» Recenzje » Lucky Luke #5

Lucky Luke #5


wersja do druku

I'm a poor lonesome cowboy...

Autor: Redakcja: Kuba Jankowski

Lucky Luke #5
Lucky Luck to postać, którą najzwyczajniej w świecie uwielbiam. Ogromne i niesłabnące uczucie, jakim darzę samotnego rewolwerowca, narodziło się bardzo dawno temu, krótko po tym jak mój dziadek przywiózł z "Reichu" kolorowy odbiornik telewizyjny i antenę satelitarną. Malowniczy kraj położony między Odrą a Bugiem przechodził wówczas istotne zmiany ustrojowe, którymi żywo interesowali się wszyscy starsi domownicy. Dla mnie jednak w tamtym czasie zdecydowanie ważniejsze były filmy animowane, które każdego dnia mogłem zobaczyć na małym ekranie. Zbawienny w tej sytuacji okazał się ekskluzywny prezent zza zachodniej granicy, który szybko stał się przedmiotem kultu dla kilkuletniego dziecka.

Tam po raz pierwszy zobaczyłem kilka odcinków serialu Lucky Luke, produkowanego przez studio filmów animowanych Hanna-Barbera w latach 1984-1992. Od tego momentu wiedziałem dobrze, jak powinien prezentować się najlepszy na świecie kowboj. Nie miałem też najmniejszych wątpliwości za kogo chcę być przebrany na wszystkich przedszkolnych balach przebierańców. Oczywiste było również to, w jaki sposób najłatwiej wzbudzić zachwyt i zdobyć uznanie kolegów z piaskownicy.

Obcisłe jeansowe spodnie z podwiniętymi nogawkami, jaskrawożółta koszula i narzucona na nią czarna kamizelka, gruby pas z dwoma skórzanymi kaburami, a w nich lśniące rewolwery, brązowe kowbojki z ostrogami na nogach, czerwona chusta na szyi, na głowie ogromny biały kapelusz i swobodnie spod niego wystający charakterystyczny kosmyk włosów oraz nieodłączna trawka w ustach – słowem: Lucky Luke. Dołóżmy do tego nadzwyczajne umiejętności posługiwania się bronią, które pozwalają mu strzelać szybciej od własnego cienia, przepełniony wędrówkami i przygodami tryb życia, bezustanne pilnowanie porządku i bezwzględną walkę ze złoczyńcami, wymierzanie opryszkom zasłużonej kary i wychodzenie z każdej opresji zwycięską ręką, oraz towarzystwo cynicznego konia Jolly Jumpera i niezbyt rozgarniętego psa Bzika, a otrzymamy taką kreację bohatera, która zaspokaja wszystkie apetyty młodego umysłu.

Kiedy w pewnym wieku ostatecznie zdecydowałem się na złożenie moich plastikowych pistoletów w zakurzonym kącie na strychu, wrzucenie sfatygowanej srebrnej gwiazdy szeryfa do zapomnianej szuflady i odwieszenie wytartego filcowego kapelusza z piórkiem na wieszaku, a następnie przypadkiem trafiłem w wieczornym paśmie telewizyjnym na Siedmiu wspaniałych Johna Sturgesa oraz W samo południe Freda Zinnemanna, doznałem autentycznego szoku. Kowboje, których tam zobaczyłem, odbiegali mocno od ugruntowanego w mojej świadomości ideału jeźdźca z Dzikiego Zachodu. Ale przecież nie ma kowboja, który mógłby pokonać w pojedynku Lucky Luke’a. On jest najlepszy.

I tak mi już zostało. Dlatego ile razy w zapowiedziach Egmont Polska pojawia się kolejny zbiorczy tom serii komiksowej – stworzonej w 1946 roku przez francuskiego scenarzystę René Goscinny’ego i belgijskiego rysownika Morrisa – na mojej twarzy pojawia się szczery uśmiech.

