» Relacje » Blok komiksowy na wrocławskich Dniach Fantastyki 2014

Blok komiksowy na wrocławskich Dniach Fantastyki 2014


wersja do druku

Komiks na pałacowych salonach

Autor: Redakcja: Kuba Jankowski

Blok komiksowy na wrocławskich Dniach Fantastyki 2014
Obowiązkowi uczestnicy festiwali o profilu komiksowym stanęli w tym roku w niezręcznym rozkroku. W związku z tym, że w dniach 27–29 czerwca odbywały się równolegle dwie poniekąd konkurencyjne imprezy na dwóch krańcach Polski, musieli oni dokonać niełatwego wyboru. Tymczasem organizatorzy Bałtyckiego Festiwalu Komiksu w Gdańsku oraz X Dni Fantastyki we Wrocławiu od dłuższego czasu systematycznie licytowali się na atrakcje programowe, zaproszonych gości i domniemaną atmosferę przedsięwzięcia. Polterowym wysłannikom udało się dotrzeć i na północ, i na południe. 

Trudy podejmowania wyborów

Bałtycki Festiwal Komiksu od początku swojego istnienia należał do najważniejszych imprez komiksowych w kraju, balansując gdzieś pomiędzy ogromnymi przedsięwzięciami z długoletnią tradycją (jakimi może pochwalić się Warszawa czy Łódź) a pojawiającymi się coraz częściej kameralnymi eventami (jakie mają miejsce w Bydgoszczy czy Lublinie). Nie inaczej nadmorski festiwal zapowiadał się w tym roku, a awizowane spotkania z Romanem Surżenko i Igorem Baranko stanowiły mocne argumenty na "tak" za wyprawą do Gdańska. Natomiast na wrocławskich Dniach Fantastyki, które przecież z założenia są typowym konwentem fantastyki, odpowiedzialnej za blok komiksowy Agnieszce Jamroszczak (m.in. Komiksofon) po raz kolejny udało się - dzięki znakomitym gościom z Polski i zagranicy - zbudować okazały program komiksowy rozciągnięty na całe trzy dni.

Rzuciłem monetą i oberwałem listki z akacjowej gałązki, zagrałem w papier – kamień – nożyce i w marynarza, pociągnąłem różnej długości słomki i pozwoliłem dokonać wyboru kotu. W wyniku tych czynności stolica Województwa Dolnośląskiego nieznacznie wzięła górę nad stolicą Województwa Pomorskiego. Dlatego też ostatni czerwcowy weekend spędziłem we Wrocławiu, jednocześnie puszczając w chwilowe zapomnienie Gdańsk. Z perspektywy czasu wiem doskonale, że trudno nie uznać wrocławskiego weekendu za najlepiej spędzony czas. Ale i jednocześnie zdaję sobie sprawę, że trochę jednak żal morskiej bryzy na twarzy w czasie spaceru gdańska plażą. Pozostaje jednak mieć nadzieję, że tegoroczna sytuacja okaże się nie mieć precedensu, a w następnym roku organizatorzy z północy wezmą pod uwagę poczynania swoich kolegów z południa. I odwrotnie.

Piątkowe zamieszanie

Jak przystało na porządnego psychofana sagi Michaela Baya o kosmicznych bojach toczonych między Autobotami a Decepticonami, uparłem się na premierowy seans czwartej odsłony serii Transformers zatytułowanej Wiek Zagłady, który w lokalnym kinie wyświetlany był z czwartku na piątek minutę po północy, a którego emisja zakończyła się kilka minut przed trzecią w nocy. Wtedy też okazało się, że niekoniecznie było warto się tak poświęcać (transformersowa trylogia od początku zjeżdżała po równi pochyłej, a po reboocie z pełnym impetem rozbiła się o muskulaturę Marka Wahlberga), ale konsekwencje trzeba było ponieść. Efekt nocnego przesiadywania w kinowej sali był podwójny: podczas seansu zdarzało mi się przymknąć oko, a do porannego autobusu i tak wsiadłem na wpół przytomny. Nic więc dziwnego, że pierwszy dzień we Wrocławiu jawił mi się później jako strumień świadomości zbudowany z przypadkowo ułożonych obrazków i wyrwanych z kontekstu zdań.

