» Recenzje » Mort Cinder

Mort Cinder


wersja do druku

Jak feniks z poiołów

Autor: Redakcja: Daga 'Tiszka' Brzozowska

Mort Cinder
Choć liczni w naszym kraju wydawcy komiksowi robią wiele, by przybliżyć czytelnikom zarówno nowości ukazujące się na całym świecie, jak i klasykę, która odcisnęła swe piętno na gatunku, praktycznie co i rusz okazuje się, jak wiele wciąż mamy do nadrobienia, jak liczne perły graficznych powieści były dotąd skryte przed naszymi oczami.

Jednym z takich klejnotów jest Mort Cinder argentyńskiego duetu Hector German Oesterheld (scenariusz) i Alberto Breccia (rysunki), który mimo z górą pół wieku na karku nadal potrafi zachwycać i intrygować. Tom opublikowany nakładem Non Stop Comics stanowi zbiorcze wydanie historii pierwotnie publikowanych w odcinkach w latach 1962-1964. Do legendy już przeszły jego trudne początki – autorzy tworzyli go z potrzeby pieniędzy, presja czasu zmuszała ich do publikacji pierwszych odcinków, nim do końca wykrystalizował się koncept tytułowego bohatera, kiepskiej jakości papier nie chciał przyjmować tuszu, który trzeba było nakładać żyletką. Ile w tym prawdy, trudno dociec, ale nie sposób odmówić obu autorom niemałego kunsztu – zwłaszcza Breccii, który inspirował komiksowych grafików tej klasy co Mignola, Miller i Sienkiewicz.

Zawartość albumu podzielone jest na dziesięć epizodów poprzedzonych krótkim prologiem, jednak najogólniej można wyszczególnić trzy części. Pierwszą stanowi prolog zatytułowany Ezra Winston, Antykwariusz. Pierwotnie było to raczej swego rodzaju interludium kolejnej historii, przedstawiające epizod z życia jednego z dwójki głównych bohaterów serii, brytyjskiego antykwariusza w trzecim pokoleniu. Jak wiemy z lektury opowiadań M. R. Jamesa i H. P. Lovecrafta czy komiksowego Rorka, nie mówiąc już o graniu w Zew Cthulhu, handel antykami może być niebezpiecznym zajęciem: bohater w krótkiej, zaledwie sześciostronicowej etiudzie przekonuje się o tym na własnej skórze, cudem unikając śmierci. Nie fabuła jednak w największym stopniu stanowi o atrakcyjności tego fragmentu, a jego warstwa graficzna i charakterystyczny styl Breccii, który znajdziemy i w kolejnych historiach – oniryczne, nierealne kadry przeplatane z ostrym operowaniem światłocieniem przywodzącym na myśl dokonania niemieckiego ekspresjonizmu filmowego z międzywojennego dwudziestolecia, oraz drobiazgowo narysowane postacie (zwłaszcza twarze) bohaterów przy ledwie naszkicowanych elementach tła. Tutaj także po raz pierwszy stykamy się z motywem, który będzie powracał w dalszych odcinkach – przedmioty w antykwariacie mają swoją historię, każdy skrywa opowieść czekającą tylko, aż ktoś ją uwolni.

Druga część to najdłuższa historia w całym zbiorze: liczący ponad osiemdziesiąt stron Ołowianoocy, w których po raz pierwszy spotykamy tytułowego bohatera i z których pochodzi kadr zdobiący okładkę polskiego wydania albumu. Taka objętość pozwala na niespieszne snucie fabuły, łączącej w sobie elementy kryminału, horroru i science-fiction. Robi to jednak w sposób, który dla czytelnika nie wiedzącego, czego się spodziewać, może być zaskakujący, ale i główny bohater, znany nam już leciwy antykwariusz, przez praktycznie cały czas także jest zagubiony, nie wiedząc, jakie fatum kieruje jego krokami i wiedzie go na spotkanie z mordercą Mortem Cinderem, niezwykłym człowiekiem żyjącym od tysięcy lat, odradzającym się po każdym kolejnym zgonie. Nie poznamy jednak prawdziwej natury tej persony ani źródła jego daru (przekleństwa?), sam protagonista pojawia się dopiero po z górą dwudziestu stronach, i też do końca nie dowiemy się, co właściwie łączy go z Ezrą. To nie jedyna tajemnica, która pozostanie niewyjaśniona, również kilka innych wątków nie doczeka się rozwinięcia ani zamknięcia – co można traktować jako wadę, ale można też przyjąć jako element surrealistycznej fabuły, w której bohater nie może do końca ufać własnym zmysłom, i która także czytelnika pozostawia nieco zagubionym.

To zdecydowanie najlepsza część całego zbioru, również pod względem graficznym – obok ciemnych kadrów, podkreślających duszną i opresyjną atmosferę mamy także takie, na których sylwetki bohaterów otacza jedynie bezkresna biel, zamaszyste pociągnięcia pędzla mieszają się z drobiazgowo cyzelowanymi obliczami postaci (zwłaszcza Ezry). Breccia nie unika także bardziej eksperymentalnych technik, do komiksu włączając choćby elementy kolażu. Dla samych Ołowianookich warto zapoznać się z tym albumem, nawet jeśli w finale tracą nieco siłę wyrazu, a zakończenie pozostawia poczucie pewnego stępienia pazura. Pewnym minusem dla części odbiorców może być też fakt, że w części tej historii twórcy przeszli z pionowego na poziomy układ plansz, co przy publikacji w odcinkach na łamach komiksowego magazynu nie wadziło, ale w wydaniu albumowym może nieco zmniejszać komfort lektury.

