» Recenzje » Lucky Luke #27: Dwudziesty pułk kawalerii

Lucky Luke #27: Dwudziesty pułk kawalerii


wersja do druku

Dyplomata Luke

Redakcja: Daga 'Tiszka' Brzozowska

Lucky Luke #27: Dwudziesty pułk kawalerii
Fani Lucky Luke’a wielokrotnie mogli przekonać się, że kowboj nie tylko szybko strzela, ale i ma niesłychanie praworządny charakter. To jednak nie jedyne jego walory, bowiem kiedy trzeba, potrafi wykazać się talentem mediacyjnym, o czym traktuje Dwudziesty pułk kawalerii.

Recenzowany album powstał w okresie największej świetności cyklu, czyli gdy za scenariusz wychodził spod pióra Rene Goscinnego, pisarza nie tylko płodnego, ale przede wszystkim wielce utalentowanego. Za sztalugą usiadł jak zwykle Morris, co – jak w każdym przypadku, gdy Lucky Luke był owocem kooperacji obu panów – dawało nadzieję na co najmniej przyzwoity komiks. Od strony graficznej mamy do czynienia z pełni ukształtowaną kreską Morrisa, co w sumie nie dziwi, bo to był to już 27 album cyklu, powstały w roku 1965.

Co do zasady autorom powiodło się, gwarantując trzy kwadranse niezłej lektury. W jej trakcie czytelnicy mają sposobność obserwacji intrygi, której ukoronowaniem ma być otwarty konflikt pomiędzy rządem federalnym a Indianami. W celu zapobieżenia rozlewowi krwi Lucky Luke musi udać się ku odległemu stanowi Wyoming, przeprowadzić negocjacje oraz śledztwo, które wyjaśni komu zależało na wywołaniu wojny.

Rezultatem dochodzenia jest komiks umiarkowanie humorystyczny, z dość licznymi, znacznie bardziej poważniejszymi wtrętami. Żarty skupiają się głównie na dwóch aspektach: wojskowym rygorze panującym w forcie dowodzonym przez pułkownika Mac Straggle'a, nadmiernie oraz wręcz groteskowo przywiązanego do musztry i karzącego podkomendnych przy każdej nadarzającej się okazji. Drugim elementem, który w założeniach ma bawić, są relacje pomiędzy wodzami Indian, żarciki ze sposobu komunikacji za pomocą znaków dymnych czy z fajki pokoju, która jest czymś obrzydliwym w smaku.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Jednocześnie pobrzmiewa subtelnie zaserwowana czytelnikom poważna nuta dotycząca szeroko rozumianej kolonizacji zachodu, kiedy to rdzenni Amerykanie spychani byli do rezerwatów, w których niby to mieli zachować pełnię praw, zaś ich główne źródło pożywienia, bizony, miało pozostać nietknięte przez białego człowieka. Goscinny pokazuje, że rzeczywistość odbiegała od porozumień pokojowych, zaś autochtoni zwyczajnie zmuszeni byli do chwytania za broń w sytuacji, gdy ustalenia były łamane. Oczywiście trudno tutaj mówić o jakimś oryginalnym przesłaniu, mimo to warto zauważyć i docenić wirtuozerię scenarzysty łączącego elementy humorystyczne oraz te zupełnie poważne.

Recenzowany komiks troszkę bawi, a troszkę wzbudza refleksje. W rezultacie Dwudziesty pułk kawalerii przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom kowboja – a zapewne nie tylko im – po raz kolejny udowadniając, jak wybitnym scenarzystą był Rene Goscinny.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
6.5
Ocena recenzenta
6.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Dwudziesty pułk kawalerii
Scenariusz: René Goscinny
Rysunki: Morris
Seria: Lucky Luke
Wydawca: Egmont
Data wydania: 31 stycznia 2023
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Liczba stron: 48
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 9788328167643



Czytaj również

Lucky Luke #42: Siedem opowieści o Lucky Luke'u
Kowboj w formie krótkiej
- recenzja
Lucky Luke #8: Phil Defer
Rewolwerowiec i jego przesądy
- recenzja
Lucky Luke #40: Wielki książę
Nieszczęśliwy przewodnik
- recenzja
Lucky Luke #7: Eliksir doktora Doxeya
Kowboj kontra truciciel
- recenzja
Lucky Luke #25: Miasto duchów
Troszkę zabawnie a troszkę na serio
- recenzja
Lucky Luke #06: Wyjęci spod prawa
Ważny epizod w życiu kowboja
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.