Mechaniczna ziemia #1: Oceanika

Niech żyje bal

Autor: Marcin 'Karriari' Martyniuk

Mechaniczna ziemia #1: Oceanika
Codzienna fiesta? W dodatku na pokładzie transatlantyku? To nie mrzonka studenta pierwszego roku, lecz pomysł wyjściowy na fabułę Mechanicznej ziemi.

Mechaniczna ziemia #1: Oceanika to pierwsza seria spod ręki Jeana Baptiste Andréae w portfolio wydawnictwa Kurc, lecz niedługo dołączy do niej bodaj najsłynniejsze dzieło artysty. Azymut, bo o nim mowa, powróci na rynek już w maju. Seria była wcześniej publikowana sumptem Wydawnictwa Komiksowego, które w ostatnim czasie podjęło decyzję o zakończeniu działalności.

Wprawdzie to Andréae zawdzięczamy ilustracje przykuwające wzrok w Mechanicznej Ziemi, ale autorem scenariusza jest Patrick Fitou, który zabiera czytelników na transatlantyk "Mekaton". Trwa tam nieprzerwana impreza, każdego dnia pasażerowie ucztują, tańczą i śpiewają, całkowicie oddając się trwającej chwili. Nieustanną fetę zakłóca pojawienie się Phileona, małego nosorożca nie mającego najmniejszej ochoty na przyłączenie się do biesiadników. Próbując opuścić okręt, nosorożec znajduje wsparcie w nastolatku Bruno i jego mamie Edmee, lecz na drodze trójki bohaterów staną Służby Specjalne.

Fitou całkiem sprawnie poradził sobie ze stworzeniem postaci, wliczając w to antropomorficznego Phileona. Z jednej strony zachowuje się on dziwacznie, wysławia w charakterystyczny sposób, lecz równocześnie wygląda na najrozsądniejszą istotą na pokładzie. Na swój sposób kroku dotrzymuje mu młody Bruno, zirytowany groteskowymi i powtarzalnymi imprezami. Zdaje się mieć więcej rozumu i empatii od widocznie już zblazowanej matki. Wspomniani bohaterowie budzą sympatię, ale oprócz nich mamy jeszcze parę porządnych kreacji epizodycznych. Do tego Fitou starał się zabarwić Oceanikę humorem, czasem eksponując dowcip, a innym razem przekazując go mniej nachalnie. Wszystko to mogłoby oznaczać, że mamy do czynienia z bardzo dobrym komiksem, lecz niestety problemy pojawiają się w wątku ucieczki ze statku.

Owa ucieczka to w gruncie rzeczy pościg i to rozciągnięty na wiele stron. W dodatku przebiega w sposób chaotyczny, po drodze pojawia się mnóstwo niedomówień i zagadek, z których niektóre jedynie przykrywają luki fabularne. Dynamika opowieści może się podobać, w przeciwieństwie do jej planu. Od momentu poznania nosorożca jasno widać, że będzie chciał opuścić okręt, tajemnicą nie pozostają też personalia osób, które mu w tym pomogą. Przez to jeszcze bardziej doskwiera konstrukcja historii, jedynie przeprowadzająca bohaterów z punktu A do punktu B bez zaskakujących twistów.

O ile nie potrzeba wysiłku, aby wskazać bolączki scenariusza, tak trudno mówić o mankamentach graficznych. Andréae sporządził ilustracje nadające komiksowi trochę nierealnej, baśniowej atmosfery, do której cegiełkę dołożyły wizerunki antropomorficznych zwierząt. W oczy rzuca się spora liczba małych kadrów, raz prezentujących zbliżenia na bohaterów, innym razem przedstawiające ich niczym zlepek plam na większych planach. Nader wszystko w oczy rzucają się jaskrawe barwy korespondujące z absurdalnym nastrojem fiesty na transatlantyku.

W fabule Mechanicznej ziemi intuicyjnie można dopatrywać się symboliki. Sprzeciw jednostki wobec narzuconego stylu egzystencji i niepohamowana potrzeba odkrycia nieznanego topnieją jednak w obliczu fabularnych skrótowców. Zakończenie rozbudza nadzieję na ciekawą przygodę, lecz póki co dostaliśmy tylko bardzo ładne ilustracje i sympatycznych bohaterów. Oby w drugim tomie Fitou nadrobił zaniedbania scenariuszowe.