» Artykuły » Publicystyka » Wywiad z Michałem Gołkowskim

Wywiad z Michałem Gołkowskim


wersja do druku

Nie jestem pisarzem, jestem autorem

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Wywiad z Michałem Gołkowskim
Przez większość roku 2013 Michał Gołkowski bardzo intensywnie promował Ołowiany świt. Pojawił się jako gość na niejednym konwencie, omawiając zarówno swoją debiutancką książkę, jak i szeroko pojętą tematykę postapokaliptyczną. Jednym z przystanków na tej trasie promocyjnej był wieczór autorski w siedzibie Klubu Fantastyki w Brwinowie, gdzie pisarz opowiedział nam niemal wszystko na temat swojej wizji S.T.A.L.K.E.R.-a. Po zakończeniu półtoragodzinnego spotkania, zajadając z apetytem pizzę mojego wypieku, udzielił mi obszernego wywiadu.

Patryk Cichy: Wiem, że już kiedyś odpowiadałeś na to pytanie, ale nie mogę się powstrzymać i zadam Ci je ponownie: czy chciałbyś być anomalią, a jeśli tak, to jaką?

Michał Gołkowski: Tak, bo byłaby to na pewno ciekawa zmiana. Przez ostatni rok tyle się w moim życiu zmieniło, że zostanie anomalią byłoby bardzo fajnym motywem. Kiedyś już powiedziałem, że byłby to "wiedźmi kisiel", natomiast od tamtej pory wymyśliłem kilka (śmiech). Jest jeszcze parę fajnych innych. Można by na przykład zostać jakąś anomalią czasoprzestrzenną, złapać jakiś konwój wojskowy i przepuszczać po kolei…

Albo móc jednocześnie pisać książkę, tłumaczyć ją i tak dalej. Taki czasoprzestrzenny multitasking.

O, to jest dobry pomysł! Taki multitasking zdecydowanie by się przydał. Tłumaczyć, być z rodziną, pisać książkę, przekładać książkę, i prowadzić negocjacje z GSC. Tak, to by było coś.

Co było dla Ciebie pierwsze: powieść Strugackich, film Tarkowskiego, czy gra z GSC?

Pierwsza była dla mnie kaseta VHS, którą ojciec przywiózł w 1991 roku z jednej z pierwszej ekspedycji badawczych na wolną Białoruś, po upadku Związku Radzieckiego. Dla mnie to był pierwszy kontakt ze strefą czarnobylską. Nie mówię tutaj o ’86, o płynie Lugola i takich rzeczach – zaczęło się dla mnie od tej kasety, gdzie po raz pierwszy zobaczyłem białoruską część Zony. Wysiedlone wsie, ten bezmiar, przestwór pustki, gigantyczne stada zwierząt… i wielkie nic. Martwą Prypeć. Mieszkania, w których wtedy jeszcze były dywany, kilimy na ścianach – niewiarygodna rzecz. Czarnobyl w tej najstraszniejszej postaci był więc we mnie od zawsze. A potem, jak się dowiedziałem, że będzie gra, powiedziałem: "Wow! To musi być fajne, bo będzie osadzone w tak rewelacyjnym miejscu". Od gry doszedłem do Pikniku na skraju drogi, od książki do Stalkera Tarkowskiego. To był jeden z wielu etapów ewolucyjnych. U mnie to jest więc raczej "retroinżynieria". Ja szedłem coraz bardziej w tył: zacząłem od gry, potem była książka, potem film, potem przeszedłem do katastrofy, a z katastrofy do wszystkiego, co sowieckie, i wchodzę w to coraz głębiej. Myślę, że "retroinżynieria" jest tutaj najlepszym określeniem.

Kiedy dowiedziałeś się o istnieniu książek z serii S.T.A.L.K.E.R.?