Na trzecią część tomu składają się pozostałe epizody i one już wypadają zauważalnie słabiej, zwłaszcza jeśli czytać je w większych dawkach. Poza nielicznymi wyjątkami, w których Ezra Winston towarzyszy Cinderowi, przebiegają one według identycznego schematu – do antykwariatu Winstona trafia przedmiot, który w jakiś sposób łączy się z przeszłością Cindera i prowokuje go do opowiedzenia związanej z nią historii. Te zabierają nas przez czas i przestrzeń od antycznej Babilonii, przez bitwę pod Termopilami, XIX-wieczny statek niewolniczy aż do amerykańskiego więzienia w latach dwudziestych ubiegłego stulecia. Taki rozrzut pozwala duetowi Oesterheld-Breccia na dość swobodne żonglowanie konwencjami, mieszając fantastykę naukową z historiami awanturniczymi, kryminałem czy dramatem wojennym. Równocześnie jednak sprawia wrażenie pewnej powtarzalności i epizodyczności – poszczególne odcinki (wyjąwszy dwa) nie wiążą się ze sobą w żaden sposób, poza postacią głównego bohatera pozostają kompletnie oderwane od siebie. Co gorsza, Ezra Winston nie jest w nich tak naprawdę pełnoprawnym uczestnikiem, a jedynie biernym obserwatorem (a właściwie słuchaczem), poznając tylko wydarzenia referowane przez tytułowego bohatera. A nie sposób nie zauważyć, iż z tej dwójki to właśnie on jest znacznie ciekawszy, jako zwykły, nieświadomy człowiek wplątując się w wydarzenia, których nie rozumie i które go przerastają, a z którymi musi jakoś sobie radzić. Mort Cinder z kolei jest ukazany niezbyt konsekwentnie – czasem jawi się jako zupełnie przeciętny człowiek, nawet jeśli obdarzony nadludzko długim życiem i zdolnością powstawania z martwych, czasem niemal jako półbóg kreujący rzeczywistość wedle swej woli.

Oprócz opublikowanych odcinków zebranych w tym albumie, planowane były dalsze, a także wznowienie serii w latach 70., nie udało się jednak zrealizować tych zamierzeń; obok posłowia i krótkich biogramów obu twórców, w tomie zamieszczono jeszcze fragment niedatowanego scenariusza odcinka zatytułowanego Dyliżans do Cuchillo, na tyle krótki, że nie sposób nawet określić, w jakiej konwencji miał być utrzymany (osobiście stawiałbym na western).

Album Mort Cinder można odbierać jako komiks czysto rozrywkowy – owszem, czerpiący inspiracje z różnych źródeł, przedstawiający historie odwołujące się do odmiennych stylistyk i gatunków, ale można również spojrzeć na niego pod innym kątem. Nie sposób nie dostrzec, że w większości historii dwójka autorów powraca do tych samych tematów, nawet jeśli może pokazywać je z nieco odmiennych perspektyw. Wolność jednostki, znaczenie indywidualnych wyborów, możliwość odkupienia win, poświęcenie dla innych – uważny czytelnik szybko zauważy, że twórcy uparcie, wręcz obsesyjnie obracają się wokół pewnych zagadnień, pod maską lekkiej rozrywki ukrywając trudne pytania.

Te kwestie, choć ponadczasowe, stają się tym bardzie zrozumiałe, jeśli zapoznać się z biogramami autorów i informacjami o innych ich pracach, bardziej otwarcie zaangażowanych politycznie. Myślę jednak, że o ile komiksowe albumy o życiu Evy Peron czy Ernesto Guevary w innych czasach i pod inną szerokością geograficzną mogą być odbierane zupełnie inaczej, o tyle fantastyczno-przygodowy kostium, w jaki odziano ważkie pytania ukryte w historiach o przygodach Morta Cindera, nie odbiera im wagi, równocześnie czyniąc je łatwiej dostępnymi i podając w sposób bardziej uniwersalny. Tym bardziej warto zapoznać się z albumem argentyńskich twórców. Mimo upływu lat zestarzał się w niewielkim stopniu, a pewną powtarzalność i schematyzm, jak sądzę, można mu wybaczyć. To jednak kawał historii światowego komiksu, po ponad pół wieku nadal stanowiący silne źródło inspiracji.

 

Dziękujemy wydawnictwu Non Stop Comics za udostępnienie albumu do recenzji.

Galeria


8.0
Ocena recenzenta
8.75
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 2
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Mort Cinder
Scenariusz: Héctor Germán Oesterheld
Rysunki: Alberto Breccia
Seria: Mort Cinder
Wydawca: Non Stop Comics
Data wydania: 19 września 2018
Kraj wydania: Polska
Tłumaczenie: Iwona Michałowska-Gabrych, Patrycja Zarawska
Liczba stron: 224
Format: 194×280 mm
Oprawa: twarda
Papier: offsetowy
Druk: czarno-biały
ISBN: 9788381106207
Cena: 59,90 zł
Wydawca oryginału: Fantagraphics



Czytaj również

Koniec zxxxanego świata
Niby koniec, ale jakby dopiero początek
- recenzja
Royal City #2. Sonic Youth
Jak w pułapce
- recenzja
Odrodzenie #5: Wezbrane wody
Odwilż w Wisconsin
- recenzja
Giant Days #6: Nie wariuj, Daisy
Wtórnie, czy jednak nie wtórnie?
- recenzja
Wojownicze Żółwie Ninja – Bodycount
Krew, pot i łzy
- recenzja
Nomen Omen (wyd. zbiorcze) #1: Całkowite zaćmienie serca
Świt komiksu młodzieżowego
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.