» Recenzje » Conan Barbarzyńca: Tygiel

Conan Barbarzyńca: Tygiel


wersja do druku
Conan Barbarzyńca: Tygiel
W swym długim życiu Conan miał niezliczone mrowie przygód – niektóre na zawsze go odmieniły, inne wpłynęły na topografię miast bądź wręcz zmieniały granice całych królestw, kolejne były jedynie nic nie znaczącymi epizodami, zaledwie drobnymi kroczkami na drodze do przyszłej chwały króla Akwilonii.

Podobnie wśród komiksowych historii z udziałem czarnowłosego barbarzyńcy znajdziemy zeszyty i albumy zapadające w pamięć, stanowiące punkt odniesienia przy ocenianiu innych publikacji, jak i takie, które ulatują z pamięci zaraz po zakończeniu lektury.

Dzięki wydawnictwu Egmont polscy czytelnicy mogą cieszyć się zarówno obszernymi tomami, które ukazują przekrojowo karierę Cymeryjczyka od skromnych początków do osiągnięcia statusu legendy (można tu, oprócz kolejnych części zbiorczego wydania zeszytów sygnowanych logo Dark Horse, wspomnieć choćby Życie i śmierć Conana), jak i mniejsze objętościowo pozycje czy antologie w rodzaju Exodusu oraz samodzielne opowieści, jak Kult Kogi Thuna. Nie rozmiar i grubość poszczególnych albumów decydują jednak o ich jakości, a nawet w tym samym tomie możemy niejednokrotnie znaleźć prace bardzo dobre obok zaledwie średnich lub zwyczajnie kiepskich.

Dlatego sięgając po najnowszy album o przygodach barbarzyńcy, zatytułowany Conan Barbarzyńca: Tygiel, nie miałem wobec niego sprecyzowanych oczekiwań – na 144 stronach mogła kryć się wciągająca, fascynująca opowieść, jak i sztampowe czytadło. Tym bardziej, że odpowiedzialny za fabułę albumu Jim Zub jak dotąd był mi znany jedynie jako jeden ze współscenarzystów Conana Hazardzisty, który to tom trudno uznać za szczególnie udaną pozycję.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Historia opowiedziana na łamach niniejszego albumu nie zachwyca otwarciem – Conan bawiący w niewielkim mieście na północy Vendhyi zostaje skłoniony do wzięcia udziału w lokalnych zawodach, mierząc swą krzepę z innymi osiłkami. Rzecz jasna, konkurenci nie mają z nim szans, jednak dopiero poniewczasie przybysz z północy dowiaduje się, że nagrodą za zwycięstwo jest nie tylko tytuł czempiona ludu, ale także zaszczyt przymusowego uczestnictwa w świętym turnieju zwanym Tyglem, którego uczestnicy muszą przemierzyć podziemia najeżone pułapkami i zamieszkiwane przez krwiożercze monstra, a wszystko to ku chwale bóstwa noszącego wdzięczne miano Mnogiej Śmierci.

Oczywiście nie jest jedynym uczestnikiem turnieju, a razem z nim w podziemiach lądują też przybysze z odległych i bliższych stron, choć nie wszyscy finalnie okazują się do końca lojalni wobec towarzyszy – na końcu dostajemy zresztą aż dwa twisty, w tym jeden naprawdę ciekawy i zaskakujący. Nim jednak do nich dojdziemy, czeka nas dość standardowy dungeon crawl, w którym znalazły się wszelkie elementy, jakich odbiorca mógłby oczekiwać. Nie ma specjalnego sensu zastanawianie się nad wiarygodnością (czy tym bardziej realizmem) lochu i jego poszczególnych elementów – to konwencja znana doskonale z erpegów, tak klasycznych, jak i komputerowych, w której liczy się taktyczna sprawność i pokonywanie wyzwań, a nie to, czy konkretnie podziemia lub ich poszczególne części składowe mają rację bytu.

Historia związana z samym turniejem zajmuje nieco ponad połowę albumu, jego pozostałą część stanowi Klątwa Nocnej Gwiazdy, której fabuła zabiera Conana jeszcze dalej na wschód, na ziemie tajemnicze i fascynujące, choć ich mieszkańcy i ich zwyczaje są Cymeryjczykowi zupełnie obce.

Ta część komiksu trudniej poddaje się ocenie – sam barbarzyńcanie może być pewien, czy to, co widzi w czasie swej wędrówki, dzieje się naprawdę, czy jest tylko ułudą, na ile faktycznie sam kieruje swymi poczynaniami, a na ile jest tylko bezwolną marionetką w cudzych rękach. Sprawia to, że trudno utożsamić się z bohaterem, ciężko mu kibicować – na szczęście finał daje nadzieję, że w kolejnym tomie sytuacja zmieni się nieco bardziej przewidywalną, choć trudno powiedzieć, by okoliczności, w jakich zostawiamy Conana, szczególnie mu sprzyjały.

