» Recenzje » Cyberpunk 2077: Gdzie jest Johnny

Cyberpunk 2077: Gdzie jest Johnny


wersja do druku

W poszukiwaniu ikony

Autor: Redakcja: Olga Wieczorek, Daga 'Tiszka' Brzozowska

Cyberpunk 2077: Gdzie jest Johnny
Świat Cyberpunka, jak większość gier fabularnych rozwijanych przez dekady, dorobił się całego zestawu ikonicznych elementów settingu – miejsc, organizacji, wydarzeń i, rzecz jasna, Bohaterów Niezależnych.

Znajdziemy wśród nich Nomada Santiago, najemnika Morgana Blackhanda i niezrównaną netrunnerkę Rogue, ale niezaprzeczalnie najsłynniejszą personą w cyberpunkowym uniwersum jest Johnny Silverhand. Legendarny rockman tylko zyskał dodatkową sławę i popularność, gdy studio CD Projekt Red uczyniło go gwiazdą gry komputerowej Cyberpunk 2077, w której wcielił się weń sam Keanu Reeves.

Muzyk z cybernetycznym ramieniem jest też kluczową postacią w komiksowej historii Cyberpunk 2077: Gdzie jest Johnny, wydanej nakładem oficyny Dark Horse Comics, a w polskiej wersji językowej – Egmont. Trzeci z cyklu, w którym do tej pory otrzymaliśmy albumy Trauma Team i Twój głos, także i tym razem przedstawia fabułę koncentrującą się na jednej z podręcznikowych Ról, archetypów charakterystycznych dla gatunku. Po techniku medycznym i zwykłym przyszedł czas na... nie na rockera, jak można byłoby się spodziewać, a na reportera. Nową opowieść z Night City, za której scenariusz odpowiada Bartosz Sztybor, poznajemy z perspektywy Wallace'a – dziennikarza, który swoim życiowym celem uczynił walkę z bezwzględnymi korporacjami, niestrudzone obnażanie ich plugawych machinacji i otwieranie oczu opinii publicznej na zło, którego są źródłem.

A przynajmniej tak postrzega on sam siebie, bowiem gdy przyjrzeć się temu, jak odnoszą się do niego i co mówią o nim – często prosto w oczy – napotykane przez niego postacie, dostajemy obraz zdecydowanie mniej pochlebny. Akurat główny bohater to w mojej ocenie najmocniejszy element historii opowiadanej w albumie. Zgorzkniały cynik mający żal do całego świata, że ten nie dostrzega jego geniuszu, ani nie podziela punktu widzenia, jest tak sztampowym archetypem konwencji noir, że aż nie sposób go nie polubić. Także drugoplanowi bohaterowie, a przynajmniej niektórzy z nich, mogą zdobyć sympatię czytelnika, choć i oni nie wykraczają poza ograne i przewidywalne klisze.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Ciekawie prezentuje się też zawiązanie fabuły: otóż Wallace zostaje wynajęty do odszukania ciała Johnny'ego Silverhanda, który zginął w nuklearnym zamachu na wieże Arasaki – a przynajmniej tak mówi oficjalna, choć nie do końca potwierdzona wersja. Wypada pochwalić dobre osadzenie fabuły w realiach, odwołania do istotnych settingowych wydarzeń (co mieliśmy już w To twój głos), ale jednak scenarzysta nie potrafił wykorzystać potencjału tkwiącego w elementach, z których składa opowiadaną historię.

Może wynika to z objętości albumu, liczącego raptem 68 stron, ale trudno nie odnieść wrażenia, że w którymś momencie zabrakło pomysłów na połączenie w całość wprowadzonych wcześniej wątków, zaś autor zdecydował się na sklejenie ich na siłę w ewidentnie wymuszony sposób. Co gorsza, także wcześniej mamy kawałki, które muszą budzić zdumienie, a fakt, że sam bohater się z nich nabija, w niczym nie umniejsza ich absurdalności.