W 2010 roku, zupełnie przypadkiem. Będąc w Kaliningradzie, wchodzę do księgarni, patrzę, a tu książki S.T.A.L.K.E.R. Przywiozłem sobie wtedy tych książek całe pudło. Wcześniej nie miałem pojęcia, że one w ogóle istnieją. Ja się w ogóle nie interesowałem – i nadal staram się nie interesować – tak zwanymi spin-offami, czyli wszystkim tym, co powstaje jako produkt uboczny czegoś. Zawsze trochę trąciło to dla mnie skokiem na kasę i nie ukrywam, że unikałem tego i nadal unikam. Natomiast te książki bardzo mnie zaciekawiły. Pierwsza była powieść Głuszkowa. Drugi był Noczkin – i ten Noczkin zupełnie mnie rozwalił. Nie ukrywam, że potem strasznie trudno było znaleźć coś, co by mu dorównywało. Kiedy czytałem kolejne książki, które sobie przywiozłem, byłem coraz bardziej sfrustrowany. Możliwe, że te dwa lata frustracji, 2010–2012, częściowo doprowadziły mnie do napisania Ołowianego świtu. Na zasadzie: taki fajny świat… Cholera, napiszcie coś porządnego! (Śmiech).

Jak ogólnie oceniasz całą serię? Mógłbyś wymienić jakichś lepszych autorów?

Noczkim, Lewicki, Głuszkow, chyba Tumanowski, o ile dobrze pamiętam. Musiałbym sobie przypomnieć, bo prawie od roku nie zaglądałem do żadnych książek stalkerskich. Natomiast w Rosji problem polega na tym, że tam nikt nie "gra" autorem. Tam autor jest nikomu niepotrzebny. Mówił to zresztą sam Noczkin w wywiadach. Bardzo często zdarza się, że jeden pisarz ma dwa albo trzy aliasy, pod którymi pisze, i jedna jego książka się sprzedaje, a druga napisana pod innym aliasem – nie. Czyli ludzie w ogóle mają za nic człowieka i styl pisania. To jest po prostu przerażające. Noczkin w serii stalkerskiej sprzedawał się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Jego inne książki, wychodzące równolegle, sprzedawały się po pięć, sześć tysięcy.

Czyli to marka się sprzedaje, a nie autor?

W Rosji tak. W Polsce jest zupełnie inaczej, tutaj każdy "jedzie" autorem. Nie jest ważne, co pisze Pilipiuk czy Ćwiek, ważne jest to, że wiemy, iż napisał to ten człowiek, i idziemy do księgarni po jego książkę.

Jak w ogóle narodziła się koncepcja napisania polskiej książki w tym uniwersum?

Tak naprawdę koncepcja w formie zalążkowej narodziła się latem 2010 roku, kiedy czytałem Ślepą plamę Noczkina, która spodobała mi się tak bardzo, że już wtedy myślałem o tym, żeby ją przetłumaczyć na polski. Tłumaczenie z takich czy innych powodów nie doszło do skutku, natomiast gdzieś we mnie to cały czas tkwiło. Rok temu, w październiku, pomysł podsunęła mi moja żona, Asia, która powiedziała: "A może byś napisał coś ze S.T.A.L.K.E.R.-a?". Odpowiedziałem, że w zasadzie mógłbym spróbować. No i spróbowałem – w półtora miesiąca napisałem Ołowiany świt.

Co nastręczało największych trudności w trakcie powstawania książki?

Czas. Tylko i wyłącznie czas. Którego miałem codziennie za mało na to, żeby napisać tyle, ile chciałem. To była jedyna trudność. Reszta szła na bieżąco. Praktycznie spałem z mapami białoruskiej części Zony, zaczytywałem się w rosyjskojęzycznej Wikipedii i wszystkich innych możliwych źródłach i literaturze. Co tam było, jak to wyglądało, z czego się składało, żeby ten obraz był jak najpełniejszy. Bo wydaje mi się, że najczęściej autorzy, szczególnie początkujący – co jak najbardziej mogę powiedzieć o sobie – natykają się na problemy techniczne. Chcą, żeby ich bohater zrobił coś, ale nie wiedzą jak to coś wygląda i jak może być zrobione. Jeżeli się wie, to jest to jedynie kwestia opisania tego. Gdybym Ci kazał opisać nóż, miałbyś z tym potworny problem. Gdybym Cię poprosił, żebyś opisał jakiś konkretny nóż, byłoby to o wiele łatwiejsze, bo go widzisz. I opisanie go staje się kwestią stricte techniczną, a nie problemem. Kwestią warsztatu, a nie wyobraźni. Jeżeli widzisz to, co opisujesz, wszystko idzie pięknie.

Trzymałeś się sztywno kanonu gier czy też pozwalałeś sobie na większą swobodę?