O ile fabularny rozziew pomiędzy dość standardowym dungeon crawlem w pierwszej części albumu a zaskakującą narracyjnie wędrówką w drugiej można przyjąć pozytywnie, jako przyjemne urozmaicenie, o tyle trudno już pochwalić zupełnie odmienne style graficzne rysowników odpowiedzialnych za zilustrowanie poszczególnych zeszytów składających się na zawartość tego albumu. Większą ich część stworzył Roge Antonio – charakterystyczna kreska artysty znanego z prac dla Marvela (X-Men: Czerwoni) i DC (Batman: Noc Ludzi Potworów) dobrze pasuje do brutalnego, pulpowego fantasy spod znaku magii i miecza i mam nadzieję, że zobaczymy jeszcze inne albumy o Conanie, które wyszły spod jego ręki. Dalej pałeczkę przejmuje Robert Gillp; jego styl doskonale pozwala oddać nierzeczywisty klimat, w którym majaki i widziadła mieszają się z rzeczywistością otaczającą bohatera. W finale za stronę graficzną odpowiada Luca Pizzari, i – niestety – mamy w nim do czynienia z tak drastycznym spadkiem jakości, że aż trudno uwierzyć, że oglądamy prace profesjonalnego rysownika. O ile pokraczne wizerunki potworów można przyjąć bez mrugnięcia okiem, o tyle karykaturalna mimika bohaterów czy nieproporcjonalne sylwetki ludzi jawnie kpiące sobie z anatomii trudno już potraktować z podobną pobłażliwością – zwłaszcza gdy dostajemy je bez jakiegokolwiek otoczenia, na jednolicie białym tle, przywodzą na myśl raczej amatorskie prace z zeszytu gimnazjalisty.

Choć generalnie jako całość Tygiel nie wykracza poza stany średnie, to z powodzeniem może zapewnić nieco przyjemnej niezobowiązującej rozrywki. Dla części odbiorców plusem mogą być też zamykające tom materiały dodatkowe. Galeria alternatywnych okładek to standard, ale oprócz niej znajdziemy też krótki słowniczek wybranych zwrotów w języku mieszkańców regionu, w którym rozgrywa się akcja komiksu. Samodzielne tłumaczenie ich wypowiedzi niezrozumiałych dla głównego bohatera może być ciekawym urozmaiceniem lektury.

Choć pośród komiksowych historii o przygodach Conana bez trudu znajdziemy pozycje zdecydowanie bardziej godne polecenia, to sądzę, że mimo swoich minusów Tygiel może zainteresować nie tylko najbardziej zadeklarowanych wielbicieli czarnowłosego barbarzyńcy.

 

Tygiel okiem erpegowcaPierwsza część albumu to właściwie gotowy przepis na erpegowy scenariusz, nawet niekoniecznie osadzony w realiach Ery Hyboryjskiej. Grupa obcych sobie postaci zmuszona do współpracy by przetrwać we wrogim środowisku to patent praktycznie od zawsze wykorzystywany w grach fabularnych, znany także z innych popularnych mediów. Nawet fakt, że jeden z bohaterów mógłby być zdrajcą działającym przeciwko drużynie, nie musiałby stanowić problemu, jeżeli potraktować Tygiel nie jako część kampanii, a kanwę jednostrzału, na przykład sesji konwentowej.

Druga część albumu dużo słabiej nadawałaby się do zaadaptowania na potrzeby erpegowej sesji – po pierwsze, Klątwa Nocnej Gwiazdy dotyczy pojedynczego bohatera, a po drugie – ma on ograniczoną moc decyzyjną, jego działania są kontrolowane przez zewnętrzną siłę.

 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie albumu do recenzji.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
5.0
Ocena recenzenta



Czytaj również

Lucky Luke #74: Lucky Luke kontra Pinkerton
O lepszą sprawiedliwość!
- recenzja
Kanibale Nowego Jorku
Z gułagu na salony
- recenzja
Yans (wyd. zbiorcze - II edycja) #3
Smutny koniec serii
- recenzja
Lucky Luke. Kid Lucky #02: Niebezpieczne lasso
Zaskakujący Kid Lucky
- recenzja
Kajko i Kokosz – Złota Kolekcja. Tom 3
W wojach Mirmiła nadzieja
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.