Szereg fatalnych niedogodności i ciąg przesympatycznych dogodności w czasie długiej podróży sprawił, że ominęło mnie spotkanie poświęcone Kaczorowi Donaldowi (nad czym nie ubolewałem wcale), prezentacja o steampunku w komiksie amerykańskim (nad czym nie ubolewałem niemal wcale), wykład poświęcony postaci Batmana (nad czym ubolewałem trochę) oraz warsztaty komiksowe Bartosza Słomki (nad czym ubolewałem bardzo, bo w pamięci tkwiły mi teoretyczno-praktyczne zajęcia Termosa, w których miałem przyjemność uczestniczyć podczas styczniowych Złotych Kurczaków). Trudno.

Do malowniczo położonego w krajobrazowym Parku Leśnickim barokowego pałacu przebudowanego z dawnego zamku piastowskiego dotarłem dopiero przed godziną 18:00, czyli dokładnie wtedy, kiedy Wojciech Birek z autentyczną pasją dzielił się swoją bezgraniczną wiedzą na temat dziesięciu ulubionych serii komiksowych z Portugalii, Hiszpanii, Francji i Stanów Zjednoczonych. Po tym pouczającym spotkaniu Szymon Holcman zaprezentował kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt tytułów, które znajdują się w orbicie wydawniczych zainteresowań Kultury Gniewu. Wystąpienie to okazało się być bezsprzecznie najmocniejszym punktem tego wieczora. Poza tym, że wydawca pokazał wiele znakomicie zapowiadających się i mocno intrygujących komiksów, to dodatkowo każdy z tych tytułów opatrzył krótkim uzasadnieniem, dlaczego nie ma on najmniejszych szans, aby w najbliższym czasie ukazać się na polskim rynku pod szyldem z literkami "K" i "G". Szymon Holcman wyjaśnił również, dlaczego nigdy nie zadaje sobie trudu pytania czytelników o ich komiksowe pragnienia, oraz jasno zakreślił swoją rolę jako wydawcy, który wprowadza na polski rynek, takie komiksy, które on – wraz z Jarkiem Składankiem i Pawłem Tarasiewiczem – chciałby pokazać polskiemu czytelnikowi charakteryzującemu się częstokroć dość wąskim horyzontem zainteresowań i mocno ograniczonymi preferencjami komiksowymi.

Jeszcze tego samego wieczora odbył się konkurs wiedzy o komiksie Tequila Łukasza Śmigla i Katarzyny Babis, Rafał Wójcik przybliżył funkcjonowanie komiksowego księgozbioru Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu, a Michał Słomka opowiedział krótko o stereotypach dotyczących różnych narodowości – z naciskiem na Polaków – w czechosłowackim i czeskim komiksie. Późna pora sprzyjała niezobowiązującym dysputom okołokomiksowym przy oszronionym kuflu czeskiego piwa, ale równocześnie zmęczenie brało górę nad towarzyskimi pogawędkami, stąd komiksowa brać sukcesywnie udawała się do hotelowych pokoi. Tę noc miałem okazję spędzić w rodzinnym domu mojego redakcyjnego kolegi, a wspominam o tym tylko dlatego, żeby oficjalnie podziękować jemu za gościnę, a jego mamie za przepyszne placki ziemniaczane wieczorem i świeże bułeczki z wędliną i pomidorem rano.

Sobotnie obowiązki

Pierwsze, na co natknąłem się drugiego dnia festiwalu po przybyciu na miejsce, to nieogarniony tłok. Frekwencja na Dniach Fantastyki przeszła najśmielsze oczekiwania organizatorów, bowiem w Centrum Kultury Zamek w Leśnicy pojawiło się ponad 2300 osób. Obecność konwentowiczów była widoczna nie tylko w bezpośrednim otoczeniu leśnickiego pałacu, ale i w całej podwrocławskiej miejscowości, która z czasem została wchłonięta przez poszerzające swoje granice miasto, a tym samym przerodziła się w jedno z wrocławskich osiedli. Miejscowi mieszkańcy dziwili się wielce przechadzającym się parkowymi zaułkami androidom i gandalfom, a wieczorem podpici "lokalsi" postanowili nawet sprawdzić siłę gołych pięści w bezpośrednim starciu z uzbrojonymi w miecze i topory rycerzami, co oczywiście nie skończyło się dla odzianych w sportowe uniformy śmiałków najlepiej, a samo zdarzenie – biorąc pod uwagę okoliczności – nabrało wymiaru archetypowego zwycięstwa dobra nad złem. Sam pieniądze wypłacałem z bankomatu osaczonego przez grupę roztargnionych elfów i dwie nastolatki przebrane za dziewczęce postaci z mangi, której tytułu nie znam, w pobliskim sklepie napój i batonik kupowałem stojąc pomiędzy ponętną czarodziejką a brodatym magiem, zaś w pizzerii przy stoliku obok siedział postapokaliptyczny renegat i steampunkowy dżentelmen. Piękny folklor, tak uroczo typowy dla wszystkich przedsięwzięć o profilu fantastycznym. Oczywiście w tym kolorowym tłumie znaleźli się również najnormalniejsi w świecie komiksiarze.

