» Recenzje » Bloodshot. Odrodzenie (wyd. zbiorcze) #1: Kolorado

Bloodshot. Odrodzenie (wyd. zbiorcze) #1: Kolorado


wersja do druku

Rozdarty człowiek w rozdartym scenariuszu

Autor: Redakcja: Daga 'Tiszka' Brzozowska

Bloodshot. Odrodzenie (wyd. zbiorcze) #1: Kolorado
Życie emerytowanego herosa nie należy do łatwych. Podczas gdy zwykli śmiertelnicy zajmują się przyziemnymi sprawami, Bloodshota codziennie dręczą wspomnienia z mrocznej przeszłości. Prawdziwe problemy zaczynają się wówczas, gdy przeszłość dogania teraźniejszość. Wówczas raz jeszcze trzeba stawić czoła swojemu przeznaczeniu.

Seria Bloodshot ma już wieloletnią historię. Ray Garrison, były żołnierz zmodyfikowany przez miliony mikroskopijnych maszyn zwanych nanitami, na kartach komiksu zadebiutował w roku 1993. Później niezniszczalny wojownik na wiele lat zniknął, jednakże w roku 2012 został przypomniany fanom, jak i zaprezentowany czytelnikom, którzy dotychczas nie mieli z nim styczności. Bezpośrednim efektem udanego powrotu stał się cykl Bloodshot Reborn, który trafił na amerykańskie półki księgarskie w roku 2015. Warto zaznaczyć, że scenariusz napisał Jeff Lemire, dobrze już znany polskich czytelnikom z niezłych serii Descender czy Czarny Młot. Obecnie zaś, dzięki staraniom debiutującej na polskim rynku oficyny KBOOM, Polacy mogą zapoznać się z dalszymi losami Raya Garrisona. Jeszcze tytułem ciekawostki: na rok 2020 przewidziana jest kinowa ekranizacja komiksu, zaś do tytułowej roli zaangażowany został Vin Diesel.

Siłą komiksu jest sam protagonista. Oczywiście, na kartach nie brakuje mordobicia, w końcu Bloodshoot jest byłym komandosem, nie poetą. To jednak pozory, czy raczej epizody; kluczowy akcent położony został na samym bohaterze. Ray Garrison, znany jako Bloodshot, już od pierwszych stron targany jest wewnętrznymi rozterkami, budzą się w nim demony przeszłości, świadomość popełnionych czynów nie daje spokoju, podobnie zresztą jak obawy odnośnie tego, czym może stać się w przypadku ponownego przyjęcia nanitów.

Jakby mało było kłopotów, Bloodshoot cierpi na omamy, rozmawiając na jawie ze swoją nieżyjącą ukochaną, Kay, oraz swoistym "aniołem stróżem" – chociaż to raczej "diabeł stróż" – noszącym wdzięczne imię Bloodsquirt. I to jest jeden z najmocniejszych punktów programu: targany rozterkami, żyjący pośród przywidzeń, rozdzierany obawami o przyszłość oraz nieznający przeszłości, główny bohater niesie na swoich barkach cały komiks. I robi to udanie.

Niestety nie wszystko wyszło Lemirowi równie dobrze. Piętą achillesową Bloodshota są: miejscami infantylny scenariusz oraz zadziwiające pomysły. Można wyobrazić sobie niemalże niezabijalnego superherosa na sterydach, ale tym razem fantazja scenarzysty przekroczyła Rubikon. Mimo wręcz magicznego działania nanitów, błyskawiczna rekonstrukcja niemalże całkowicie odstrzelonej głowy to pomysł dość kuriozalny, przeciwskuteczny jeśli chodzi o odbiór treści. W rezultacie, zamiast budowania dramaturgii i klimatu, do głosu dochodzi irytacja czytelnika.

