Providence #3

Koniec i początek

Autor: AdamWaskiewicz

Providence #3
Allan Moore to twórca, którego fanom komiksów nie trzeba przybliżać. Autor Strażników i V jak vendetta niejednokrotnie pokazał, że znane i ograne motywy potrafi ukazać z zupełnie nowej perspektywy, spojrzeć na nie pod kątem zupełnie zmieniającym ich postrzeganie i wymowę.

W obszernej serii Providence, tworzonej wspólnie z rysownikiem Jacenem Burrowsem, mierzy się on z literacką spuścizną jednego z najbardziej wpływowych pisarzy XX wieku. Śledząc podróż młodego nowojorskiego dziennikarza przemierzającego Nową Anglię, poznajemy niezwykłe persony – zarówno realne, jak i fikcyjne – i powoli, krok po kroku zagłębiamy się w ukryty świat leżący tuż pod powierzchnią codzienności: mroczny, pełen bluźnierczych kultów, szaleńców i potworów.

Dwa pierwsze tomy zbiorczego wydania serii (w oryginale składającej się z dwunastu zeszytów) ukazywały podróż Roberta Blacka do Salem, Manchesteru i Bostonu, jego próby znalezienia tematu na powieść i – przede wszystkim – poszukiwanie zakazanej księgi, której sama lektura miała ponoć sprowadzać na czytelników szaleństwo. Po dotarciu do jej egzemplarza znajdującego się w bibliotece katolickiej uczelni, Black staje się świadkiem niewytłumaczalnych zdarzeń, te jednak składa na karb przemęczenia, stresu lub hipnotycznej sugestii. Uporczywe zaprzeczanie świadectwu własnych zmysłów i naiwne tłumaczenie wszystkiego załamaniem nerwowym w którymś momencie zaczynały irytować, jednak finał drugiej części w przynajmniej jakimś stopniu wynagradzał nam to, doprowadzając do spotkania dziennikarza z Lovecraftem.

Ostatni tom, w przeciwieństwie do poprzednich, zaburza spójność narracji – tworzą go cztery zeszyty, opowiadające jednak nieco o czym innym i na dobrą sprawę należałoby ocenić je nie tylko jako część większej całości, ale także jako elementy w jakimś stopniu autonomiczne. Dziewiąty i dziesiąty zeszyt prowadzą narrację w znany już, nieśpieszny sposób. Robert Black na zaproszenie Lovecrafta przybywa do Providence, gdzie całe dnie spędza na spacerach i rozmowach z na razie początkującym pisarzem – poznaje historię jego rodziny, kolejne utwory publikowane w niskonakładowych, amatorskich (dziś powiedzielibyśmy – fanowskich) periodykach, dzieli się z nim wrażeniami z podróży po Nowej Anglii, w końcu – daje do przeczytania swój raptularz. Gdy wreszcie zdaje sobie sprawę, jaką rolę miał do odegrania w planach bytów wykraczających poza ludzkie pojmowanie, jest już za późno na cokolwiek, a zarówno sam Black, jak i czytelnicy mogą być tylko świadkami nieuchronnie zachodzących wydarzeń.

Choć do tego momentu dostajemy doskonale znaną mieszankę fikcji, historycznych realiów i oczywistych nawiązań do konkretnych opowiadań Samotnika z Providence, to od połowy tomu narracja staje się urywana i chaotyczna, a momentami zwyczajnie niezrozumiała – na szczęście zamieszczony tu Leksykon nawiązań do Lovecrafta opracowany przez niezrównanego Mateusza Kopacza czyni lekturę bardziej zrozumiałą, choć niekoniecznie wygodniejszą, z uwagi na brak numeracji stron i konieczność ciągłego przewracania kartek, by skonsultować się z drobiazgowym opracowaniem.

Jedenasty zeszyt to powrót Blacka do Nowego Jorku i ukazanie pokłosia wydarzeń przedstawionych do tej pory – zarówno fikcyjnych, będących trawestacją lovecraftowskich opowiadań, jak i realnych, dotyczących samego pisarza, jego krewnych i znajomych, a także nieporównanie późniejszych, wynikających z jego wpływu na szeroko rozumianą kulturę popularną.

Końcówka jedenastego i cały dwunasty zeszyt to z kolei sequel fabuły Podwórza i Neonomiconu (w Polsce wydanych przez Egmont w jednym tomie), i przez to zupełnie niezrozumiały dla osób, które nie miały wcześniej do czynienia z tamtymi pozycjami. Czyni to lekturę, a zarazem ocenę ostatniego tomu Providence tym trudniejszą. Gdyby scenarzysta poprzestał na zamknięciu historii finałem dziesiątego zeszytu, gdy Black w końcu zdaje sobie sprawę ze znaczenia przepowiedni opisanych w Xiędze Gwiezdnej Mądrości i pojmuje, kim są osoby opisane w niej tajemniczymi tytułami, mielibyśmy opowieść spójną fabularnie i narracyjnie. Gdyby uzupełnił cykl o ukazanie bezpośrednich następstw spotkania Blacka z Lovecraftem, stanowiłoby to ciekawy epilog, nawet jeśli wymagający objaśnień. Tymczasem splecenie Providence z fabułą Neonomiconu, uczynienie tej historii z jednej strony prequelem, a z drugiej sequelem albumu osadzonego na początku XXI wieku, znacząco utrudnia lekturę osobom, które nie znają wcześniej stworzonych przez Moore'a historii nawiązujących do literackiej spuścizny Lovecrafta. Dlatego też ostatni zeszyt recenzowanej serii potraktowałbym raczej jako zawartość opcjonalną, swego rodzaju materiał dodatkowy.

A skoro mowa o materiałach dodatkowych – znów komiksowym planszom towarzyszą zapiski czynione przez Blacka w jego raptularzu. Raz jeszcze nie do końca uzupełniają czy wzbogacają opowiadaną historię, a w znacznej mierze jedynie relacjonują wydarzenia przedstawione na kartach komiksu, ale dodają do narracji pomysły na – w końcu nie napisaną – powieść oraz przemyślenia autora na temat literackiej grozy. Przy czym słowo "autora" należałoby tu rozumieć dwojako, bowiem Moore, jak sądzę, słowami Blacka opisuje swój pogląd, zbieżny zresztą z tym o czym pisał i Lovecraft – przerażające musi być obce i niezrozumiałe, w innym przypadku może, owszem, być niebezpieczne, ale nie wzbudzi w odbiorcy realnej grozy, a co więcej – prawdziwy horror wymaga, by protagonista poniósł porażkę, pokonana groza przestaje bowiem być przerażająca.

Raz jeszcze wypada pochwalić graficzną stronę serii i styl Jacena Burrowsa – czysta, realistyczna kreska nawet w najbardziej fantastycznych momentach pomaga uwiarygodnić zachodzące wydarzenia. Także kolory, za które odpowiada Juan Rodriguez, dobrze współgrają z opowiadaną historią – stonowane i przygaszone podczas pobytu bohatera w Providence, w ostatnim zeszycie nabierają niezwykłej, momentami wręcz psychodelicznej wyrazistości.

Zwieńczenie serii Providence na pewno nie jest pozycją, którą można polecić osobom bez choćby pobieżnej znajomości twórczość Lovecrafta, czytelność tomu zmniejszają też odniesienia do Neonomiconu. A jednak pomimo tego pozostaje on albumem ponadprzeciętnym, który miłośnicy spuścizny HPL z pewnością docenią, a innych odbiorców – być może – zachęci do zapoznania się z dorobkiem autora Dagona i Zewu Cthulhu.

 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie albumu do recenzji.