» Recenzje » Punisher. Rick Remender. Tom 1

Punisher. Rick Remender. Tom 1


wersja do druku

Poszatkowany Pogromca

Redakcja: Daga 'Tiszka' Brzozowska

Punisher. Rick Remender. Tom 1
Rick Remender to autor, którego komiksy prezentowały zróżnicowany poziom. Axis rozczarowało mnie na całej linii, Death or Glory po dobrym początku przyniosło spadek formy, zaś Fear Agent był całkiem solidny, a sądząc po recenzjach, seria Black Science prezentuje się wręcz kapitalnie.

Dlatego pierwszemu tomowi stworzonego przez niego komiksu o przygodach Punishera bez wahania postanowiłem przyjrzeć się dokładniej. Pogromca od zawsze należał do moich ulubionych bohaterów z uniwersum Marvela – pozbawiony nadludzkich mocy samotny mściciel walczył nie z przebierańcami w kolorowych kostiumach, ale z przestępcami, handlarzami narkotyków czy młodzieżowymi gangami. Choć dotychczas wydane nakładem Egmontu albumy z jego przygodami także wahały się od bardzo dobrych po takie sobie, to liczyłem, że ta pozycja będzie przynajmniej dobra.

Na te bez mała 450 stron składają się zeszyty wydawane pierwotnie w kilku seriach, połączone w jedną linię fabularną. Choć to w sumie około dwudziestu odcinków, to można podzielić je na trzy grupy, a sam album – na trzy segmenty wyraźnie odróżniające się zarówno klimatem i tematyką opowiadanej historii, jak i stylem graficznym ilustrujących je plastyków.

Pierwsza część to najbardziej standardowy, wręcz klasyczny wariant przygód Franka Castle'a. Tym razem samotny mściciel rzuca wyzwanie Normanowi Osbornowi – dawny Zielony Goblin po zakończeniu wojny z kosmicznymi najeźdźcami postrzegany jest niczym zbawca ludzkości, a Castle ma przeciwko sobie nie tylko opinię publiczną, ale i potężnych sojuszników Osborna. Na szczęście i Pogromca nie jest sam, do jego krucjaty dołącza bowiem genialny haker, Henry Russo, syn niesławnego Jugsawa. Choć nieludzko sprawni komputerowi magicy to w komiksach o Punisherze element wręcz obowiązkowy (obok tragicznie zmarłego Mikrochipa wypada tu wspomnieć choćby Boarda z albumu Kingpin Rządzi), scenarzysta umiejętnie i wiarygodnie pokazuje, jaką przewagę w świecie zaawansowanych technologii daje posiadanie po swojej stronie kogoś, komu wprawdzie na widok krwi robi się słabo, ale za to potrafi włamać się do sieci miejskiego monitoringu, a nawet szpiegowskich satelitów S.H.I.E.L.D.

Pomoc Henry'ego pozwala Pogromcy nie tylko zniszczyć wiele z przestępczych operacji Osborna, ale również ujawnić je opinii publicznej i poważnie nadszarpnąć reputację męża opatrzności, którą się cieszy. Paradoksalnie jednak w duecie mścicieli ciekawiej wypada nowy członek obsady. Dokonania Russo, choć niezwykłe, nie przekraczają granic wiarygodności (rzecz jasna z uwzględnieniem poprawki na konwencję, w jakiej osadzona jest ta historia). Tymczasem sam Frank Castle wyrasta tu na na prawdziwego nadczłowieka, w pojedynkę i niemal nieuzbrojony radzi sobie z całymi oddziałami komandosów. Nawet jak na jego możliwości, skuteczność Pogromcy wydaje się mocno przesadzona, ale od biedy można przymknąć na to oko.

Dużo gorzej prezentuje się druga część albumu – Osborn najmuje w niej nową ekipę do poradzenia sobie z Punisherem i jego pomocnikiem. Samo w sobie, rzecz jasna, nie jest to niczym niespodziewanym, niestety znacznie wykracza ona ponadto, czego moglibyśmy oczekiwać od komiksów o pogromcy. Punisher będzie musiał poradzić sobie z całym zestawem wskrzeszonych superłotrów, którym przewodzi Hood. Już to samo w sobie nie przypadło mi do gustu (przypominając przy okazji słusznie oprotestowane przez fanów zwieńczenie Układanki Jigsawa), do tego jeszcze zmartwychwstali złole to jakieś kompletnie anonimowe popłuczyny, trzecioligowi zawodnicy, których większość czytelników nawet nie kojarzy i których pojawienie się nie zrobi na odbiorcy najmniejszego wrażenia. Miracle Man, Basilisk czy Cyclone równie dobrze mogliby być bezimiennymi statystami i choć domyślam się, że cała ekipa przeciwników z nadludzkimi mocami miała podbić stawkę, to ten zabieg kompletnie nie wypalił i nawet pojawienie się w którymś momencie Spider-Mana nie pomaga tej odsłonie historii ani na jotę.

