» Recenzje » Storm #9: Pokręcony świat. Roboty z Danderzei

Storm #9: Pokręcony świat. Roboty z Danderzei

Storm #9: Pokręcony świat. Roboty z Danderzei
Storm nie ma lekkiego życia. Nie dość, że przeniesiony został w zupełnie inny zakątek wszechświata, to jeszcze ciągle stawiany jest przed najbardziej niezwykłymi wyzwaniami. Szczęśliwie nie musi mierzyć się z nimi samemu, bowiem zawsze może liczyć na pomoc niezastąpionych przyjaciół.

Na początek słowo niezbędnego wyjaśnienia. Składające się na dziewiąty tom zbiorczy historie Pokręcony świat oraz Roboty z Danderzei polscy odbiorcy mieli okazję poznać w latach 2001/2002 za sprawą wydawnictwa Egmont, tyle że wówczas nosiły nieco inne tytuły: Dziwny świat oraz Planeta robotów. Dodatkowo pierwszy z wymienionych albumów wydany został z inną okładką, co może być mylące dla czytelników dysponujących poprzednimi edycjami.

Kolejne tomy przygód Storma i jego przyjaciół przynoszą nowe perypetie w Pandarwii, uniwersum położne gdzieś w innym zakątku wszechświata. Najpierw bohaterowie odbywają podróż gigantycznym pociągiem ku granicznemu miastu, przy czym termin granica nie oznacza tutaj linii politycznej, lecz przejście do innego świata, w którym panuje dziwaczna fizyka. Wskutek ucieczki groźnej przestępczyni pociąg zostaje uprowadzony, w rezultacie przejeżdżając na stronę tytułowego "pokręconego świata", maszyna zabiera ze sobą Rudowłosą. W tej sytuacji Storm i Nomad ruszają w beznadziejny pościg przy pomocy archaicznej drezyny.

Inspiracją komiksu było zagadnienie wstęgi Möbiusa, chociaż przerobione na potrzeby komiksu. Niemający żadnych szans na dogonienie gnającego pociągu, Storm oraz Nomad odkrywają dziwaczną właściwość "pokręconego świata", gdzie punkt startu podróży wyznacza również metę. Oczywiście próżno szukać tutaj pogłębionych analiz matematycznych, znaczenie ma samo – całkiem udane – zaprzęgnięcie idei na potrzeby scenariusza. W bonusie występuje też kapitalna kreacja czarnego charakteru, silnej, porywczej kobiety czującej miętę do chłopaka będącego jej przeciwieństwem. To z kolei gwarantuje mnóstwo komicznych sytuacji towarzyszących dynamicznej, a przy tym fajnej historii.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Roboty z Danderzei są bardzo odmienne w narracji. Wskutek podstępu, Storm wraz z przyjaciółmi trafiają na planetę, gdzie życie wyewoluowało w formę mechaniczną, zaś ludzie sprowadzeni są do funkcji zabawek: czasami maskotek, a czasami gladiatorów walczących o życie ku uciesze ich właścicieli. Oczywiście przyjaciele za nic mają oczekiwania maszyn, co więcej, otrzymują wsparcie ze strony ruchu działającego na rzecz równouprawnienia "skórowców", jak nazywani są ludzie. Mimo że nie brakuje – co naturalne – dynamicznej akcji, to jednak jest to bodaj jeden z najbardziej empatycznych epizodów, przedstawiający przedmiotowe traktowanie słabszych. Tekst bardzo łatwo jest przenieść na rzeczywistość i wpisać go w dyskusję o stosunku ludzi wobec zwierząt.

Między Pokręconym światem i Robotami z Danderzei, mimo że fabularnie stanowią zupełnie niezależne opowieści, można postawić wspólny mianownik: rozliczne skojarzenia prowadzące do innych dzieł z szeroko pojętego science fiction. Mimo, że gigantyczny, trójszynowy pociąg pędzi przez spalone słońcem pustkowie, trudno nie dostrzec pewnego podobieństwa do gnającego przez skuty lodem świat Snowpiercera z roku 1982. Owszem, w każdym elemencie koncepcja jest zupełnie różna, a i w przedmowie podano genezę pomysłu, ale i tak trudno oprzeć się takiemu skojarzeniu.

To skądinąd miłe uczucie nostalgii ulega nasileniu podczas lektury Robotów z Danderzei. Świat zamieszkiwany przez świadome, mechaniczne istoty nieuchronnie prowadzi ku Transformerom z roku 1983, nawet jeśli istoty ze świata Storma nie są zmiennokształtne. Ale najcieplejsze wspomnienia budzą się w chwili, gdy sam Storm musi poddać się cyfryzacji oraz zanurkować w wirtualną przestrzeń – trudno wówczas oprzeć się wrażeniu, że pomysł zaczerpnięty został z filmu Tron z roku 1982. Żadne z powyższych nie jest oczywiście czynnikiem negatywnie wpływającym na przyjemność płynącą z lektury, możliwe też, że każdy z czytelników będzie miał inną percepcję pomysłów Lodewijka.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

O oprawie artystycznej niespecjalnie trzeba się rozpisywać. Jeśli ktoś polubił grafiki Dona Lawrence'a, to i tym razem będzie w pełni usatysfakcjonowany. Brytyjczyk jest mistrzem tworzenia najbardziej fantazyjnych kształtów i struktur. Kapitalnie też rysuje postacie, z równym kunsztem prezentując siłę mięśni i mimikę bohaterów. Lawrence zachwyca praktycznie każdym kadrem, niezależnie czy mowa o niewielkiej ilustracji ograniczającej się do drobnego elementu, czy też o całostronicowej planszy.

Nie będę ukrywać, że efekt "wow" względem cyklu Storm nieco opadł. Kolejne perypetie, mimo że stawiają bohaterów przed nowymi wyzwaniami i cały czas bawią, to jednak utraciły efekt zaskoczenia. Ilustracje Lawrence'a są niezmiennie cudowne, przez co odbiorca jest już do tej perfekcji przyzwyczajony i zaryzykuję stwierdzeniem, że choćby minimalny spadek jakości byłby w takim przypadku bardzo rozczarowujący. Nie umniejsza to jednak faktu, że dziewiąty album z przygodami Storma i przyjaciół dostarczył mnóstwa przyjemności i nie mam żadnych wątpliwości, że będę śledził dalsze poczynania naszego bohatera.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.0
Ocena recenzenta
8
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Storm #9: Pokręcony świat. Roboty z Danderzei
Scenariusz: Martin Lodewijk
Rysunki: Don Lawrence
Seria: Storm
Wydawca: Kurc
Data wydania: 1 sierpnia 2020
Kraj wydania: Polska
Liczba stron: 108
Format: 210 x 297 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
Wydawca oryginału: Oberon



Czytaj również

Storm #7: Zabójca z Eribanu. Ogary Marduka
Lodewijk w mistrzowskiej formie
- recenzja
Storm #6: Labirynt śmierci. Siedmiu z Aromatery
Żaglowcem przez gwiazdy
- recenzja
Storm #1: Świat na dnie / Ostatni zwycięzca
Każda przygoda ma swój początek
- recenzja
Opowieści minione. Nie ma sprawiedliwości
Legendy, legendy i legendy...
- recenzja
Druuna #4: Zapomniana planeta. Klon
Pomiędzy ułudą a rzeczywistością
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.