W sierpniu 2013 roku ukazał się piąty zbiór – "czerwony” – na który składają się trzy niepublikowane dotąd w Polsce historie: Daltonowie wciąż uciekają, Miasto duchów i Daltonowie odkupują winy. W pierwszej opowieści bracia Daltonowie po ogłoszeniu powszechnej amnestii wychodzą z więzienia i osiedlają się w miasteczku Awful Gulch, gdzie w dzień udają uczciwych właścicieli salonu "Pod Ułaskawionym Bandziorem”, a w nocy kopią pod miastem tunele, aby dobrać się do skarbca miejscowego banku, co skutecznie utrudnia im Lucky Luke. W drugiej historii dzielny kowboj spotyka Denvera Millsa i Kolorado Billa – dwóch karcianych szulerów, którzy w ramach kary za oszustwa zostali unurzani w smole i oblepieniu piórami – i udaje się w ich towarzystwie do opuszczonego przez poszukiwaczy złota miasteczka Gold Hill. W trzeciej opowieści Lucky Luke otrzymuje w Sądzie Najwyższym Stanów Zjednoczonych karkołomną misję uwolnienia braci Daltonów i dopilnowania, by w ramach programu resocjalizacji przez miesiąc unikali drogi przestępstwa.

Komiksy stworzone przez Goscinny’ego i Morrisa nie są skomplikowanymi formalnie opowieściami, historiami nowatorskimi warsztatowo czy utworami otwierającymi nowe drogi rozwoju sztuki komiksowej. Głównym zarzutem, jaki można postawić serii Lucky Luke jest ich scenariuszowa wtórność – wszak większość historii oparta jest na prostej kliszy: bracia Daltonowie opuszczają więzienie, Lucky Luke wpada na ich trop, ściga ich, a następnie krzyżuje niecne plany, aby ostatecznie sprowadzić ich na powrót w więzienne mury, oni zaś znów szukają sposobu na opuszczenie celi i schemat się powtarza. A i zależności łączące pierwszoplanowego bohatera i jego głównych oponentów w żaden sposób nie są odkrywcze i oryginalne – ot, sprawiedliwy rewolwerowiec kontra czwórka nieudolnych zbirów.

W trzech historiach składających się na piąty tom zbiorczy Joe, Jack, William i Avarell więzienie opuszczają aż trzy razy: wskutek generalnej amnestii i ułaskawienia wszystkich przestępców na Dzikim Zachodzie przez nowo wybranego prezydenta Stanów Zjednoczonych, korzystając z chwili nieuwagi strażników więziennych spowodowanej atakiem Apaczów na fortecę (obie te ucieczki maja miejsce w albumie Daltonowie wciąż uciekają) oraz eksperymentalnym wyrokiem Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, który postanawia zwolnić warunkowo zbirów, aby realizować swoją misję resocjalizacyjną i wychowawczą (ta opowieść stanowi fabułę albumu Daltonowie odkupują winy). Na szczęście historia Miasto duchów, w której Daltonowie nie pojawiają się nawet na chwilę, rozdziela dwie opowieści o braciach spod ciemnej gwiazdy, co powoduje, że przy lekturze całości czytelnik nie odczuwa znużenia bezustanną ucieczką bandytów i bezustannym za nimi pościgiem stróża prawa.      

Najmocniejszymi elementami i zasadniczymi źródłami komizmu w historiach o Lucky Luke’u są: para uzupełniających się na zasadzie kontrastu zwierzęcych towarzyszy dzielnego kowboja – inteligentnemu koniowi Jolly Jumperowi, który bezpardonowo i kąśliwie komentuje kolej rzeczy, przeciwstawiono prostodusznego psa Bzika, który dzięki swojej skłonności do zabawy jest niezastąpionym pomocnikiem – oraz znakomite konstrukcje postaci drugoplanowych i epizodycznych. W zbiorze "czerwonym” na szczególną uwagę zasługują dwaj kanciarze Denver Mills i Kolorado Bill z albumu Miasto duchów, którzy nieuczciwie próbują zbić majątek niemal na oczach najszybszego kolta na Dzikim Zachodzie.

