozsiąść się ze Zbirem w jednej spelunie. W niektórych fragmentach na niekorzyść działa też powtarzalność humoru i sprowadzenie wydarzeń do okładania się pięściami, ale to pomniejsze drobnostki, na ogół umykające uwadze ze względu na tempo fabuły i liczne odniesienia.

Przedostatnia część Goona utrzymuje wysoki poziom. Owszem, zdarzają się nużące sekwencje bezmyślnych rękoczynów – które z biegiem serii straciły swój urok – lecz to kawał porządnego, rozrywkowego komiksu wypełnionego po brzegi czarny humorem. Jeśli zatem lubicie na przestrzeni kilku stron przejść drogę od wyśmiewania schematów superhero do barowej przeróbki płomiennej mowy z Bravehearta, a w międzyczasie utrzeć nosa wypudrowanym wampirom ze Zmierzchu, to Goon jest czymś w sam raz dla was.