Pan Higgins wraca do domu

Miało być śmiesznie

Autor: Balint 'balint' Lengyel

Pan Higgins wraca do domu
Co można wyciągnąć z historii o wampirach, czego jeszcze by nie wymyślono wcześniej? Wydaje się, że niewiele. Ale są nazwiska, dla których warto sięgnąć po nawet najbardziej oklepany motyw w nadziei, że autor wykrzesa z pomysłu nowe, interesujące idee lub zinterpretuje znaną historię w nietuzinkowy sposób. Jedną z takich osób jest niewątpliwie Mike Mignola.

Pan Higgins doświadczył nie lada dramatu: podczas podróży poślubnej wraz ze swoją wybranką serca zawitał do zamku zamieszkanego przez wampiry, co – jak łatwo przewidzieć – miało opłakane konsekwencje. Po wielu latach ma szansę zemścić się na swoich oprawcach, bowiem dotarł tam profesor Meinhardt, znany łowca krwiopijców. Czy jednak pana Higginsa aby na pewno obchodzi zgładzenie istot? Czy może raczej intencje kierujące starcem są zupełnie inne?

I znowu wampiry! Niewyczerpane źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń literatów, filmowców oraz twórców komiksowych. Mogłoby się wydawać, że niezliczona ilość produkcji z krwiopijcami w roli głównej w pełni już wyczerpała temat. Jest to jednak złudne wrażenie, czego jednym z dowodów jest Pan Higgins wraca do domu, dość krótki, bo zaledwie 56-stronicowy komiks, wytwór wyobraźni Mike'a Mignoli oraz Warwicka Johnsona-Cadwella. Koncepcją twórców było tym razem nie tyle straszenie odbiorców, co raczej zabawa konwencją i kilkanaście minut dobrej zabawy.

Czytelnika, który miał do czynienia z kilkoma wampirycznymi powieściami, już sam początek historii niczym nie zaskakuje. Mignola niespecjalnie oddala się od klasycznego schematu zaproponowanego jeszcze w XIX wieku przez Brama Stokera. Jest więc stojący na odludziu, zamieszkały przez demoniczne małżeństwo zamek. Są równie stereotypowi służący; nie brakuje oczywiście naukowca ścigającego wampiry oraz osoby, która wskutek głodu krwi doświadczyła bezpośredniej straty. Wszystkie powyższe elementy to tak naprawdę utarte schematy oraz wielokrotnie przebyte szlaki; w rezultacie czego trudno mówić o jakiejkolwiek niespodziance fabularnej, nawet jeśli na zamku właśnie odbywa się bal nieumarłych.

Jednak chyba nie brak oryginalności jest największym negatywnym zaskoczeniem, tylko niewielka ilość Mignoli w Mignoli, który za pośrednictwem Hellboya wielokrotnie udowodnił, że jak mało kto potrafi operować wszelkiej maści legendami i ludowymi klechdami, z wyczuciem wplatając je w scenariusz komiksu. Prawdę pisząc takie właśnie były moje oczekiwania względem tego komiksu: wyświechtana historyjka obłożona wszelkiej maści smaczkami oraz najróżniejszymi żartami decydującymi o jej wartości. Niestety, tych elementów jest niewiele i tak naprawdę trudno pisać o jakimś zabawnym pastiszu, co spycha scenariusz w odmęty przeciętności. Nie można napisać, że jest zły, ale nie sposób też się nim zachwycać.

Sporym zaskoczeniem okazała się z kolei oprawa graficzna. Pobieżne przekartkowanie komiksu sugerowało minimalizm ilustracji, wręcz niechlujność i pełną ignorancję względem detali. Jednakże dokładniejsza analiza kadrów odsłoniła całe piękno ilustracji, które owszem, są bardzo „płaskie”, bez szerszej perspektywy czy głębi kadrów, ale to właśnie one w dużej mierze decydują o atrakcyjności utworu.

Łowcy szczegółów z pewnością wychwycą sporo rozmaitych gadżetów charakterystycznych dla historii o wampirach, co każdorazowo popieści percepcję odbiorcy. Z kolei na poziomie bardziej ogólnym mająca splastickowy charakter konwencja graficzna nadaje dziełu dość nietypowy posmak, paradoksalnie wyróżniający komiks z gąszczu wielu innych tytułów. Na pochwałę zasługuje poziom edytorski albumu. Twarda okładka i porządny papier kredowy nadają wydawnictwu powagi, na jaką niewątpliwie Mignola zasługuje.

Niespełna dwie dekady temu do rąk czytelników trafiło 30 dni, 30 nocy, album, który dzięki świetnemu pomysłowi wywarł na fanach komiksu olbrzymie wrażenie oraz doczekał się ekranizacji. Niestety, Pan Higgins wraca do domu nie dysponuje podobnymi atutami. Owszem, jest to zupełnie solidne dzieło rzemieślnicze, które w teorii powinno zaspokoić czytelników klasyczną treścią i nietuzinkową formą. Problem w tym, że za ten rzemieślniczy wyrób odpowiada artysta, który przez lata rozpieszczał czytelników dziełami stojącymi na znacznie wyższym poziomie i żadne odchylenie od tej normy nie jest akceptowalne.