» Recenzje » inFamous 2

inFamous 2


wersja do druku

Nadprzewodnik pracy

Autor: Redakcja: Marigold

inFamous 2
Wojna między PlayStation a Xboxem jest długa, zażarta i próżno wypatrywać jej końca. Każdy widzi ją inaczej a armie fanboyów każdej ze stron twierdzą, że ich ukochana konsola jest najlepsza. Co by o tym nie mówić i po której stronie się nie opowiadać, trzeba uczciwie przyznać jedno – Sony potrafi robić gry na wyłączność. Jednym z takich tytułów jest oczywiście inFamous - można powiedzieć, że jest to jedna ze sztandarowych marek kompanii. Z uwagi na to nasuwa się pytanie: jak z tak wysoko postawioną poprzeczką poradzi sobie jego kontynuacja?


Porażająca historia

Fabuła rozpoczyna się niedługo po zakończeniu części pierwszej. Z Colem kontaktuje się niejaka Kuo, agentka federalna, która wie nadzwyczaj dużo zarówno o Keslerze, jak i Bestii. Między tą dwójką zostaje zawarte porozumienie i razem mają udać się do New Marais, aby jeszcze bardziej wzmocnić głównego bohatera przed ostatecznym starciem z jego Nemezis. Niestety do walki dochodzi tuż przed samym opuszczeniem Empire City - McGrath okazuje się za słaby i ledwo żywy ucieka, a miasto ulega zagładzie. Teraz jego jedyną szansą jest właśnie New Marais i to, co tam na niego czeka. Czasu na rekonwalescencję nie ma jednak zbyt wiele, gdyż Bestia podąża za nim.

Fabularnie inFamous 2 nie powala na kolana, nie zaskakuje niczym odkrywczym i rewolucyjnym, ale potrafi wciągnąć. Historia jest prosta, bez większych zwrotów akcji i na tyle dobrze nakreślona, że ktoś niezaznajomiony z poprzednią częścią bezproblemowa się w niej odnajdzie. Tym razem postarano się jednak o dużo bardziej spektakularne zakończenie, mające prawdziwie epicki wymiar. Nie chce nikomu psuć zabawy, więc powiem tyko tyle: naprawdę warto poznać obydwa, szczególnie to ”złe” robi wrażenie.

Skoro jestem już przy części fabularnej warto zwrócić uwagę na pomocników i przeciwników człowieka akumulatora. Pierwszych jest o wiele więcej niż poprzednio i są dużo bardziej namacalni niż tylko głos w telefonie Cole’a. Pomijając oczywiście Zeke’a, jest wśród nich agentka Kuo i jedna z najciekawszych postaci, z jaką się ostatnio zetknąłem, czyli Nix. Za stworzenie tak pokręconej, równocześnie złej, ale niedającej się nie lubić postaci scenarzystom należą się ogromne brawa. Z chęcią położyłbym łapy na jakimś DLC pokazującym jej historię. Oprócz tego przewija się tam kilka innych mniej lub bardziej ciekawych bohaterów - pod tym względem udało się ulepszyć to, z czym mieliśmy do czynienia w Empire City.


Stare zasady, nowe zabawki

Mechanika gry nie zmieniła się zbytnio w stosunku do pierwszej odsłony przygód Cole’a i jest to oczywiście wielki plus. Naszym głównym celem jest osiągnąć jak największa moc oraz stać się prawdziwym bohaterem lub postrachem New Marais. Podobnie jak wcześniej osiągamy to, dokonując karmicznych wyborów, w których opowiadamy się po dobrej lub złej stronie mocy. Bardzo fajnym pomysłem było też nagrodzenie fanów serii, gdzie w pewien sposób pozwolono kontynuować grę tą samą postacią – dzięki temu rozpoczynało się już ze zwiększonym poziomem karmy i doświadczenia, a od ilości zebranych wcześniej odłamków wybuchu otrzymywało się dodatkowe rdzenie baterii. Niby nic, a jednak cieszy. Warto też nadmienić, że wczytywanie dawnych poziomów nie odbywało się na podstawie zapisów gry, ale trofeów. Trzeba przyznać, że to dość oryginalny i pomysłowy patent.

Delikatnie zmieniono również system rozwoju postaci. Aby odblokować poszczególne moce, nie wystarczy już tylko uzyskać dostępu do odpowiednich poziomu karmy, ale również wykonać odpowiednie (znane z poprzedniej części) sztuczki, czyli na przykład pokonać x wrogów strzałem w głowę. Nie jest to może wielkie utrudnienie, ale daje poczucie, że nowe umiejętności nie przychodzą tak po prostu.

Twórcy zmodyfikowali nie tylko sposób dostępu, ale również możliwości mocy. Demon Empire City otrzymał arsenał całkowicie nowych umiejętności, które uczyniły go potężniejszym niż kiedykolwiek. Dzięki nim możemy poczuć się prawdziwie niepokonani i prawie wszechpotężni. Ma to niestety odbicie w poziomie trudności, który z i tak niezbyt wysokiego stał się prawdziwie niski. Poza słownie kilkoma momentami nie będziemy mieli najmniejszego problemu z nawet największymi ilościami wrogów.

Przeciwnicy też budzą mieszane uczucia. Choć są całkiem dobrze przemyślani, to jest ich zadziwiająco mało. Przez większość gry praktycznie będziemy mieli do czynienia z tym samym rodzajem przeciwników, dopiero pod koniec zostaną lekko urozmaiceni. Postawiono natomiast na ilość wrogów, których będziemy spotykać w jednym miejscu. Ma to ten pozytywny aspekt, że nie mamy wiele czasu na zastanawianie się nad ich monotonią i po prostu zajmujemy się eksterminacją. A teraz mała ciekawostka: jeden rodzaj mutantów pojawia się w grze tylko w pojedynczej misji, a potem nagle znika. Skąd takie marnotrawstwo przy tak ograniczonych zasobach?