Drugiego dnia imprezy swoją premierę miała druga część komiksowej antologii Qrczango Bizzaro World od wydawnictwa Bazgrolle. Albumik z limitowaną okładką stworzoną przez Roberta Sienickiego zawierający prace nadesłane na spontaniczny konkurs kurczakowy i komiksy najciekawszych młodych twórców polskiego podziemia był na mojej liście obowiązkowych zakupów, ale zanim zebrałem się do jej realizacji, nakład komiksu się wyczerpał, a stoisko wydawnictwa zniknęło ze strefy handlowej. Na otarcie moich rzewnych łez Marek Turek przybliżył mechanizmy rządzące komiksowym medium i ich ewolucję na przestrzeni dziesięcioleci, zaś Daniel Gizicki opowiedział o dialogach oraz ich rodzajach i funkcjach w komiksie. Znamiennym był fakt, że obaj prelegenci oparli swoje teoretyczne rozważania na przykładach autorstwa Paula Pope’a, jako niedoścignionych na wielu płaszczyznach wzorach godnych naśladowania.

Pierwszym z jaśniejszych momentów tego dnia było spotkanie autorskie z Pawłem Piechnikiem i Bartoszem Sztyborem prowadzone przez Artura Wabika. Punktem wyjścia dla tej dyskusji był edukacyjny komiks Wyprawa – W poszukiwaniu tajemnicy rozwoju Polski Wschodniej traktujący - jak wskazuje tytuł - o kierunkach rozwoju ściany wschodniej. Temat siłą rzeczy szybko się wyczerpał, a rozmowa zeszła na inne – nota bene znacznie ciekawsze – zagadnienia. Paweł Piechnik opowiedział o swojej twórczości związanej z malowaniem murali w mieszkaniach znajomych, dzięki czemu szybko znalazł wspólny język z prowadzącym spotkanie Arturem Wabikiem. Zaś Bartosz Sztybor uchylił rąbka tajemnicy dotyczącej jego nowego projektu komiksowego realizowanego wspólnie z autorem rysunków do jego debiutanckiego komiksu Szanowny – Wojciechem Stefańcem. Komiks będzie traktował o drażliwym temacie alkoholizmu, a scenarzysta zapewniał, że do napisania tego skryptu nie zainspirowała go książka Jerzego Pilcha Pod mocnym aniołem ani jej kinowa ekranizacja w wykonaniu Wojciecha Smarzowskiego, ale jego własne życie i osobiste doświadczenia.

Chwilę później Marcin Łuczak przepytał członków studio Sound Tropez o szczegóły pracy nad ich kolejnymi słuchowiskami opartymi o popularne i poczytne komiksy. Poza zdobyciem standardowych informacji dotyczących tego, co już zostało zrobione (Thorgal, Conan, Żywe Trupy), oraz tego, co znajduje się w planach na najbliższą przyszłość (kolejny Thorgal, kolejne Żywe Trupy oraz zupełnie nowy Funky Koval), w czasie spotkania można było przekonać się, jak wielkim wyzwaniem jest udźwiękowienie komiksowych kadrów, i jak trudno pochłonąć przeciętnego czytelnika komiksów dźwiękiem. Producent Michał Szolc i realizator Ramez Nayyar okazali się być ludźmi otwartymi na nieszablonowe rozwiązania i niezwykle kreatywnymi, choćby z tego względu, że realizację dźwięku porównywali go gotowania. I nie ma w tym niczego dziwnego, skoro odgłosów rozrywanego ciała poszukali w odgłosie wydawanym przez miażdżone truskawki, zaś odgłos łamanych kości odnaleźli w odgłosie wydobywającym się z przełamywanych porów.

