Lucky Luke #40: Wielki książę
To miała być prosta misja dyplomatyczna zwieńczona traktatem handlowym pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Cesarstwem Rosji. Tymczasem emisariusz cara, Wielki Książę Leonid, postawił nieoczekiwany warunek, uzależniając parafowanie porozumienia od wycieczki po Dzikim Zachodzie, najlepiej obfitującej w zwiedzanie szemranych miejsc, strzelaniny, potyczki z Indianami oraz regularną degustację whisky. Któż mógłby zapewnić bezpieczeństwo osobliwego dygnitarza podczas tournée? Oczywiście Lucky Luke.
Roku 1973, w samym środku Zimnej Wojny, ukazał się dość nieoczywisty epizod cyklu Lucky Luke. Zaproszenie rosyjskiego turysty na amerykańską ziemię? Zapewne dla niejednego fana było to pomysł zaskakujący, nawet jeśli weźmie się pod uwagę, że Leonid reprezentował cara będącego ofiarą komunistów. Z drugiej strony Związkiem Radzieckim zawiadywał imiennik Wielkiego Księcia, co można było rozpatrywać w kategorii niezwykle abstrakcyjnego żartu. Wróćmy jednak do samego komiksu.
Ten zaczyna się bardzo obiecująco, stawiając kowboja przed nie lada wyzwaniem, jakiemu dotychczas nie musiał sprostać. Lucky Luke seryjnie inicjuje intrygi, które mają dostarczyć księciu przygody z "dreszczykiem", tak jednak, by Leonidowi nie spadł włos z głowy. Wysiłki Luke’a prowadzą od gagu do gagu, bo – jak łatwo się domyślić – nic nie idzie zgodnie z planem. To ostatnie dotyczy też samych żartów, które nie są tak śmieszne, jak zakładali autorzy, a mowa o Rene Goscinnym w roli scenarzysty. Zamiast tego do rąk czytelników trafiło wyrobnicze rzemiosło, poprawne do bólu, ale bez iskry, która by wyróżniła ten komiks.
To samo dotyczy elementów, których można było oczekiwać bo historii, a mianowicie relacji na linii Leonid – otoczenie. Wielki Książę zachowuje się jak rozkapryszona panienka z wyższych sfer, co do jakiegoś stopnia nawet jest zabawne, chociaż niewyszukane, podobnie jak bardzo regularne wezwania ze strony turysty do nalania mu kieliszka whisky oraz nazywanie kowboja "Luksi".
To wszystko jednak potrafi przyjemnie wypełnić czas, wystarczy tylko odrobina dobrej woli podczas lektury. Bardziej dokuczają dwie inne rzeczy. Pierwszą jest wątek zamachowca czyhającego na życie Leonida – zupełnie zbędny i nieśmieszny. Drugim potknięciem jest nagłe i nieciekawe zwieńczenie komiksu, zupełnie jakby Goscinny w pewnym momencie zorientował się, że dobija do limitu stron, więc postanowił szybo zamknąć akcję.
Wszystko razem do kupy daje obraz dość przeciętnego albumu – i tak właśnie jest. Historia nie jest zła czy zupełnie nudna, koniec końców Goscinny nie schodzi poniżej pewnego poziomu; zdecydowanie brakuje jej jednak szlifów: odcięcia rzeczy zbędnych i wypielęgnowania żartów. Czy w związku z tym żałuję czasu spędzonego na lekturze? Absolutnie nie, bowiem nawet wielcy bohaterowie mają słabszy dzień.
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0
Dodaj do swojej listy:
Scenariusz: Rene Goscinny
Rysunki: Morris
Wydawca: Egmont Polska
Data wydania: listopad 2004
Liczba stron: 48
Format: A4
Oprawa: miękka, kolorowa
Papier: offsetowy
Druk: kolorowy
Cena: 16,90 zł