Powiedziałbym, że trzymałem się kanonu serii literackiej S.T.A.L.K.E.R., samej z siebie stanowiącej dość odważne rozwinięcie gry, która – jak wszyscy wiedzą – jest tylko i wyłącznie wycinkiem tego, czym w oryginale miał być S.T.A.L.K.E.R. Nie ukrywam, celowo wyszedłem na teren dziewiczy, na tę białoruską część Zony, żeby mieć tej wolności więcej. Żeby nie ryzykować, że będę musiał opisywać coś, co było w grze, albo w innych książkach. Bo to była moja Zona, od początku do końca była moja, i nikt mi nie może powiedzieć, że "czegoś takiego tam nie ma", no bo jest. Bo już to napisałem (śmiech).

Autor w trakcie spotkania poprzedzającego wywiad.

Czy przed tą książką tworzyłeś jakieś inne utwory literackie i czy ujrzą one kiedyś światło dzienne?

Mam otwarty projekt Sic Transit Gloria Mundi: XII-wieczny Konstantynopol, okraszony nutką łotrzykostwa i kroplą nadnaturalnego, którego w tej chwili mam zrobione dwa tomy. S.T.A.L.K.E.R. tak naprawdę miał być krótkim oderwaniem się od tego, co pisałem wcześniej. Z "oderwaniem" się udało, z "krótkim" nie. Mam nadzieję, że kiedyś będę się mógł z czytelnikami i tym podzielić.

Atakowałeś tym wydawców? Może również Fabrykę Słów?

Zarzuciłem to Fabryce. Powiedzieli, że jest trochę za mało chwytliwe. Ja sam czuję, że to się w trakcie pisania bardzo rozwijało, ja się rozwijałem, styl się rozwijał. Nawet na przykładzie Ołowianego świtu to widać, jak bardzo różnią się początkowe strony książki od końcowych.

Może z wyjątkiem pierwszej i ostatniej, bo są spięte taką "klamrą".

No tak, nie ukrywam, że to było z mojej strony celowe. Natomiast przypuszczam, że Sic Transit Gloria Mundi kiedyś ujrzy światło dziennie, ale będzie to jeszcze ode mnie wymagało sporo pracy. Bo teraz, jak na to patrzę, prawdopodobnie napisałbym to zupełnie inaczej.

Ilu wydawcom proponowałeś Ołowiany świt przed Fabryką Słów?

Nie mam pojęcia. Myślę, że dziesiątkom. Odezwało się może siedmiu. Przy czym ostatni dwa tygodnie przed premierą książki.

Czy jesteś zadowolony z przyjęcia tej książki przez czytelników i krytyków?

Powiedziałbym, że jestem raczej wzruszony przyjęciem Ołowianego świtu, i przez czytelników, i przez krytyków. Zastanawiałem się, których opinia będzie dla mnie ważniejsza, czy jednych, czy drugich. Rolą krytyka jest krytykowanie, rolą czytelnika jest czytanie, prawda? Nie ukrywam, że czytam wszystkie recenzje, na jakie trafię. Bardzo uważnie, starając się – czasem siłą – przekonywać samego siebie, że w każdej z nich tkwi ziarno prawdy. Bo jeżeli ktoś coś napisał, to pewnie miał po temu powód. Powiem inaczej: najlepsze recenzje tylko przelatuję wzrokiem, średnie czytam, najwięcej czasu poświęcam tym najgorszym. Bo są dla mnie najbardziej istotne.

Bez fałszywej skromności: co uważasz za swoją największą zaletę jako pisarza?

Żonglowanie słowem. W takim sensie, że wciągam Cię w zdanie, a Ty w połowie tego zdania nie pamiętasz, jak się zaczęło i nie masz pojęcia, jak się skończy. To, że potrafię się nie powtórzyć, opisując jedną i tę samą rzecz. Staram się pisać tak, żeby samego siebie tym pisaniem nie nudzić. To nie jest łatwe, ale jest cholernie zabawne, jak się to robi.

Gdy się udaje.

"Nieudawanie się" też jest cholernie zabawne! (Śmiech). Kiedy czasami próbujesz opisać coś, na co zupełnie nie masz pomysłu – jak to napisać, żeby miało sens. Żeby opis nie był niewygodny, nie był pokraczny, żeby nie łamał dynamiki, tempa i rytmu tego, co się dzieje. To jest najlepsza zabawa.

Jak układała się współpraca z Fabryką Słów i czy obie strony są zadowolone z rezultatu?