Bardzo istotnym punktem sobotniego programu okazał się panel krytyków komiksowych. I chociaż gośćmi Artura Wabika byli Wojciech Birek i Sebastian Frąckiewicz, to rozmowa – przez wzgląd na fakt, że spotkaniu przysłuchiwało się jeszcze kilka osób amatorsko lub profesjonalnie parających się popularyzacją, publicystyką i krytyką komiksową – szybko przeistoczyła się w swobodną wymianę poglądów na temat tego, co pisać, gdzie pisać i jak pisać, czy pisać tylko o dobrych komiksach, czy poruszać również temat słabych komiksów, oraz czym się różni pisanie tekstów na internetowych blogach od pracy w profesjonalnej lub półprofesjonalnej redakcji. Dyskusja była o tyle ważna, że stanowiła powiew świeżości i przyniosła zupełnie nową jakość. Wszak była ona chyba pierwszym od bardzo długiego czasu panelem krytyków, publicystów i dziennikarzy komiksowych, jaki został zorganizowany na festiwalu komiksowym, podczas gdy niewiele wnoszące panele wydawców odbywają się obligatoryjnie w każdym miejscu na komiksowej mapie Polski.

Następnie Marzena Sowa opowiedziała o sytuacji na belgijskim rynku komiksów niezależnych, a każdy przykład podpierała prezentacją różnorodnych zinów i mniejszych lub większych albumów komiksowych wydawanych w Belgii własnym sumptem ich autorów. Później Artur Wabik przepytał autorów komiksu Gilles McCabe – Daniela Gizickiego i Barbarę Okrasę – o ich inspiracje i metody pracy nad tym wydawnictwem. Okazało się, że scenarzysta nie przeczytał Prosto z Piekła Alana Moore’a i Eddiego Campbella ani nie zobaczył filmu z Johnnym Deppem zrealizowanego swobodnie na jego kanwie, zaś cały skrypt oparł o wzmianki na temat Kuby Rozpruwacza, jakie ukazały się w czasie jego działania w polskiej prasie, zaś rysowniczka mocno inspirowała się grafikami Yojiego Shinkawy stworzonymi na potrzeby gry Metal Gear Solid.

Problematyczna okazała się godzina 20:00, kiedy to w sali komiksowej Artur Wabik rozmawiał z Przemysławem Truścińskim o całokształcie jego twórczości przez pryzmat monograficznego albumu Trust wydanego nakładem Timof Comics, zaś w auli po drugiej stronie korytarza Sebastian Frąckiewicz prowadził spotkanie z Marzeną Sową i Krzysztofem Gawronkiewiczem na temat ich wspólnego projektu o powstaniu warszawskim. Przemysław Truściński uświadamiał swoich słuchaczy, że artysta powinien mieć świadomość wartości, którą stworzył, a jednocześnie przyznał, że sam nie wie, w jaki sposób powstało wiele z tych znakomitych prac, które złożyły się na liczący ponad trzysta pięćdziesiąt stron album. Zaś Marzena Sowa i Krzysztof Gawronkiewicz opowiadali o swoich stosunkach z sąsiadkami z powstańczej kamienicy, które przeżyły powstanie 1944, oraz prezentowali wydruki przykładowych plansz ich tworzonego od sześciu lat komiksu. Ponieważ bezustannie migrowałem między jednym a drugim spotkaniem, oba zarejestrowałem tylko w wyrwanych z kontekstów fragmentach, a ostatecznie na żadnym z nich nie byłem. Czyli analogicznie jak w tym wierszyku o osiołku, któremu w dwa żłoby dano owies i siano…