Na dobrą sprawę mogłaby ona bez szkody dla całości zostać z niego usunięta lub przynajmniej solidnie okrojona. Dopiero w jej finale zaczyna robić się ciekawiej – do gry wchodzi Daken, syn Wolverine'a, a Castle musi wreszcie uznać wyższość przeciwnika i zginąć z jego ręki. W świecie Marvela rzadko który zgon bohatera jest jednak ostateczny i w końcu przechodzimy do trzeciej części albumu, która – nie ukrywam – stanowiła obietnicę w znacznej mierze odpowiedzialną za to, że zainteresowałem się tomem sygnowanym przez Ricka Remendera.

Punisher powraca jako Franken-Castle, pozszywane monstrum, którego wygląd otwarcie nawiązuje do najbardziej ikonicznych wyobrażeń kreacji szwajcarskiego naukowca. Dołącza do Legionu Potworów – nie do końca chętnie, ale wspólnie z doktorem Morbiusem, Man-Thingiem i innymi nieludzkimi bohaterami broni niewinnych przed fanatycznymi samozwańczymi łowcami potworów.

To jazda bez trzymanki, mieszanie nawiązań do innych utworów, pulpowe elementy łączone ze steampunkiem i znakomity sposób na zatarcie złego wrażenia pozostawionego przez środkową część albumu. Gdybym miał do czynienia tylko z tym fragmentem, byłbym wręcz zachwycony, jednak oceniając tom jako całość nie mogę dać się zaślepić jego najlepszym fragmentom. Trzeba jednak zaznaczyć, że tu Rick Remender naprawdę pokazuje pazur, daje nam fabułę ciekawą i wciągającą, interesujących i oryginalnych przeciwników, a do tego pole do dalszego rozwoju fabuły.

To najlepsza część także od strony graficznej – za jej zilustrowanie odpowiadają Tony Moore, Roland Boschi i Dan Berenton, którego plansze malowane akwarelami to klasa sama w sobie. Niestety, wcześniej jest bardzo nierówno i aż trudno uwierzyć, że Marvel mógł wypuścić zeszyty z wręcz rażąco niedopracowaną kreską. Choć po otwierających tom pracach Jerome'a Opeñy można domyślić się, że tworzył je będąc na początku swojej kariery, to i tak trzymają one poziom; za to fabularnej mizerii środkowej części albumu towarzyszy równie słaba warstwa plastyczna – Tan Eng Huat i (zwłaszcza!) Jason Pearson serwują nam ilustracje pasujące raczej do amatorów, entuzjazmem i dobrymi chęciami nadrabiających ewidentne braki warsztatowe. Jedynie John Ronita Jr podnosi nieco poprzeczkę, choć i on nie jest w stanie uratować miałkiej historyjki o wskrzeszonych złolach.

Materiały dodatkowe to standardowa galeria alternatywnych okładek, ale nawet bardziej rozbudowane, czy to o szkice i sylwetki postaci czy wywiady z twórcami nie podniosłyby już znacząco oceny albumu jako całości. A ta nie może wykraczać poza stany średnie: po solidnym otwarciu dostajemy dostajemy bowiem żenująco słaby środek i finał, który – choć może się podobać – to równocześnie bardzo daleko odchodzi od tego, co zwykliśmy kojarzyć z komiksami o Punisherze; dla przynajmniej części odbiorców zdecydowanie zbyt daleko.

Przekonamy się, jak Rick Remender rozwinie fabułę w drugim tomie zbiorczego wydania i w jakim kierunku potoczą się dalsze perypetie Franken-Castle'a. Ja na pewno dam im szansę, ale zachowując równocześnie sporą dozę ostrożności.

 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie albumu do recenzji.

5.0
Ocena recenzenta
5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Punisher. Rick Remender. Tom 1
Scenariusz: Rick Remender
Rysunki: Jerome Opena, Tan Eng Huat, Jason Pearson, John Romita Jr., Tony Moore, Roland Boschi, Mike Hawthorne
Tusz: Jerome Opena, Tan Eng Huat, Jason Pearson, John Romita Jr., Tony Moore, Roland Boschi, Mike Hawthorne, Dean White
Kolory: Dan Brown, Lee Loughride, Dave Stewart, Dean White,
Wydawca: Egmont
Data wydania: 25 marca 2026
Kraj wydania: Polska
Autor okładki: Dave Wilkins
Tłumaczenie: Mateusz Lis
Liczba stron: 444
Format: 170 x 260 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 9788328175907
Cena: 199,99 zł
Tytuł oryginalny: Punisher. Rick Remender. Vol 1
Wydawca oryginału: Marvel
Kraj wydania oryginału: USA



Czytaj również

Fear Agent (wydanie zbiorcze) #1
Facet w czerni
- recenzja
Szumowina (wyd. zbiorcze) #1: Cocainefinger
Bohater jakiego nie chcieliśmy
- recenzja
Uncanny X-Force #4: Ostateczna Egzekucja
Ostateczny rozrachunek z przeszłością
- recenzja
Uncanny X-Force #2: Era Archangela
Przygody X-Menów jeszcze nie były tak brutalne...
- recenzja
Punisher Max #11
Wojna nigdy się nie zmienia
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.