» Recenzje » Elecboy #1

Elecboy #1


wersja do druku
Elecboy #1
Z czym zazwyczaj kojarzy się postapo? Spustoszone miasta, spalona słońcem ziemia i niedobitki ludzkości próbujące jakoś ułożyć sobie życie. A co się stanie, gdy do kompletu dodamy boskie istoty stojące za wszystkim nieszczęściami? Wówczas otrzymamy komiks Elecboy.

Cywilizacja, jaką znamy, dobiegła końca. Jedynie dziadkowie pamiętają tętniące życiem miasta i małostkowe problemy gnuśnych ludzi. Dawne osiedla są już tylko wypalonymi skorupami, podobnie zresztą jak spieczone słońcem bezkresne pustkowia, gdzie resztki ludzkości próbują urządzić się na nowo, tworząc prymitywne struktury społeczne i wykorzystując resztki dostępnych technologii. Jakby jednak mało było nieszczęść, niedobitki regularnie padają ofiarą ataków tajemniczych, a przy tym niezwykle potężnych istot przybyłych jakoby z nieba.

Taką historię stworzył pochodzący z Francji Jaouen Salaün, który karierę w branży komiksowej rozpoczął w roku 2006, początkowo jako kolorysta i projektant. Jak sam jednak przyznał, zawsze marzył o samodzielnym komiksie, co udało mu się osiągnąć w roku 2021 w postaci Elecboya, nad którym pracował, jak sam przyznał, od 2002 roku.

Czytelnicy poznają tę opowieść z kilku perspektyw, chociaż najważniejsza jest ta należąca do głównego bohatera, Josha, znajdującego się w szczególnie trudnej sytuacji. Chłopak wiedzie żywot quasiwyrzutka, nieco przyklejonego do lokalnej społeczności, lecz nie będącego jej częścią. Matkę poznał ledwie z nielicznych wspomnień ojca, z którym zresztą łączą go nie najlepsze relacje. Na dodatek łatwo wpada w kłopoty, głównie dzięki znajomości z Margot, siostrą Sylvio, przyszłego przywódcy miasteczka, mającego niezwykle nikczemny charakter.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Przez całą lekturę Sylvio pozostaje głównym adwersarzem Josha, jednak jego wpływ na historię jest bardziej znaczący, niżby mogło się na pierwszy rzut oka wydawać. Za jego pośrednictwem zarysowany zostaje dość interesujący portret osady, jej mieszkańców oraz pachnących feudalizmem relacji społecznych, rządzonych przez ojca i dziadka Sylvio.

Wróćmy jednak do Josha, dla którego ciągłe upokorzenia jakich doznaje z ręki przeciwnika są ważnym elementem prowadzącym do stopniowego uwalniania jego nadnaturalnych zdolności, jak choćby zwiększenia siły czy odporności na obrażenia. Momentem przełomowym w ewolucji Josha jest śmierć ojca – do niej jeszcze wrócimy – po której dochodzi do widowiskowej erupcji mocy chłopaka, co z kolei ściąga uwagę istot, które, jak się zdaje, przyczyniły się do upadku cywilizacji i poszukiwały protagonisty od jakiegoś czasu.

Wśród wątków pobocznych znalazły się i lepsze, i gorsze. Do pierwszych należy choćby ten dotyczący tajemnic skrywanych przez ojca głównego bohatera, poprowadzony wyjątkowo zręcznie. Do drugich zalicza się ten o przybyszach z kosmosu, o których intencjach niewiele można napisać oprócz tego, że desperacko próbują odnaleźć Josha. Jednak dlaczego ingerują na Ziemi – nie wiemy. Ten wątek na razie wypada nieciekawie.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

W trakcie lektury regularnie pojawiają się koncepcyjne wodotryski, których znaczenie nie do końca jest zrozumiałe. Najlepszym tego przykładem jest nagłe odwołanie się do indiańskiej historii i tradycji, co niczego nie wnosi do opowieści. Podobnie sprawa wygląda z narracyjnymi przeskokami przedstawiającymi poczynania kosmitów, które trudno uznać za interesujące. Odnoszę wrażeniu, że Salaün w pierwszych dwóch tomach postanowił pootwierać możliwe wiele wątków oraz zniuansować swoją opowieść, jednak nie wszystko wypada jednakowo satysfakcjonująco.

Nie możemy jednak narzekać na oprawę artystyczną. Od strony technicznej grafiki imponują realizmem, jakością oraz mnogością detali, zwłaszcza w kontekście przedstawiania emocji targających bohaterami. W rozmaitych informacjach na temat Francuza pojawia się wątek fascynacji twórczością Juana Gimeneza (Kasta Metabaronów), której echa możemy znaleźć w recenzowanym komiksie. Ponad wygląd grafik stawiam jednak klimat, jaki budują: spieczone pustkowia oraz trzymające się na przysłowiową ślinę zabudowania znakomicie wpisują się w historie pokroju Mad Maxa. Podobnie sprawa wygląda ze świecącymi pustkami miastami, które mogą kojarzyć nam się z opuszczoną w pośpiechu Prypecią czy równie martwą Atlantą z The Walking Dead. Ilustracje w Elecboyu są na tyle ładne, a przede wszystkim sugestywne, że do pewnego stopnia mogą przykryć co słabsze wątki i uczynić je łatwiejszymi do przełknięcia.

Pierwsze dwa tomy Elecboy nie do końca mnie przekonały, chociaż jestem "targetem" podobnych historii. Nie do końca mogę stwierdzić, o czym ma być ten komiks, czy może raczej, na jakim elemencie autor pragnął położyć akcent. Wyszła z tego dość rozmyta koncepcyjnie opowieść, jedynie chwilami porywająca, miejscami zaś nużąca. Światełkiem w tunelu jest nadzieja, że Salaün w kolejnych epizodach wszystkie elementy układanki poszyje w jedną całość. Czy jednak okaże się ona interesująca? O tym dopiero się przekonany.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
6.0
Ocena recenzenta
6
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Elecboy #1
Scenariusz: Jaouen Salaün
Rysunki: Jaouen Salaün
Seria: Elecboy
Wydawca: Lost in Time
Data wydania: 24 października 2022
Tłumaczenie: Jakub Syty
Liczba stron: 128
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Druk: kolorowy



Czytaj również

Elecboy #2
Między końcem świata a postępem
- recenzja
Republika Czaszki
O piratach nieco inaczej
- recenzja
Nautilus #2: Mobilis in mobile
Pojedynek dwóch lisów
- recenzja
Legenda o szkarłatnych obłokach
Wyprawa po wspomnienia
- recenzja
Kroniki Roncevaux
Pieśń o Rolandzie w formie komiksu
- recenzja
Mały astronauta
Zdrowie i szczęście - czy to tak wiele?
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.