Terminator: Sector War

Terminatorów dwóch

Autor: Marcin 'Karriari' Martyniuk

Terminator: Sector War
Po kolekcjonerskich integralach Aliena, Predatora i Terminatora, Scream Comics postanowiło przybliżyć rodzimym czytelnikom także krótsze serie osadzone w światach znanych z wymienionych klasyków. Skutkiem tego w listopadzie na księgarniane półki trafiła komiksowa adaptacja niezrealizowanego scenariusza Williama Gibsona do filmu Alien 3 oraz komiksowy spin-off Terminator: Sector War.

Korzystanie ze słynnej marki uśpiło kreatywność niejednego twórcy i to też stało się udziałem Briana Wooda, scenarzysty Sector War, który podszedł do swojej roli niezwykle odtwórczo. Jako punkt wyjścia posłużył mu pomysł, wedle którego T800 polujący na Sarę Connor nie był odosobnionym przypadkiem. Drugi cyborg pojawił się w Nowym Jorku, a jego celem stała się niejaka Lucy Castro. W walce o życie świeżo upieczona policjantka zostaje zmuszona do nierównej walki z zabójczą machiną i szukania wsparcia u osób, z którymi, delikatnie rzecz ujmując, dotychczas nie było jej po drodze.

Bohaterce nie wiedzie się ani w życiu zawodowym, ani prywatnym. Krótko pisząc, próbuje uwolnić się od partnera, w pracy egzystuje bez większych sukcesów, a teraz na dodatek ugania się za nią metaliczne monstrum, mające ją unicestwić w imię wyższego dobra. Tak jest, Wood serwuje niemal identyczną fabułę, co w kultowym już filmie z Arnoldem Schwarzeneggerem. Oczywiście po drodze Castro i "nowojorskiemu" T-800 przydarzają się trochę inne sytuacje niż filmowemu duetowi, jednak zamysł jest dokładnie taki sam.

Wtórność fabuły bije po oczach, tym bardziej, że dostajemy uproszczoną wersję kinowego odpowiednika, co przejawia się zdawkową liczbą dialogów, pozbawieniem protagonistki pomocnika i w gruncie rzeczy śledzeniem sekwencji scen pościgu bez wdawania się w jakiekolwiek niuanse fabularne. Mimo to scenariusz mógłby być bardziej absorbujący, gdyby tylko Brian Wood zdołał nadać głębi swym bohaterom. Tak się jednak nie stało i w efekcie komiks bazuje na nostalgicznym przywiązaniu do cyborga i Sary Connor, których duchy unoszą się nad Sector War. Sentyment daje o sobie znać i już w połowie krótkiej przecież lektury poczułem przemożną chęć odświeżenia filmowego klasyka.

Szybkie spojrzenie na Sector War budziło wątpliwości w jeszcze jednej kwestii. Mowa mianowicie o rysunkach Jeffa Stokleya i kolorach nałożonych przez Trionę Farrell. Efektem ich pracy są plansze stylistyką przywodzące na myśl animacje, co na pierwszy rzut oka wydawało się złą decyzją – w końcu to komiks o mordercy nieustannie ścigającym swój cel – aczkolwiek po kilku stronach przekonałem się do grafik stanowiących mocny punkt albumu.

Nie oczekiwałem po Sector War fabularnych fajerwerków, więc nie rozczarowałem się brakiem tychże. Dostajemy opowieść dynamiczną i równocześnie prostą jak drut, której zarówno największą zaletą, jak i wadą jest wzbudzanie sentymentu do filmowego klasyka. Scenarzysta mógł wprowadzić na scenę kolejne postacie, pogłębić ich rolę, tym samym rozbudowując tło dla komiksu, który w finalnej formie kierowany jest właściwie tylko do fanów Terminatora, gotowych wybaczyć ułomności i pozwalających porwać się na intensywną i niezobowiązującą lekturę. Trzeba przyznać, że mimo wielu ułomności Sector War wywiązuje się z tej roli nie najgorzej.