To jest moje miasto!

Misje nie różnią się wiele od tych z poprzedniej części i zazwyczaj polegają na dotarciu z punktu A do punktu B i eliminowaniu napotkanych po drodze przeciwników. Od czasu do czasu będziemy musieli też kogoś śledzić, ochraniać lub odnaleźć i zabić, niekiedy zabawimy się nawet w fotografa. Podobnie jak w rodzinnym mieście Elektryczny Człowiek, wykonując misje poboczne, przejmuje kontrolę na kolejnymi terytoriami miasta, uwalniając spod jarzma tyranii jego mieszkańców. Oprócz tego szuka odłamków po wybuchu oraz skrzynek kontaktowych. Łącznie daje to naprawdę wiele dobrej i długiej zabawy.

Pozytywne natomiast jest odejście od schematu ”sam przeciw wszystkim”. McGrath w końcu ma do pomocy innych, jego moc i działania mają większy wydźwięk niż tylko to jak jest postrzegany. Oczywiście większość misji będziemy wykonywać samotnie, jednak w tych głównych będziemy wspierani przez naprawdę duże rzesze ludzi i choć główny ciężar walki spoczywa na nas, to fabularnie ma to dużo większy sens, nie wspominając o tym, że walki stają się dużo bardziej efektowne.

Niestety negatywnie odbiło się to na poziomie walki z bossami. Po pierwsze jest ich bardzo mało i są mniej wymagający niż ci z poprzedniej części. Szczególnie rozczarowuje finałowa walka po złej stronie karmy. Jest po prostu dziecinnie prosta i naprawdę trzeba się postarać, żeby przegrać. Jak widać efektowny nie zawsze znaczy efektywny.

Ciekawe jest natomiast potężne narzędzie, jakie otrzymali od twórców gracze, czyli edytor misji. Każdy, kto tylko ma ochotę, może w dowolnej chwili i miejscu stworzyć wyzwanie dla innych. Dzięki temu w New Marais zawsze jest coś nowego do zrobienia. Ma to oczywiście i złą stronę, czyli całkowicie nieprzewidywalny i nierówny poziom tworów. Z równym prawdopodobieństwem mamy szansę trafić na coś przyzwoitego i na totalny chłam, dwa razy trafiłem też na dzieło jakiegoś dowcipnisia, którego jedynym zadaniem było zamknąć Cole’a w pomieszczeniu bez wyjścia, co kończyło się zapisaniem stanu gry i jej restartem oraz soczystą wiązanką z mojej strony.


Ładne te wasze bagna

Jak widać, sterując poczynaniami McGratha, przemierzymy miasto i jego okolice wzdłuż i w szerz, a trzeba przyznać, że jest gdzie chodzić i co oglądać. Dwa lata w branży gier to naprawdę szmat czasu i widać to na każdym kroku. Pierwsza część robiła wrażenie pod względem grafiki i rozmiaru lokacji, ale jej kontynuacja pokazała na co stać PS3. O ile Empire City było po prostu metropolią jakich wiele, to New Marais jest miastem o wielu obliczach. Poszczególne dzielnice mocno się różnią i wyglądają naprawdę świetnie, do tego dochodzą otaczające miasto bagna, a wszystko jest pełne szczegółów. Wirtualny odpowiednik Nowego Orleanu tętni życiem i urzeka swoim pięknem na każdym kroku.

To wszystko okraszone jest, podobnie jak w inFamous, komiksowymi przerywnikami, które tworzą świetny klimat. Całości dopełnia bardzo dobra oprawa audio. Chwała też nich będzie Sony za wyciągnięcie wniosków z poprzedniej części i umożliwienie gry z oryginalną ścieżką dźwiękową a nie tylko spolonizowaną. Choć ludzie od dubbingu spisali się nieźle i nie można się do nich przyczepić, wolę anglojęzyczną wersję Cole’a.


Gra pod wysokim napięciem

inFamous 2 jest godną kontynuacją przygód człowieka akumulatora, a pod względem rozmachu przenosi nas nawet o poziom wyżej i ma iście epicki wymiar. Nie jest to gra doskonała - ma swoje mankamenty, nie ustrzeżono się też drobnych potknięć i błędów. Mimo to dzieło ludzi z Sucker Punch ma moc (elektro)magnesu i nie pozwala się oderwać od konsoli. Nawet gdy przechodziłem ją drugi raz z rzędu, gdzie większość misji się powtarza i zdaje się, że w kółko robimy to samo, nie czułem nudy i znużenia, pole elektromagnetyczne wytwarzane w tym czasie w moim pokoju zdawało się zakrzywiać czasoprzestrzeń. Jeśli ktoś grał w część pierwszą, jest to dla niego lektura obowiązkowa – jeśli nie grał, to ma już do nadrobienia dwa tytuły.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.0
Ocena recenzenta
8.25
Ocena użytkowników
Średnia z 4 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 5
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: inFamous 2
Seria wydawnicza: inFamous
Producent: Sucker Punch
Wydawca: Sony Computer Entertainment
Data premiery (świat): 7 czerwca 2011
Data premiery (Polska): 10 czerwca 2011
Platformy: PS3



Czytaj również

inFamous: Second son
Co dwie moce to nie jedna
- recenzja
Pokaz inFamous: Second Son
Dym i światło
inFamous
Komiksowa gra bez komiksu
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.