Układała się błyskawicznie i zaskakująco efektywnie. Ja ze swojej strony jestem zadowolony niesamowicie. Mam nadzieję, że Fabryka jest w stanie powiedzieć to samo. Ogromny kredyt zaufania, masa dobrej woli, ogromna efektywność operacyjna. Tak bym to podsumował.

Czy planujesz kolejną powieść umieszczoną w tym uniwersum? Czy Miś powróci?

Ołowiany świt skończyłem pisać 21 grudnia – rok temu. Bez pisania wytrzymałem cztery dni. W pierwszy dzień świąt otworzyłem laptopa i zacząłem pisać kolejną książkę. A czy Miś powróci? (Śmiech). Ciężko mówić, żeby powrócić miał ktoś, kto ode mnie nigdy nie odszedł, prawda?

Czy uważasz się za stalkera? Ile z Ciebie możemy znaleźć w Misiu?

Stalkerem jest tak naprawdę chyba po części każdy, pytanie, czy się do tego przyznamy, czy nie. Co do książkowego Miszki – czy też Misia – myślę, że zarazem wszystko i nic. Bo on jest faktycznie czymś w rodzaju alter ego, jest człowiekiem do mnie bardzo podobnym, a jednocześnie diametralnie innym. Istniejemy gdzieś obok siebie, dobrze nam się współistniało i współistnieje w pisaniu. Mamy swoje różnice, nie zawsze jeden zachowuje się tak, jak zachowałby się ten drugi, ale staramy się dogadywać.

Biogram w książce opisuje Cię jako "mizantropa i samotnika", natomiast wydaje się, że masz bardzo dobry, bezpośredni kontakt z czytelnikami. Jak to właściwie jest?

Jedno nie wyklucza drugiego. Samotnik to jest człowiek, który zawsze szuka siebie w tłumie, który zawsze czuje się jak "ja", a nigdy jak "my". Kontakt z czytelnikami jest raczej kwestią jednostkową. Powiedzieć "czytelnicy" jest nadużyciem słowa – nie ma czegoś takiego, jak "czytelnicy". Jest ta osoba, która czytała moją książkę, jest tamta, która czytała moją książkę, i jeszcze inna, która czytała moją książkę. Tak naprawdę więc nie istnieje zbiorowość, to jest pewne uproszczenie, które sobie stworzyliśmy, żeby opisywać świat. Nie ukrywam, że wolę kontakt indywidualny od grupowego. No, a że potem z takich indywiduów zbiera się grupa – to już nie moja wina.

Byłem na dwóch Twoich spotkaniach autorskich: widać, że dobrze sobie z tym radzisz.

Staram się jak mogę. Za każdym razem próbuję ludziom powiedzieć coś nowego, żeby się nie powtarzać. I sam się przy okazji takich spotkań bardzo dużo dowiaduję – nie tylko o ludziach, nie tylko o sobie, ale o wszystkim. Ponieważ wymyślam sobie jakiś temat, a potem desperacko próbuję nadgonić z wiedzą, żeby go pociągnąć (śmiech).

A jaką miałeś największą publiczność na jakimś spotkaniu czy konwencie?

Myślę, że to chyba byłoby na najdalszym konwencie, na jakim dotąd byłem, czyli w Zamościu. Tam było w granicach 50–60 osób.

To Cię nie peszyło?

Nie. Dlaczego? Szczerze mówiąc, nie przeszkadza mi liczba osób, bo i tak mówi się to samo.

Sarkazm nie był jedynym orężem używanym przez Michała.

Czy mógłbyś opowiedzieć trochę o swoim życiu zawodowym?

Tłumacz symultaniczny, kabinowy, angielsko-polsko-rosyjski, także w telewizji. Teraz na przykład wróciłem z TVN 24, gdzie tłumaczyłem konferencję Chodorkowskiego. Na co dzień bardzo często Ministerstwo Gospodarki, różne instytucje rządowe i okołorządowe. No, sporo się dzieje. Głównie w przerwach w pracy mam czas na pisanie.

Ile lokacji opisanych w Twojej książce to miejsca rzeczywiste?

Wszystkie, za wyjątkiem Obiektu Zero. Znalezienie dawnej, niedoszłej wyrzutni rakiet termonuklearnych w pobliżu Sochaczewa byłoby trudne. Nie mówię, że niemożliwe, ale trudne! (Śmiech).

Powiedziałbyś, że figura stalkera jest dla Ciebie jakimś życiowym symbolem?