Od samego początku rozczarowuje też warstwa graficzna albumu. Oczywiście nie należy oceniać książki (a w tym wypadku – komiksu) po okładce, ale to, co na niej dostajemy, w porównaniu z wcześniejszymi częściami serii musi rozczarowywać. Miks postaci z komiksu, w tym twarz bohaterki w najlepszym razie drugoplanowej, a i protagonista nijak nie przypominający samego siebie – wygląda to, jakby wydawca nie miał żadnego pomysłu albo musiał z jakiegoś powodu na chybcika przygotować grafikę. Wewnątrz, niestety, też nie jest lepiej. Kreska Giannisa Milonogiannisa może się oczywiście podobać, ale niektóre kadry (ba! – całe strony) wyglądają jak szkice zamiast dokończonych prac. Postacie potrafią zmieniać rysy twarzy nawet na przestrzeni kilku stron, a w wielu miejscach tło jest praktycznie nieobecne. Co, gdyby było konsekwentnym zabiegiem, jak w Die, można byłoby zrozumieć, ale tu wygląda raczej na oszczędzanie sobie pracy.

W efekcie Gdzie jest Johnny muszę ocenić słabiej niż poprzednie albumy z cyklu – fani uinwersum mogą po niego sięgnąć, innych odbiorców może skusić niewysoka cena, ale w tym przedziale cenowym bez trudu da się znaleźć pozycje dużo bardziej zasługujące na uwagę.

Gdzie jest Johnny okiem erpegowcaTak jak we wcześniejszych tomach serii komiksowych adaptacji Cyberpunka 2077, tak i w recenzowanym albumie Mistrzowie Gry z łatwością znajdą motywy i elementy gotowe do przeniesienia na sesje. Sama fabuła może stanowić dobry szkic erpegowej przygody, a przynajmniej punkt wyjścia, bowiem dalszy przebieg akcji może już zależeć od decyzji graczy. Sam główny bohater mógłby dobrze sprawdzić się jak BN – kontakt lub znajomy postaci graczy, również drugoplanowi bohaterowie spokojnie mogą zostać potraktowani jako gotowe wzorce do wykorzystania na sesjach. Poza nimi niewiele rzeczy da się przenieść dosłownie (choć, na przykład, reklamy czy zajawki seriali pojawiające się na telewizyjnych ekranach, można wykorzystać jako element tła), ale mimo tego prowadzący Cyberpunka, czy to edycję 2020, czy nową wersję, Red, mogą do oceny albumu dodać jedno oczko za potencjał wykorzystania recenzowanego albumu jako źródła inspiracji

 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie albumu do recenzji.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
5.0
Ocena recenzenta
5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Cyberpunk 2077 #3: Gdzie jest Johnny?
Scenariusz: Bartosz Sztybor
Rysunki: Giannis Milonogiannis
Seria: Cyberpunk 2077, Klub Świata Komiksu
Wydawca: Egmont Polska, Egmont
Data wydania: 23 lutego 2022
Kraj wydania: Polska
Tłumaczenie: Zofia Sawicka
Liczba stron: 64
Format: 167x255 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 9788328154230
Cena: 34,99 zł



Czytaj również

Venom #1
Kiedy jeden symbiot to za mało
- recenzja
Cyberpunk 2077 #1: Trauma Team
Klient ma zawsze rację
- recenzja
Stwory nocy i inne historie
Komiks dla tych co Gaimana dopiero poznają
- recenzja
Czarodziejki W.I.T.C.H. Księga #3
To jeszcze nie koniec czarów
- recenzja
Ultimate X-Men #4
Nowy scenarzysta, nowe przygody
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Aesthevizzt
   
Ocena:
0

@Johny chyba Cię szukają ;)

15-06-2022 22:38
Johny
   
Ocena:
+1

Haha :). Mam love - hate relationship z cyberpunkiem. Z jednej strony kiedyś na studiach kolega mi go tak dobrze poprowadził, że chyba zawsze będę miał do niego sentyment. I pewnie zawsze będzie myśl, że fajnie by było jakbym ja go pomistrzował.

Z drugiej strony jednak system kojarzy się prawie tylko z rozwałką, dotychczas jedyna sensowna postać to był Solo, a jak popatrzyłem na nową kartę postaci do Cyberpunk Red, to odstraszyło mnie łucznictwo i opieka nad zwierzętami, które jak wiemy są bardzo potrzebne dla każdego mieszkańca futurystycznego miasta.

16-06-2022 19:01

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.