» Recenzje » Storm #8: Żyjąca planeta. Vandaal Niszczyciel

Storm #8: Żyjąca planeta. Vandaal Niszczyciel

Storm #8: Żyjąca planeta. Vandaal Niszczyciel
Komiksowy cykl o Stormie oznacza zazwyczaj dwie rzeczy: pędzącą na złamanie karku przygodę oraz piękną kreskę. Cóż, nie będziemy czarować – tym razem jest identycznie. No prawie identycznie. W czym tkwi różnica? O tym poniżej!

Pandarwie jest zadziwiającym światem: układ planetarny wypełniony jest powietrzem, co umożliwia międzyplanetarną żeglugę statków, które na Ziemi mogą pokonywać jedynie morza i oceany. Ale to nie koniec, główna planeta tętni życiem – i to dosłownie! – zaś jej owoce są jednym z najbardziej pożądanych artefaktów. Zrządzeniem losu Storm wraz z przyjaciółmi musi udać się ku trzewiom planety. W kolejnej historii Vandaal Niszczyciel nie jest lepiej, bowiem były astronauta musi stawić czoła niezniszczalnemu wrogowi. Jak pokonać coś, czego pokonać nie można?

O to, by historia trzymała w napięciu zadbał oczywiście Martin Lodewijk. Z przyjemnością czyta się snute przez niego opowieści. Holender z niezwykłą wprawą balansuje pomiędzy heroic fantasy a treściami właściwymi dla twardej fantastyki naukowej. W rezultacie Storm z tą samą wprawą chwyta za broń białą, jak i tłumaczy czym jest radioaktywne promieniowanie. Całość czyta się świetnie, zwłaszcza że zazwyczaj akcja gna na złamanie karku, tylko okazjonalnie zwalniając.

Ale, ale... tym razem poza opisaną wyżej specjalnością zakładu Lodewijk zaserwował kilka świetnych bonusów. Nie wierzę, aby wśród czytelników nie znalazła się osoba, która powstrzyma promienny uśmiech, kiedy to na statek powietrzny Storma wedrze się grupa pracowitych karłów. Ba, łatwo wręcz uwierzyć, że holenderski scenarzysta poszukał inspiracji u Stanisława Barei! Zresztą Żyjąca planeta – bo taki tytuł nosi epizod – pełna jest rozmaitych nawiązań oraz puszczanych oczek. Znalazło się przy tym miejsce na frazy bardziej melancholijne, mocno humanistyczne, wyrażające potrzebę istnienia i zachowania tożsamości.

Vandaal niszczyciel z kolei rozpoczyna się niczym najlepsza filmowa space-opera, później zaś świetnie balansuje pomiędzy terminologią, jaką na co dzień posługują się astronomowie, a bitewnym zgiełkiem, jakiego nie powstydziliby się pisarze kreujący najbardziej malownicze bitwy. W tym wszystkim znalazło się jeszcze miejsce na piękno przyjaźni, sojusze i zdrady. Powinienem napisać, że historie połykane są jednym tchem, a karty komiksu przerzucane jedna za drugą. Tak jednak się nie dzieje, co jest sprawką Dona Lawrence'a.

Brytyjski ilustrator przyzwyczaił do wysokiego poziomu artystycznego; tym razem jednak poszalał na całego. W obu historia nie brakuje pięknych, dużych kadrów, dzięki którym wyobraźnia czytelnika zaczyna pracować na najwyższych obrotach, a dłonie same składają się do oklasków. Jest cudownie, jest pięknie, jest Alicja z krainy czarów, Marylin Monroe oraz osobni jako żywo inspirowany Albertem Einsteinem. Lawrence tak samo czaruję ilustracjami przedstawiającymi wielkie obiekty – jak okręt pływający po morzu lawy – jaki twarzami bohaterów. Ultra szczegółowe rysunki uzupełnia równie fenomenalna kolorystyka.

Po nowego Storma zwyczajnie należy sięgnąć, niezależnie czy jest się fanem cyklu, czy wcześnie nie miało się z nią styczności. Obie historie, chociaż bardziej Żyjąca planeta, to prawdziwe majstersztyki i uczta dla zmysłów.

Żyjąca planeta oraz Vandaal niszczyciel paradoksalnie napawają olbrzymią obawą odnośnie do przyszłych tomów. Przygody Storma i przyjaciół to opowieści kompletne: świetny scenariusz harmonijnie przeplata z cudowną oprawą artystyczną. Kiedyś ta bańka musi pęknąć, pewnego dnia wena opuści Lodewijka, a ręka Lawrence'a zadrży. Oby stało się to jak najpóźniej, a na razie cieszmy się klasyką komiksu europejskiego.

9.5
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Scenariusz: Martin Lodewijk
Rysunki: Don Lawrence
Seria: Storm
Wydawca: Wydawnictwo Kurc
Autor okładki: Don Lawrence
Liczba stron: 104
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydawca oryginału: Oberon
Kraj wydania oryginału: Holandia



Czytaj również

Storm #7: Zabójca z Eribanu. Ogary Marduka
Lodewijk w mistrzowskiej formie
- recenzja
Storm #6: Labirynt śmierci. Siedmiu z Aromatery
Żaglowcem przez gwiazdy
- recenzja
Storm #1: Świat na dnie / Ostatni zwycięzca
Każda przygoda ma swój początek
- recenzja
Bernard Prince (wyd. zbiorcze) #2
Przygoda nigdy się nie kończy
- recenzja
Azymut #4: Czarne chmary, biały żagiel
Azymut dalej nie na swoim miejscu
- recenzja
Bernard Prince (wyd. zbiorcze) #1
Przygoda nigdy się nie kończy
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.