» Recenzje » Conan: Bitwa o Wężową Koronę

Conan: Bitwa o Wężową Koronę


wersja do druku

Barbarzyńca w mieście grzechu

Redakcja: Balint 'balint' Lengyel, Wiktor 'Anzelm' Wieczorek

Conan: Bitwa o Wężową Koronę
Choć crossovery, w których komiksowi twórcy swobodnie łączą uniwersa i bohaterów z zupełnie różnych serii możemy postrzegać jako stricte współczesny wynalazek, to jego korzenie można odnaleźć w zaskakująco odległych dekadach.

Pulpowi autorzy międzywojennego dwudziestolecia nierzadko wplatali do swoich utworów elementy z prac innych pisarzy, czego najbardziej znanym przykładem jest krąg literatów wspólnie rozbudowujących Mitologię Cthulhu. Niczym niecodziennym nie było także zestawianie w utworach bohaterów różnych serii i cykli – choćby w opowiadaniu Królowie nocy (Kings of the Night) Roberta E. Howarda spotykają się Kull z Atlantydy, król prehistorycznej Waluzji i Bran Mak Morn, władca Piktów żyjący w czasach Cesarstwa Rzymskiego.

Dlatego też komiksowe albumy, w których Conan spotyka postacie z epok i miejsc odległych od Ziemi z czasów Ery Hyboryjskiej przyjmuję jak najbardziej pozytywnie, jako twórcze rozwinięcie literackiej spuścizny Teksańczyka, a nie jej szarganie. Wojnę węży, w której obok czarnowłosego barbarzyńcy wystąpili inni howardowscy bohaterowie, między innymi Solomon Kane i mój ulubiony James Allison (a także marvelowski Moon Knight) przeczytałem z prawdziwą przyjemnością.

Innymi albumami, w których Cymeryjczyk współpracuje z komiksowymi herosami są tomy z serii Savage Avengers. Choć z nimi akurat nie miałem okazji się zapoznać, to w jakimś stopniu nawiązuje do nich Bitwa o Wężową Koronę, w której przyszły król Akwilonii w pogoni za czarnoksiężnikiem znanym jako Kulan Gath dociera do współczesnego Las Vegas. Tu natyka się na młodą złodziejkę Nylę i wraz z nią wikła w intrygę łączącą starożytne imperia Stygii i Atlantydy z jak najbardziej współczesną Wakandą i USA, a bohaterowie spotykają na swojej drodze między innymi Czarną Kotkę, Scarlet Spidera i Namora. Ich przeciwnikami – oprócz wspomnianej królowej złodziei – okażą się żądny władzy megaloman i uwięziony piekielny książę. Mimo całego tego natłoku postaci i realiów diametralnie odmiennych od znanej sobie Ery Hyboryjskiej Conan odnajduje się w nich zaskakująco dobrze – w końcu kobiety mogą ubierać się inaczej, ale w głębi serca są takie same jak przed mileniami, czarownikom nieodmiennie nie można ufać, i tylko zamiast normalnego złota za skarby uchodzą dziwne zielone papierki.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Brzmi to pewnie niezbyt zachęcająco i – prawdę powiedziawszy – mimo sentymentu, jaki żywię wobec postaci Conana i pulpowego dziedzictwa, z którego się wywodzi, nie mogę nie dostrzec fabularnych płycizn (by nie powiedzieć – mielizn) na które wpuszcza czytelników Saladin Ahmed. Oczywiście z miejsca można zakładać, że mocarny barbarzyńca finalnie zatryumfuje nad słabeuszami zepsutymi przez dekadencką cywilizację, ale sposób w jaki tego dokonuje, skutecznie niweczy jakiekolwiek poczucie wiarygodności, nawet jeśli wziąć poprawkę na pulpowo-komiksową konwencję. Półnagi bohater z mieczem kładący pokotem przeciwników wyposażonych w broń palną, i to bez jednego draśnięcia, samą siłą woli zrzucający ciążącą na nim klątwę i niszczący przeklęty przedmiot – trudno nie odnieść wrażenia, że scenarzysta zwyczajnie nie miał pomysłu na rozwiązanie niektórych sytuacji i w efekcie szedł nawet nie po linii najmniejszego oporu, ale zwyczajnie na skróty. Po laureacie nagrody Eisnera, nominowanym do Hugo i Nebuli zdecydowanie oczekiwałbym więcej.

Nie zawodzi za to graficzna strona albumu, choć i w jej przypadku trudno też o szczególne zachwyty – jest co najwyżej poprawnie. Postacie rysowane są dynamicznie, ich anatomia nie przekracza granic wiarygodności (co w komiksach o umięśnionym barbarzyńcy nie zawsze jest standardem, jak choćby w finale albumu Tygiel). Można narzekać na schematyczne przedstawienie sylwetek w niektórych kadrach albo brak praktycznie jakiegokolwiek tła w innych, ale nie ma się co czarować – podobnie jak nie ma w tym albumie co szukać szekspirowskiej fabuły, tak samo próżno liczyć na ilustracje zapierające dech w piersiach.

Na wzmianki o Wężowej Koronie po raz pierwszy natknąłem się w zbiorczym tomie z historiami o przygodach Punishera, Kingpin rządzi. Zeszyt będący niczym więcej jak tylko wtrętem nijak nie związanym z innymi fragmentami albumu nie wzbudził mojego szczególnego zainteresowania – jego fabuła kontynuowana w komiksach z innych serii mogła rozwijać się lepiej lub gorzej, ale ciężko stwierdzić, czy finalnie w jakikolwiek sposób łączyła się ona z tą, którą dostajemy w recenzowanym tomie, dlatego znajomość tamtej nowelki nie jest potrzebna do jego lektury.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Bitwa o Wężową Koronę, pomimo wszystkich swoich mankamentów, pozostaje jednak kawałkiem solidnej rozrywki – można sięgnąć po nią, jeśli chcemy miło spędzić wieczór przy niezbyt absorbującej lekturze, która najpewniej uleci z naszej pamięci wkrótce po odłożeniu albumu.

 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie albumu do recenzji.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
6.0
Ocena recenzenta
6
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Conan: Bitwa o Wężową Koronę
Scenariusz: Saladin Ahmed
Rysunki: Luke Ross
Tusz: Luke Ross
Kolory: Nolan Woodard
Wydawca: Egmont
Data wydania: 6 grudnia 2023
Kraj wydania: Polska
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Liczba stron: 120
Format: 167mmx255mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 9788328167223
Cena: 49,99 zł
Tytuł oryginalny: Conan: Battle for the Serpent Crown
Wydawca oryginału: Marvel
Kraj wydania oryginału: USA



Czytaj również

Kapitan Ameryka #6: Odrodzenie
Jak wygląda piekło Kapitana Ameryki?
- recenzja
Kapitan Ameryka#5: Człowiek bez twarzy
Kapitan Ameryka dalej bez szału
- recenzja
Jenny Finn
Zbrodnia i kara według Mignoli
- recenzja
Lucky Luke #27: Dwudziesty pułk kawalerii
Dyplomata Luke
- recenzja
Dungeons & Dragons: Zło u Wrót Baldura
Nie ma jak w domu
- recenzja
Tykko z pustyni
Taki sobie spin off
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.