Na zakończenie dnia w rozstawionym w podgrodziu leśnickiego zamku amfiteatrze zostały wręczone nagrody w konkursach rozmaitych, wśród których również znalazło się trochę miejsca dla komiksu. W jury konkursu komiksowego zasiedli Joanna Karpowicz, Wojciech Birek, Filip Wiśniowski i Krzysztof Gawronkiewicz. I choć pierwszą nagrodę w postaci kryształowego smoka i niewielkiej kwoty pieniędzy odebrał Marek Turek za komiks Miasto i para narysowany do scenariusza nieobecnego Grzegorza Janusza, to i tak show ukradła kobieta w obcisłym wdzianku, która trzymając się dwóch mniej więcej metrowych słupków stanęła na rękach i jednocześnie zrobiła szpagat w powietrzu. A wszystko to przy akompaniamencie industrialowej muzyki. Tak widowiskowo rozpoczęty sobotni wieczór, który koniec końców przeciągnął się do późnych godzin nocnych, upłynął następnie pod znakiem kameralnego afterparty w centrum Wrocławia, gdzie w knajpie Włodkowica 21 piwo było relatywnie niedrogie, ale po godzinie znanej tylko personelowi nie można było go w żaden sposób nabyć. Przynajmniej oficjalnie, bo to jedna z tych beznadziejnych sytuacji, w których trzeba umieć sobie poradzić.

Niedzielne pożegnania

Poranek i południe dnia trzeciego były czasem uciążliwego bólu głowy i wylewnych pożegnań, ale nie stanęło to na przeszkodzie wzięcia udziału w dwóch świetnych spotkaniach z Joanną Karpowicz, która opowiadała o tworzeniu komiksów, kiedy naturalnym środowiskiem twórcy jest farba i pędzle, i Markiem Turkiem, który opowiadał o tworzeniu komiksów, kiedy naturalnym środowiskiem twórcy jest zakład przemysłowy. Oboje powiedzieli o swoich dotychczasowych dokonaniach: Joanna Karpowicz o Szmince do scenariusza Jerzego Szyłaka i Pocztówkach z Białegostoku do własnych scenariuszy, a Marek Turek o komiksach Fastnachtspiel, Bajabongo i Nest, oraz o planach na najbliższą przyszłość: Joanna Karpowicz o komiksowej opowieści dotyczącej złotego wieku Hollywood zatytułowanej Anastazja do scenariusza Magdaleny Lankosz, a Marek Turek o komiksowej biografii Hansa Bellmera – pochodzącego z Katowic, ale nieznanego szerzej w Polsce, ekspresjonisty i surrealisty, uhonorowanego pośmiertnie wystawą w Centrum Pompidou.

I na tym koniec. Tramwaj na dworzec, pociąg do domu, prozaiczny powrót do codziennej szarzyzny. Był steampunk i było postapo. Odbył się zjazd fanów serialu Gra o Tron i debata na temat poezji w fantastyce. Miały miejsce praktyczne zajęcia z burleski, a nawet warsztaty poświęcone BDSM. Autografy po spotkaniach rozdawali Andrzej Sapkowski i Licia Troisi. A komiks jak zwykle został gdzieś z boku. Pominięty przez wielu uczestników konwentu, co smutne, i przemilczany przez wielu dziennikarzy i blogerów o konwencie piszących, co tragiczne. Ale był. I miał się całkiem dobrze, choć w znacznej większości we własnym sosie. Wszystko dzięki tej skromnej garstce pasjonatów. I za to jesteście kochani.

Galeria


9.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Konwent: Blok komiksowy na Dniach Fantastyki 2014
Od: 2014-06-27
Do: 2014-06-29
Miasto: Wrocław
Strona WWW: www.dnifantastyki.pl/2014/index.php...
Cena: 40 zł
Typ konwentu: komiksowy



Czytaj również

Mój kraj taki piękny. Polski komiks o polskiej rzeczywistości
Wystawa (komiksowa) jakich (zbyt) mało
- recenzja
Zeszyty Komiksowe #06-07
Dla kogo te Zeszyty?
Gilles McCabe #2
Historia mordercy
- recenzja
Powstanie #01: Za dzień, za dwa
Preludium do zagłady
- recenzja
Złote Kurczaki 2013
Bez numeru ISBN
- recenzja
Strefa Komiksu - DF Wrocław 2013
Zamek Komiksu we Wrocławiu
- recenzja

Komentarze


Edgar Allan
   
Ocena:
0
Świetna relacja! Natomiast z roku na rok... konwent zyskuje coraz większych rumieńców. To prawda, że to wciąż dosyć kameralna impreza, jednak naprawdę zróżnicowany i bogaty tematycznie program, zaowocowal frekwencyjnym rekordem wsrod fanow fantastyki. ;)

A co do piątkowego noclegu - przyjemnosc po stronie gospodarzy. :)
18-07-2014 11:32

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.