Stalker jest swego rodzaju symbolem, który pojawia się już u Strugackich. Bo stalker to jest człowiek, który miał wszystko, doszedł do pewnej granicy cywilizacyjnej i się od tej granicy odbił. Odbił się – ale do środka samego siebie, na wewnętrzną pustynię. I to jest takie częściowe uosobienie współczesnego ducha, gdzie z jednej strony wszyscy jesteśmy non stop podłączeni do mediów społecznościowych, do Facebooka, Twittera, telefonów, czy czegokolwiek innego, a z drugiej strony desperacko próbujemy wyjść z tego cyfrowego tłumu i znaleźć miejsce, w którym będziemy tylko sobą.

Czyli Zona w trakcie takiej eksploracji, zamiast pokazywać swoje wnętrze, ukazuje podróżnikowi wnętrze jego samego.

Zona to jest lustro – lustro, w którym każdy znajdzie tak naprawdę tylko i wyłącznie samego siebie. I w pewnej chwili sobie uświadomi, że największym problemem, jaki Zona może postawić na jego drodze, jest on sam. Jeżeli człowiek nie jest w stanie domówić się z samym sobą, to nie ma szans na przetrwanie na pustyni.

Dlaczego nie chcesz odwiedzić prawdziwej Strefy Alienacji?

Bo boję się rozczarowania. Boję się tego, że byłbym zawiedziony, iż naprawdę istniejąca Zona, teraz, po tych wszystkich latach działań służb radiologicznych, dezynfekcji tego terenu, że różni się ona tak bardzo od tej, którą sobie wyobrażałem. Cmentarzyska pojazdów już dzisiaj nie ma. CZAES tętni życiem. Cały czas działają tam takie czy inne służby. Nowy Sarkofag jest już praktycznie gotów do nasunięcia na czwarty reaktor. Obawiam się, że byłbym zawiedziony.

Wyobraź sobie, że budzisz się któregoś dnia i stwierdzasz, że znajdujesz się w Zonie, ale tej z gier i książek – jaka będzie pierwsza rzecz, jaką zrobisz?

Statystycznie prawdopodobnie bym zginął (śmiech). Jeżeli mówimy o pobożnych życzeniach – nie mam zielonego pojęcia.

Sądzisz, że jak długo dałbyś tam radę przetrwać?

Pewnie do wykonania pierwszego kroku (śmiech). Mało epicka odpowiedź, ale śmierć jest z założenia mało epicka!

Co pociąga Cię w tematyce postapokaliptycznej? Jak myślisz, dlaczego jest ona tak popularna?

Człowiek. Tak naprawdę, jak na to popatrzymy, centrum każdego utworu postapokaliptycznego, niezależnie czy mówimy o literaturze, czy o filmie, czy o czymkolwiek innym, jest człowiek. To są zawsze tylko i wyłącznie zachowania człowieka postawionego w sytuacjach ekstremalnych. I to tak naprawdę nawiązuje do Twojego pytania: odbijamy się od granicy cywilizacji i wychodzimy na pustynię, a na pustyni jesteśmy tylko my. Problemem nie jest pustynia, tylko my, bo ona doskonale sobie bez nas radzi.

A skoro o tym mowa, czy lubisz również temat apokalipsy zombie? Czyli bardziej horror niż science fiction.

Apokalipsa zombie jest bardzo ciekawym tematem. Stosunkowo już okrzepłym z punktu widzenia tego, kiedy się pojawiła, bo to chyba spopularyzowała Noc żywych trupów Romero, jeszcze w latach 60., jeśli się nie mylę. Ten temat jest również blisko Zony, z tego powodu, że to odwrócenie naturalnego porządku rzeczy: żywi – umarli, umarli – żywi. Poza tym zombie też są bardzo popularnym i żywym tematem w świecie S.T.A.L.K.E.R.-a. Ciężko sobie wyobrazić to uniwersum bez żywych trupów. Od których, zresztą, zaczyna się także Ołowiany świt, prawda? Pewnie więc częściowo siłą rzeczy się one przyciągają.

Czyżby tytuł tej książki stanowił nawiązanie do tego starego filmu postapo z Patrickiem Swayze, Stalowego świtu?

Ooo! Ktoś wreszcie obejrzał Stalowy świt, jak mi miło!

Oglądałem go jeszcze w latach 80.

