Amerykański wampir #8

Wampiry w kosmosie

Autor: Marcin 'Karriari' Martyniuk

Amerykański wampir #8
Ameryka XX wieku i mnóstwo wampirów? Czemu nie, Scott Snyder i Rafael Albuquerque wraz z kilkoma gościnnie występującymi twórcami nie raz już udowodnili, że to niecodzienne połączenie potrafi zapewnić mocną historię. Co zaś nas czeka w tomie ósmym, którego okładkę zdobi wampir przyodziany w kombinezon radzieckiego kosmonauty?

Podobny diabłu Szary Kupiec budzi pradawną bestię, która uwolniona jest w stanie pożreć cały świat. Naprzeciw szalonym zapędom chodzącego zła stają dobrze znani z poprzednich tomów Pearl Jones, Calvin Poole oraz oczywiście najjaśniejsza gwiazda na wampirzym firmamencie – Skinner Sweet. Próby powstrzymania Szarego Kupca zawiodą ich między innymi do słynnego Obszaru 51. I nie tylko…

Trudno nie narzekać na konstrukcję fabuły najnowszego tomu – w gonitwie za efekciarstwem i swego rodzaju hollywoodzkością opowieści, Snyder zagubił takie elementy jak pogłębienie osobowości bohaterów czy pełniejsze przedstawienie świata. Elementy, które zwłaszcza w pierwszych tomach cyklu przykuwały uwagę, tym razem nie znalazły się na liście priorytetów scenarzysty. W przypadku postaci można by to jeszcze tłumaczyć faktem, iż sięgając po ósmy tom czytelnicy winni być już dobrze zaznajomieni z występującymi personami, ale już w przypadku otaczającej wampirów rzeczywistości nie ma mowy o takiej wymówce. Wydarzenia z poszczególnych tomów rozdzielają lata, a warto zaznaczyć, że nawet w tomie szóstym, czyli zbiorze opowiadań stanowiącym odskocznię od głównej linii fabularnej, mogliśmy w pełni zatopić się w ubiegłym stuleciu i poczuć przytłaczający klimat grozy, doprawiony naleciałościami z noir. Co prawda i tym razem znalazło się parę nawiązań do czasów, w których rzecz się dzieje, ale łatwo je pominąć w natłoku zdarzeń i nie da się już poczuć tej zawiesistej atmosfery. Akcja gna do przodu, naznaczona widowiskowymi kadrami i kolejnymi woltami, przystając tylko po to, by zabrać nas w następną serię przewidywalnych scen, szybko przestających oddziaływać na czytelnika. Nie tego można było oczekiwać po Amerykańskim Wampirze.

Rzeczą niezmienną jest za to poziom ilustracji Rafaela Albuquerque’a, wspieranego przez Dave’a McCaiga, który konsekwentnie wykorzystuje barwy nadające charakterystycznego sznytu. Dalej dominują sugestywne, ciemne tonacje, wampirze oczy rozświetlające mrok robią wrażenie, a na pochwałę ponownie zasługuje też mimika, świetnie odwzorowująca emocje bohaterów. Mniej jest jednak tych najmroczniejszych kadrów i flirtowania z nikłymi źródłami światła w scenografii, co jednak wynika raczej z faktu, iż Snyder nie pozostawił rysownikowi zbyt wielu pretekstów do skreślenia takowych plansz.

Czy to oznacza, że nowy album Amerykańskiego Wampira okazał się totalną klapą? Nie jest aż tak źle, to po prostu komiks, który stracił dużo ze swojej magii, zastępując ją dziesiątkami dynamicznych scen w nie mniej efektownym otoczeniu. W końcu kto by nie chciał zobaczyć wampirów w Obszarze 51 czy rakiecie kosmicznej? Gdy już zaczyna się dziać, to dzieje się na całego – wybuchy i pościgi, kolejne trupy i poświęcenie względem bliskich wypełniają większość albumu.

Narzekania biorą się przede wszystkim z wysokich oczekiwań wobec kolejnych odcinków serii. Niestety fani Wampira mogą jedynie czekać na kolejny album, niecierpliwie wyglądając powrotu Snydera na właściwe tory.