» Recenzje » Punisher MAX #01

Punisher MAX #01


wersja do druku

Mściciel w średniej formie

Autor: Redakcja: Wiktor 'Anzelm' Wieczorek

Punisher MAX #01
Większość postaci Marvela tłucze swoich przeciwników bez litości, ale potem odsyła ich do więzień. Punisher ma jednak inne zwyczaje – on woli posyłać wrogów do grobu.

Gangsterzy zabili mu rodzinę, więc on zabija gangsterów. Frank Castle jest w swoim postanowieniu nieugięty, odkąd tylko zaczął pojawiać się na komiksowych planszach. Największe żniwa zebrał pod koniec lat 80. i na początku 90., kiedy na fali panującej w popkulturze mody na wielkich facetów ze spluwami ukazywało się kilka pełnoprawnych cykli z nim w roli głównej. Później jednak trendy się zmieniły i mroczna gwiazda Punishera przygasła.

Podejmowano różne próby jej ożywienia, w większości z nędznym skutkiem. Castle odzyskał zainteresowanie czytelników dopiero wtedy, gdy za pisanie jego brutalnych przygód zabrał się Garth Ennis, znany wcześniej głównie jako autor Kaznodziei. Jedną z poświęconych ponuremu mścicielowi serii Ennisa jest Punisher MAX, wydany w ramach imprintu MAX Comics, w założeniu mającym publikować komiksy dla dorosłych. Zasada ta nie gwarantuje jednak wysokiej jakości fabuły – może bowiem zdarzyć się, że „dorosłość” komiksu autor próbuje osiągnąć mniej wyrafinowanymi środkami.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Niestety, tak w właśnie jest w przypadku Punisher MAX. W inaugurującym serię na polskim rynku tomie znajdziemy dwie historie. Pierwsza z nich, Od początku, wbrew nazwie nie jest originem antybohatera z czaszką na piersi, lecz po krótkim przybliżeniu jego motywacji (zabijać!, zabijać!) od razu rzuca nas w wir akcji. Punisher staje się obiektem zainteresowania dwóch organizacji – mafia chce go zlikwidować, natomiast służby specjalne pragną zrekrutować Franka w swoje szeregi. Punisherowi nie po drodze ani z jednymi, ani z drugimi, więc siłą rzeczy wszyscy będą musieli umrzeć.

I to właściwie tyle, jeśli chodzi o fabułę. Temu prostemu pomysłowi brakuje polotu i elementu zaskoczenia, zaś tony topornych wulgaryzmów i aluzji seksualnych niekoniecznie rekompensują braki fabularne. Zarówno postacie gangsterów jak i agentów federalnych są mało charakterystyczne i nie zapadają w pamięć, a rozwojem wypadków nie rządzi ani suspens, ani szczególna dynamika – bohaterowie trochę sobie pogadają, potem wybucha strzelanina, potem kolejna i tyle, koniec. Wszystko wylatuje z głowy natychmiast po przewróceniu ostatniej planszy.

Nieco lepsza jest druga historia, Mała Irlandia. Wysadzony w powietrze zostaje jeden z pubów w irlandzkiej dzielnicy. Okazuje się, że to początek porachunków między różnymi gangami. Castle dąży do tego, aby zebrać je w jednym miejscu – wtedy mógłby przeprowadzić zbiorowy odstrzał, bez narażania osób postronnych (niewinni nie mogą ucierpieć – to jedyna z moralnych zasad Punishera). Scenariusz jest tu nieco bardziej urozmaicony, przez co czyta się go znacznie płynniej niż poprzedni twór, niemniej na fabularne fajerwerki nie ma co liczyć – główna oś fabuły toczy się jak po sznurku i jej zakończenie nietrudno przewidzieć.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Więcej urozmaicenia dostarcza strona graficzna, ponieważ obie opowiastki narysowano w zupełnie różnych stylach. Ilustracje do Od początku są dziełem Lewisa Larosy, który stosuje dość monotematyczne kadrowanie, unikające pokazywania dalszego planu, ale za to ma własny, charakterystyczny styl z pogranicza realizmu i groteski, a przy tym poświęca wiele uwagi szczegółom, dbając zwłaszcza o każdy detal twarzy swoich bohaterów. Natomiast rysownik Małej Irlandii, Leandro Fernandez operuje klasyczną cartoonową kreską, jakiej pełno we współczesnych komiksach i w porównaniu z Larosą jego styl wygląda biednie. Znacznie lepiej niż poprzednik radzi sobie natomiast z kompozycją kadrów – poprzez częste zmiany perspektywy potrafi im dodać dynamiki, przez co nie sprawiają tak męczącego, statycznego wrażenia jak u Larosy. Ponadto autorowi Od początku należą się jeszcze słowa krytyki za pokraczny projekt postaci Punishera, który wygląda jak skrzyżowanie Mariusza Pudzianowskiego z Clintem Eastwoodem. O wiele lepiej Castle prezentuje się na okładkach Tima Bradstreeta, które znajdziemy przed poszczególnymi historiami i na froncie albumu.

Pierwszy zbiór Punisher MAX nieco rozczarowuje – jest ostro i krwiście, ale mimo to jakoś tak nijako. Cóż, Garth Ennis jako scenarzysta słynie z nierównej formy. Pozostaje trzymać kciuki, aby w następnych albumach serii jego dyspozycja była lepsza – inaczej porachunki Franka Castle ze światem przestępczym zadowolą tylko mało wymagających czytelników.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
6.0
Ocena recenzenta
7.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 2
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Punisher MAX #01
Scenariusz: Garth Ennis
Rysunki: Lewis LaRosa, Leandro Fernández
Seria: Punisher MAX
Wydawca: Egmont Polska
Data wydania: kwiecień 2017
Kraj wydania: Polska
Tłumaczenie: Marek Starosta
Liczba stron: 288
Format: 26x17 cm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 978-83-281-1860-7
Cena: 89,99 zł
Wydawca oryginału: Marvel Comics



Czytaj również

Punisher Max #10
Oko za oko, ząb za ząb
- recenzja
New X-Men #2: Piekło na Ziemi
Piekło duszy
- recenzja
Hitman #3
Oni nie pytają, oni zabijają
- recenzja
Hellblazer (Wyd. zbiorcze) #5
Constantine odwiedza Amerykę
- recenzja
The Old Guard. Stara Gwardia
Nie zabijesz ich, ale oni zabiją ciebie...
- recenzja
Hellblazer (Wyd. zbiorcze) #4
Czterdziestolatek
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.