Fantastycznie! Mało kto pamięta, że ten film w ogóle istnieje. Częściowo tak, nie ukrywam. Ale częściowo chodziło mi o mocną, wewnętrzną sprzeczność. Bo tytuł Stalowy świt też jest ładny, Ołowiany jest jednak cięższy. Od razu naprowadza na myśl odpowiednie skojarzenia. Dlaczego "ołowiany" – to chyba oczywiste. Dlaczego "świt"? Bo to początek polskiej serii, nie? Tak najprościej mówiąc, tylko na jednym, jedynym poziomie skojarzeń. No, ale wreszcie trafił się ktoś, kto kojarzy Stalowy świt – jestem pod wrażeniem!

Oprócz wszystkiego, co związane ze S.T.A.L.K.E.R.-em, jakie jeszcze filmy, książki, komiksy, czy gry o tej tematyce zrobiły na Tobie największe wrażenie? Nowsze i starsze.

Droga. Myślę, że ta pozycja jest cholernie mocna. Szczególnie w adaptacji, takiej bardziej przejmującej. Postapokalipsa jest w ogóle dość nośnym tematem, który pojawia się już od czasów Wojny światów Wellsa, prawda? To też była swego rodzaju postapokalipsa: ludzie żyjący po czymś, co było zupełnie nieprzewidywalne.

Ile razy przeszedłeś wszystkie części S.T.A.L.K.E.R.-a i która jest Twoją ulubioną?

Ile razy przeszedłem? Myślę, że w granicach sześciu. Bo chyba ze dwa razy Zew Prypeci, raz Czyste niebo, trzy razy Cień Czarnobyla. Natomiast lepiej byłoby zadać pytanie, ile razy zaczynałem. Bo ile razy zaczynałem, to się nie doliczę, ponieważ początek Cienia Czarnobyla jest chyba moim ulubionym elementem tej serii. Potem, jak się rozkręca, kiedy pojawiają się potwory, bronie, mutanty i tak dalej, to już nie jest takie fajne. Ale sam początek, gdy się dopiero wchodzi na kordon, kiedy są ci pierwsi bandyci na NDS-ie – to są najlepsze momenty.

Jak zareagowałeś na informację o zawieszeniu prac nad S.T.A.L.K.E.R.-em 2 i czy zamierzasz dać szansę Survarium?

Zareagowałem, w odróżnieniu od większości polskich fanów, bardzo spokojnie. Większość ludzi zareagowała panicznie, mówiąc: "Ooo, GSC nie dadzą nam S.T.A.L.K.E.R.-a!". I tak dalej. Takie założenie, że GSC jest im cokolwiek "winne". Bo obiecali i mają to dać. Poza tym wszyscy używali słowa "dadzą". Każdy wychodził z założenia, że tego S.T.A.L.K.E.R.-a dostanie w taki czy inny sposób za friko i koniec. Ja do tego podszedłem zupełnie spokojnie, bo jeżeli powiedzieli, że "zamrażają prace, bo Grigarowicz nie jest zadowolony z postępu", to prawdopodobnie znaczyło to, że… Grigarowicz nie był zadowolony z postępu prac i dlatego je zamroził. Lepsze to, niż gdyby mieli wypuścić jakąś padakę, prawda? Zwłaszcza że już pierwszy S.T.A.L.K.E.R. miał bardzo dużo niedociągnięć. Szczerze mówiąc, częściowo się cieszę, bo boję się, że poszliby za bardzo w jakieś klimaty "cyber-bio-techu", nawet patrzyłem już na takie artworki. Co prawda żałuję, że nie zobaczymy na przykład świni z pasożytem czy szczurowilka, ale spokojnie – dla mnie gra była i jest tylko i wyłącznie fragmentem tego świata, wprowadzeniem. A czy ktoś pójdzie dalej niż wprowadzenie, to jest jego sprawa. Czy zamierzam dać szansę Survarium? Myślę, że moje "dawanie szansy" nie ma tu znaczenia – jeżeli Survarium będzie dobrą grą, to powinno się obronić samo. Na co, nie ukrywam, mam szczerą nadzieję, ponieważ z tego co słyszałem ze źródeł dobrze poinformowanych, ma to być bardzo ciekawy świat.

Czy to przypadkiem nie Ty podsunąłeś Fabryce pomysł wydania Ślepej plamy po polsku?

