Batman i syn

Tatuś w nietoperzej masce

Autor: Jarosław 'beacon' Kopeć

Batman i syn
W przyszłym roku Batman będzie świętował swoje siedemdziesiąte urodziny. Długowieczność (zwłaszcza w skali komiksu) zawdzięcza przede wszystkim temu, że zawsze potrafił odnaleźć się na ciągle zmieniającym się rynku. Kiedy w cenie byli nieskazitelni bohaterowie, którzy ściągali słodkie kiciusie z drzew, Batman pokazywał takie właśnie oblicze. Kiedy czytelnicy chcieli bohatera z krwi i kości, który ma także swoją mroczną stronę, powrócono do zaniedbywanych wcześniej wątków z historii Nietoperza. W rezultacie okazało się, że Batman to postać niemal doskonała. Z której strony by nie rzucić na nią światła, zawsze zabłyśnie pełnym blaskiem.

Dla Granta Morrisona epizod Batman i Syn to nie pierwszy kontakt z tym herosem (pamiętamy jego Azyl Arkham, który zebrał bardzo pozytywne opinie). Tym razem zdecydował się powrócić do zapomnianego romansu Nietoperza i córki jego wroga – Ra's al Ghula – i zastanowić się: co by było, gdyby z tego związku narodziło się dziecko? I tak właśnie powstał w 2006 roku liczący cztery zeszyty epizod Batman & Son, który dwa lata później trafił do Polski w postaci pełnego albumu.

Morrison odżegnuje się od wałkowanego przez ostatnie lata Millerowskiego wizerunku Batmana jako Mrocznego Rycerza. Zwraca się raczej w kierunku opery mydlanej. Gdyby udało mu się wyjść z tego obronną ręką, scenarzyście należałby się medal za odwagę i nowatorstwo, jednak Batman i Syn to spektakularna klęska, za którą Morrison na Dzień Ojca dostanie co najwyżej paczkę dziurawych skarpet.

Fabuła tej mini-serii to rodzinny melodramat w czterech aktach (Batman, zeszyty 655-658). Początkowy portret zawadiackiego kobieciarza odchodzi w niebyt, kiedy Wayne musi zaopiekować się niesfornym synalkiem, Damianem, o którego istnieniu nie wiedział przez lata. Zamienia się w niefrasobliwego tatusia, który zabiera dzieciakowi zabawki i zamyka w pokoju, dopóki nie wymusi odpowiedniego zachowania. Na wieść o tym, że jego syn skrócił pewnego pomniejszego złoczyńcę o głowę, Batman reaguje mową pouczającą, po czym wraca do swoich codziennych zajęć. Równie obojętnie przechodzi obok zakończonego krwawo konfliktu na linii Damian – Robin. Cała historia robi się ze strony na stronę coraz bardziej płytka i niedorzeczna. Zakończenie to ostateczny cios, który każdemu obrońcy tego komiksu wytrąci z rąk ostatni oręż.

Konstrukcja postaci pozbawiona jest konsekwencji. Batman co chwilę zmienia swój stosunek do dzieciaka. Nie wiedzieć czemu, zabiera go ze sobą na spotkanie matką, chociaż wie, że Talia z pewnością nie bez powodu oddała mu Damiana pod opiekę właśnie teraz. Zapomina też, że jego syn jest niebezpiecznym młodym zabójcą. Zaś motywacja samej Talii okazuje się naiwna, a nawet głupia. Kreacja Alfreda kontrastuje z tym, czego dotychczas mogliśmy się po nim spodziewać, chociaż akurat takie odświeżenie postaci kamerdynera Wayne'a można raczej zaliczyć na plus.

Zbyt częste przeskoki pomiędzy poszczególnymi miejscami akcji sprawiają, że atmosfera komiksu zupełnie się ulatnia. Z trudem można poczuć klimat londyńskiego bankietu, na którym Wayne podrywa kolejne panny łakome na jego legendarną fortunę. Walki i sekwencje akcji tracą rytm przez nieczytelne rysunki Kuberta, który zagubił się w dążeniu do maksymalnej dynamiki ruchu. Z planszami statycznymi i kolorem graficy poradzili sobie przeciętnie. W ich wspólnej pracy nie ma nic godnego szczególnej uwagi.

Porażka Morrisona boli tym bardziej, że po takim scenarzyście można by się spodziewać czegoś więcej, niż marnej, nie poskładanej w jedną całość historyjki o nieplanowanej ciąży i tatusiowaniu w masce. Gdyby zmartwychwstały (choć na krótko) niedługo po wydarzeniach serii Batman i Syn super-złoczyńca Ra's al Ghul dowiedział się, kto umieścił jego córkę i wnuka w tak beznadziejnym komiksie, z pewnością skróciłby go o głowę.

Blog Jarosława 'beacona' Kopcia