Sytuację pogarsza fakt braku równie zbawiennego wpływu nanitów na przeciwników Bloodshota. Tymczasowo pozbawiony wsparcia z ich strony, główny bohater leje adwersarzy, ile sił, a ci po prostu giną zwracając tym samym nanity dawnemu właścicielowi. Co więcej, pechowcy sprawiają wrażenie zarażonych nanitami drogą kropelkową, co z kolei rodzi pytania o sposób ich usunięcia z ciała Raya. Owszem, po części wynika to z trwałego powiązania Bloodshota z tymi mikroskopijnymi konstruktami, to jednak nie usprawiedliwia tego, że Lemire regularnie chadza na skróty, niektóre pomysły łącząc na przysłowiowe "druty".

Pewnym zadośćuczynieniem jest oprawa artystyczna, autorstwa pochodzącego z Filipin Mico Suayana. Rysownik, zgodnie z konwencją właściwą dla amerykańskich komiksów, nie szczędzi tuszu, jednakże nie to koncentruje wzrok czytelnika. Kluczowe znaczenie mają bardzo szczegółowe kadry, świetnie oddające emocje targane Rayem, oraz podkreślające dynamikę scen walki. Wiele kadrów skąpanych jest w ciemnych tonach, świetnie pasujących do stanu psychicznego głównego bohatera. Pewną przeciwwagą jest kreska Raula Allena, grafika krótkiego opowiadania z Bloodsquirtem w roli głównej. Allen poszedł z w zupełnie inną technikę, bardziej malując niż rysując, nie unikając przy tym pasteli.

Elementem komiksu, do którego absolutnie nie można mieć zastrzeżeń, to kwestia edytorska. KBOOM zadbało o jakość papieru oraz odpowiednie nasycenie kolorami. Publikacja zawiera również materiały dodatkowe w postaci szkiców, okładek oraz krótkiego ich omówienia. Niezależnie od kwestii treści – co rzecz jasna w dużej mierze jest kwestią gustu – trzeba przyznać, że publikacji nie powstydziliby się najwięksi krajowi potentaci i bardzo dobrze wróży niewielkiej oficynie z Kartuz.

A samo Bloodshot: Odrodzenie? Pierwszy tom dostarczył bardzo ambiwalentne odczucia: świetnie wykreowany bohater musi sobie radzić nie tylko z przeszłością i przeznaczeniem, ale i słabym scenariuszem, chociaż opakowanym w bardzo atrakcyjną oprawę graficzną. Prawdę mówiąc, dopiero kolejne tomy może zapewnią lepszą możliwość oceny cyklu. Jeśli Lemire wyprowadzi przygody na prostą i nie będzie serwować głupotek, wówczas będzie naprawdę w porządku. Cóż, trzeba poczekać.

Dziękujemy wydawnictwu KBOOM za przekazanie komiksu do recenzji.

Galeria


6.5
Ocena recenzenta
6.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Bloodshot. Odrodzenie #1: Kolorado
Scenariusz: Jeff Lemire
Rysunki: Mico Suayan
Seria: Bloodshot, Odrodzenie, Bloodshot. Odrodzenie
Wydawca: KBOOM
Data wydania: 16 listopada 2018
Kraj wydania: Polska
Tłumaczenie: Adam Rzatkowski
Liczba stron: 140
Format: 170x260 mm
Oprawa: miękka
Papier: kredowy
Druk: kolorowy
ISBN: 9788395172113
Cena: 49,00 zł
Wydawca oryginału: Valiant



Czytaj również

Klaus
Zabawki i wilki
- recenzja
Waleczni
Valiant nadchodzi
- recenzja
Sherlock Frankenstein i Legion Zła (wyd. zbiorcze)
Pół żartem, pół serio
- recenzja
Odrodzenie (wydanie zbiorcze) #3: Odległe miejsce
Ze śmiercią jej do twarzy
- recenzja
Descender #1: Blaszane Gwiazdy
Klasyczna space opera
- recenzja
Odrodzenie (wydanie zbiorcze) #2: Życie ma sens
Śmierć to dopiero początek
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.