Oczywiście, że ja. Ponieważ ja te książki czytałem, mamy z "fabrykantami" umowę, że wszystko co wejdzie na polski rynek, najpierw musi przejść przeze mnie. Nie będzie wypuszczania książek tylko dlatego, że ktoś gdzieś uznał, że "byłoby fajnie", mają to być wyłącznie dobre książki, z którymi miałem kontakt. Nic innego nie wchodzi w rachubę.

Książki "przetestowane".

Przetestowane i sprawdzone na zwierzętach (śmiech).

Czyli to był pewnie Twój pomysł, żeby zgłosić się z propozycją tłumaczenia?

To był mój pomysł i tłumaczenie zacząłem robić rok temu, jeszcze w trakcie prac nad Ołowianym świtem. Żeby im pokazać, że umiem i że Ślepa plama jest naprawdę fajną książką. Pierwszych 70 stron zrobiłem w grudniu 2012 roku.

Co Wiktor Noczkin wnosi unikalnego do książek z tego cyklu?

Ciężko mi mówić obiektywnie, jeżeli już, to z mojego punktu widzenia.

Na to liczę.

Na pewno bohatera, który nie jest "bohaterem" w sensie "heroizmu", on jest zwykłym gościem, który próbuje zarobić na chleb i jakoś przeżyć. I bardzo, bardzo u Noczkina podobało mi się wyjście poza Zonę. To, że część Ślepej plamy – nie mówię, że znaczna, ale znacząca – dzieje się po drugiej stronie drutów. Po naszej stronie. I miejscami, szczerze mówiąc, ten świat, który opisuje Noczkin, bar Gwiazda, te wszystkie układy i układziki w tym małym miasteczku – te rzeczy podobały mi się nawet bardziej niż sam świat Zony. Co, nie ukrywam, mam zamiar częściowo rozwinąć w jednym z tych moich projektów.

Co sądzisz o uniwersum Metro Głuchowskiego i czy uważasz je za prawdziwą konkurencję dla S.T.A.L.K.E.R.-a?

Metro nie jest konkurencją, ponieważ pojawiło się zupełnie niezależnie od S.T.A.L.K.E.R.-a i jako książka jest o wiele starsza, jeśli mówimy o pierwotnej wersji. Wolałbym tego nie rozpatrywać jako konkurencji, Metro jest raczej częścią mitu stalkera, chociażby dlatego, że w pierwszych książkach serii mieszkańcy metra nazywają się stalkerami. Dopiero potem przechodzą na nazwę digger. Jest to więc część nurtu postapokaliptyczno-stalkerskiego, w rozumieniu Strugackich i Tarkowskiego. Nie sądzę, żeby była jakaś konkurencja pomiędzy Metrem a S.T.A.L.K.E.R.-em., pomiędzy Insignisem a Fabryką, ponieważ jedna i druga seria zdają się świetnie sobie radzić. I wydaje mi się, że jeżeli ktoś jest fanem jednego i drugiego, to przeczyta jedno i drugie, a nie jedno albo drugie. A jeśli idzie o jakość samej literatury, wydania i tak dalej… Jak będziemy mieli odpowiednio dużą liczbę książek ze S.T.A.L.K.E.R.-a na rynku polskim, to zobaczymy.

I na koniec: jak wyobrażasz sobie swoją karierę pisarską za dziesięć lat?

Na razie jestem autorem, a nie pisarzem. Pisarzem będę po trzech książkach. Za dziesięć lat? W tym tempie co teraz? Myślę, że tak jak Noczkin: jeżeli utrzymam tempo, jeżeli nie wysiądzie mi pikawa, albo nie zagotuje mi się mózg… to będzie tego dużo. O ile się nie wypalę. A jeżeli się wypalę, to mam nadzieję, że ktoś mnie zastrzeli na ulicy, albo żona mnie udusi w nocy poduszką. Na co jesteśmy zresztą umówieni.

Mimo obecności broni palnej wywiad odbywał się w pokojowej atmosferze.




Czytaj również

Spotkanie z Michałem Gołkowskim
"Nie potrafię myśleć na siedząco"
Droga donikąd
Zono moja
- recenzja
Spotkanie z Wiktorem Noczkinem
Nie przyszedł pisarz do Zony, przyszła Zona do pisarza
Ołowiany świt
W głąb Zony, w głąb siebie
- recenzja
Ołowiany świt - Michał Gołkowski
Powrót do Zony
- recenzja
Stalowe Szczury. Otto
Eksplozja czy niewypał?
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.