Lanfeust w kosmosie (wyd. zbiorcze) #1

Świat to za mało

Autor: Marcin 'Karriari' Martyniuk

Lanfeust w kosmosie (wyd. zbiorcze) #1
Lanfeust w kosmosie #1 oferuje to samo, co Zdobywcy Troy i Lanfeust z Troy. Mamy zatem bardzo ładne kolorowe obrazki tworzące uniwersum fantasy, grupkę herosów, w tym jednego obdarzonego potężną mocą i niezwykłą wręcz zdolnością do wpadania w tarapaty. Przepis na sukces? Niezupełnie.

Dzieje Lanfeusta to w gruncie rzeczy typowa historia od zera do bohatera, w tym przypadku od pomocnika kowala do najpotężniejszego człowieka w Troy. Tytułowy bohater wraz z trollem Hebiusem i paroma innymi postaciami wyrusza w kosmos, gdzie czekają na nich liczne przygody, intrygi i dziesiątki przeciwników. Pierwsze wydanie zbiorcze Lanfeusta w kosmosie zawiera cztery tomy: Ich... czworo, Wieże Meirrionu, Piaski Abraxaru i Wysysacze Światów.

Twórca Lanfeusta, Francuz Christophe Arleston (Ekho, Ognie Askellu), po raz kolejny serwuje to samo. Oczywiście wysłanie grupki bohaterów na inne planety może jawić się obiecująco, lecz u fundamentu stoją te same założenia. Ma być lekko, łatwo (nie dla herosów) i przyjemnie. I tak w dużej mierze jest, Lanfeust w kosmosie pozwala na chwilę bezrefleksyjnego zanurzenia się w barwnym świecie, który stanowi jedynie ładne tło dla kolejnych incydentów z Lanfeustem, piratem Thanosem czy zazdrosną narzeczoną protagonisty, C’ixi. Do tego scenarzysta bombarduje odbiorcę żartami sytuacyjnymi, gagami czy humorem z wyraźnym zabarwieniem erotycznym. Diabeł tkwi w ogólnych pomysłach na historie, które są potwornie proste i wtórne. Oczywiście można próbować bronić autora, że za kurtyną wielokrotnie widzianych rozwiązań fabularnych kryje się chęć ich sparodiowania, lecz nie powinno to usprawiedliwiać infantylizmu i prostoty opowieści. Gdyby nie dowcipy i uroda plansz, z pewnością dużo częściej robiłbym przerwy podczas lektury, bo łańcuszek kolejnych wyczynów herosów zwyczajnie nudzi.

Ilustracje to ponownie dzieło frankofońskich grafików, Didiera Tarquina (rysunki) i Claude’a Gutha (kolory), których prace trafiły do Polski m.in. za sprawą Fantasy Komiks. Obu panom trudno cokolwiek zarzucić, Tarquin świetnie przeplata malutkie kadry z większymi paskami czy zajmującymi połowę strony bardzo szczegółowymi obrazkami. Wszystko zostało opatrzone kolorami Gutha, a ten nie szczędził wysiłków, aby świat przedstawiony mienił się jaskrawymi barwami, czasem przechodząc w ciemniejsze scenerie i po chwili powracając do baśniowych planet. Efekt obserwuje się z niekłamaną przyjemnością i czasem warto zatrzymać się, by podziwiać ilustracje przez dłuższą chwilę.

Bardzo ładne uniwersum i liczne dowcipy nie rekompensują kiepskiej fabuły i braku pomysłu na ciekawą historię. Lanfeust w kosmosie to kolejna odsłona przygód tytułowego bohatera, którą można się zainteresować, jeżeli akurat mamy ochotę na coś lekkiego w odbiorze i w miarę zabawnego. W innym przypadku komiks odłożymy bez śladu satysfakcji.