Przyjemnym zabiegiem w komiksach o Lucky Luke’u są pojawiające się tu i ówdzie swoiste mrugnięcia okiem do czytelnika. W piątym tomie zbiorczym pies Bzik zastanawia się jak nazywa się jego pan wymieniając nazwiska postaci historycznych – legend Dzikiego Zachodu, jak Billy The Kid czy Jesse James, Lucky Luke swój pusty magazynek kwituje stwierdzeniem, że dużo strzelał w tej historii, a Gold Hill to prawdziwe miasteczko położone w stanie Colorado, które w latach 50-tych XIX wieku było rzeczywiście ogarnięte gorączką złota, później zostało okrzyknięte "miastem duchów”, a ostatecznie stało się ważnym ośrodkiem rolniczym.

Wydawnictwo Egmont zadbało o świetną edycję "czerwonego” albumu, podobnie zresztą jak dbało o edycję wcześniejszych czterech tomów: sztywna oprawa, kredowy papier, nasycenie kolorów. Największym mankamentem zbiorczych wydań Lucky Luke’a jest jednak ich pomniejszony format w stosunku do pierwowzoru. Oryginalne tomy ukazywały się na standardowych arkuszach A4. Wydania zbiorcze są niestety niemal o połowę mniejsze, co z jednej strony czyni z nich książki idealne do zabrania ze sobą w daleką podróż pociągiem czy choćby tramwajową przeprawę przez miasto, z drugiej strony – mocno utrudnia lekturę poprzez zbyt małe kadry, zbyt małe dymki, zbyt małe litery. Nie jest to jednak wada, która mogłaby wpłynąć na ostateczną ocenę albumu.

Z niecierpliwością i smakiem czekam na koleją porcję zabawnych i przyjemnych historyjek z Dzikiego Zachodu autorstwa duetu Goscinny i Morris. A tych zostało jeszcze całkiem sporo, bo nakładem francuskich wydawnictw ukazało się aż 78 albumów.

Wszak to Lukcy Luke. Wspominałem już, że uwielbiam tę postać?

8.0
Ocena recenzenta
8
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Lucky Luke #05: Daltonowie wciąż uciekają. Miasto duchów. Daltonowie odkupują winy
Scenariusz: Rene Goscinny
Rysunki: Morris
Data wydania: sierpień 2013
Liczba stron: 144
Format: 155x225 mm
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 9788323761747
Cena: 49,99 zł



Czytaj również

Lucky Luke #35: Jesse James
Legendy Dzikiego Zachodu
- recenzja
Vis Comica Polonica
Czyli komiksy humorystyczne w Polsce
Lucky Luke #52: Fingers
Hokus Pokus na Dzikim zachodzie
- recenzja
Marzi: Dzieci i ryby głosu nie mają
Kraj lat dziecinnych
- recenzja
Kaczogród. Carl Barks. Moja snów dolina i inne historie z lat 1953–1954
Czy kaczki śnią o sielskich krainach?
- recenzja
Marshal Blueberry
Wracając na Dziki Zachód
- recenzja

Komentarze


Młot
   
Ocena:
0

Jeśli jest szybszy niż własny cień, to jest w takim razie szybszy niż światło, co więcej, jego oko i mózg potrafią tą szybkość zarejestrować (Superman niech się uczy od mistrza) :P chyba, że (niczym w Darkness) jego cień to osobny byt z własnym refleksem :P

26-10-2013 17:40
Mały Dan
   
Ocena:
0

w życiu nie przyszło mi do głowy, żeby analizować szybkość Lucky Luke'a w ten sposób... :)

27-10-2013 18:46

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.