» Recenzje » Lucky Luke #52: Fingers

Lucky Luke #52: Fingers


wersja do druku

Hokus Pokus na Dzikim zachodzie

Autor: Redakcja: Camillo

Lucky Luke #52: Fingers
Daltonowie, Indianie, prażące słońce... Nie ma problemu, z którym Lucky Luke nie poradziłby sobie z prędkością wystrzeliwanej kuli. Ale co, jeśli rewolwerowiec natrafi na przeciwnika o refleksie i zręczności dalece przekraczających jego własne?

No właśnie, jak poradzić sobie z kuglarzem o wiecznie uśmiechniętej aparycji i uporczywej skłonności do kleptomanii, ponad siłę preferującym zręczność, refleks oraz urok osobisty? Co począć, kiedy wszystkie okoliczne damy wezmą stronę szarmanckiego amanta, nawet wówczas kiedy uroczy lowelas zupełnie przypadkiem wejdzie w posiadanie nieswojej biżuterii? Przed kowbojem stanęło zadanie z jakim dotychczas jeszcze się nie mierzył.

Omawiany album trafił do rąk czytelników w roku 1983, a więc już 7 lat po śmierci nieodżałowanego Rene Goscinnego. Pałeczkę scenarzysty na potrzeby Fingers objął Lo Hartog Van Banda, zaś za sztalugą stanął tradycyjnie Morris. Owocem pracy obu panów jest – a jakże! – lekka i zabawna humoreska, właściwa dla całego cyklu o sympatycznym pogromcy wszelkiej maści bandytów.

Siłą komiksu jest pojedynek dwóch mistrzów obdarzonych niesamowitym refleksem, starających się wzajemnie przechytrzyć. Pojedynek na kamienne twarze i zręczne palce niesie ze sobą mnóstwo gagów, opartych tak na grze słów, jak i na formie graficznej. Van Band nie ma żadnej litości w stosunku do stanowiska, pochodzenia czy płci – żarty dotykają praktycznie wszystkich postaci przewijających się przez strony komiksu. Nie będzie jednak żadną tajemnicą, jeśli napiszę, iż zwycięzca rywalizacji może być tylko jeden, zaś sympatyczny skądinąd opryszek zostanie ukarany za swoje występki.

Oprawa graficzna utrzymuje dokładnie taki sam poziom, jak w wielu poprzednich odsłonach. Wyrazista kreska oraz feria barw w połączeniu ze świetnej jakości papierem kredowym sprawiają, iż od strony graficznej album prezentuje się bardzo przyjemnie. Morrisowi bardzo dobrze udało się przełożyć sztuczki kuglarskie na niewielkie rozmiarowo kadry komiksu. Fingers wyczarowuje rozmaite bibeloty z wprawą i bardzo przekonująco.

Fingers to kolejny album z długiej serii wpisujący się wypracowany przez Goscinnego i Morrisa model. Van Banda kontynuuje spuściznę genialnego Francuza, nie wychylając się ani o cal. I podobnie jak większość albumów o Lucky Luke'u, tak i ten zapewnia sporo frajdy. Nieodłącznym problemem serii jest jednak to, że poza sympatyczną rozrywką "tu i teraz" kolejne albumy nie zapadają na dłużej w pamięci. Lektura jest równie przyjemna, co ulotna.

Mimo to Lucky Luke wywiera magnetyzujący wpływ na czytelnika. Poszczególne albumy można opisać przy użyciu parafrazy właściwej dla skoczków narciarskich "o dwóch równych skokach": scenariusz i ilustracje zawsze prezentują niezły, rzemieślniczy poziom. Nie irytują jak bardzo słabe, napisane na siłę kontynuacje i serie poboczne Thorgala. Dlatego pomimo braku jakichkolwiek fajerwerków po historie o dzielnym kowboju zawsze sięga się chętnie, licząc na dwa kwadranse lekkiej i uczciwie zabawnej rozrywki. Z tej funkcji Lucky Luke nadal wywiązuje się całkiem nieźle.

7.0
Ocena recenzenta
7
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Lucky Luke #52: Fingers
Scenariusz: Lo Hartog Van Banda
Rysunki: Morris
Wydawca: Egmont Polska
Data wydania: 25 stycznia 2017
Autor okładki: Morris
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Liczba stron: 48
Format: 21,6x28,5 cm
Oprawa: miękka
ISBN: 978-83-281-1898-0
Cena: 24,99 zł



Czytaj również

Lucky Luke #35: Jesse James
Legendy Dzikiego Zachodu
- recenzja
Marzi: Dzieci i ryby głosu nie mają
Kraj lat dziecinnych
- recenzja
Marshal Blueberry
Wracając na Dziki Zachód
- recenzja
DC Odrodzenie. Superman: Superman odrodzony
Nieudany crossover?
- recenzja
Conan (wyd. zbiorcze) #1: Narodziny legendy
Powrót legendy
- recenzja
Ex Machina #1
Nie każdy superbohater nosi pelerynę
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.