W trybach tajemnic: Panna Glass i doktor Ink

Wszyscy robią steampunk, zrobię i ja

Autor: Jan 'gower' Popieluch

W trybach tajemnic: Panna Glass i doktor Ink
Studio Artifex Mundi zapowiedziało wydanie wiosną i latem sześciu nowych produkcji, z czego połowa jest tworzona samodzielnie przez zabrzańsko-krakowski zespół. Do tej pory ukazały się cztery tytuły, a ostatni z nich był zapowiadany jako "pierwsza polska steampunkowa gra przygodowa".
 

Tym razem wcielimy się w agentkę wywiadu Ewangelinę Glass, która przyjeżdża do położonego w górach miasteczka Hochland na zaproszenie przyjaciela – dra Ambrożego Inka. Odkrył on źródło tajemniczych trzęsień ziemi nawiedzających okoliczne miejscowości. Okazuje się, że za wstrząsy odpowiedzialny jest Gerhard Barber – generał i inżynier zamieszkujący stary rodowy zamek, u podnóży którego leży Hochland. Ambroży Ink zniknął jednak, zanim zdążył przekazać światu to, czego się dowiedział. Zadaniem bohaterki jest więc znalezienie go i powstrzymanie planów Barbera.

Widok na Gottlandię

Intrygi w grach Artifeksu nigdy nie należą do szczególnie oryginalnych czy głębokich. Nie takie jest zresztą ich zadanie – mają być ciekawe i wciągające, problem w tym, że osiągnięte zostało tylko to ostatnie. W trybach tajemnic trzyma gracza przed ekranem w sposób podobny do lekkiej książki, która wzięta do ręki rano, ląduje na półce wieczorem, gdy już przewrócimy ostatnią stronę. Ale kiedy spojrzymy wstecz na poznaną historię, trudno będzie znaleźć w niej jakikolwiek zaskakujący czy wyróżniający się element – fabuła jest prosta jak warszawskie metro i przewidywalna jak szwajcarski zegarek. Ponieważ jednak całość nie zajmie więcej niż kilka godzin, przygody agentki Glass skończą się, zanim zaczną irytować.

Panna Glass i doktor Ink aspiruje do miana "steampunkowej gry przygodowej". Faktycznie, maszyny parowe i inne urządzenia są tu wyraźnie widoczne – zobaczymy wielkiego golema i maszynę różnicową, a w osiągnięciu trudno dostępnych miejsc pomoże mechaniczny kruk Mateusz. To wszystko jednak są tylko dekoracje nałożone na świat, któremu brakuje nastroju i głębi. Nie doświadczymy tu ani wiktoriańskiej atmosfery, ani pogoni za odkryciami – elementów tak przecież charakterystycznych dla steampunku. Z ust bohaterów padają zdania o "stanie wojennym", żołnierze gen. Barbera jako jedyni w miasteczku wtrącają niemieckie zwroty do swoich wypowiedzi, trudno natomiast znaleźć coś w przedstawionej rzeczywistości, co wyjaśniałoby tę umowność czy osadzało ją w szerszej konstrukcji. Grając w dwie wydane do tej pory części Nigthmares from the Deep, można było zaobserwować spójność świata, osadzenie w nim bohaterów czy wiarygodność wyborów. Tutaj niestety tego wszystkiego brakuje.

Urok mechanizmów

Wartą zauważenia zmianą jest zmniejszenie liczby klasycznych scen z ukrytymi obiektami. Zamiast nich częściej spotykamy szukanie przedmiotów o konkretnym wyglądzie czy znajdowanie zależności między pokazanymi elementami planszy, których wykorzystanie doprowadzi do poszukiwanego narzędzia. Zrezygnowano natomiast z możliwości zastępowania wyzwań typu hidden objects przez gry logiczne. Na pochwałę zasługuje większe zróżnicowanie zagadek – znowu zmierzymy się z przeszkodami znanymi z poprzednich gier studia, pojawiły się jednak także zupełnie nowe typy łamigłówek.

W klasycznej rozgrywce point&click pomocny będzie Mateusz – mechaniczny ptak, podobnie do małpki w grze Mroczne arkana: Carnival, przyniesie niedostępne inaczej przedmioty. Jak zwykle, w żadnym punkcie rozgrywki nie powinniśmy utknąć na długo. Nawet jeśli na chwilę się zgubimy, system podpowiedzi wskaże, co zrobić dalej. W warstwie technicznej nie dokonano zauważalnych zmian – wszystkie zarzuty, które przedstawiliśmy w recenzji The Siren's Call, pozostają aktualne.

Bajeczna grafika była zawsze jednym z największych atutów w produkcjach Artifeksu. Tutaj wciąż jest ładnie, jednak twórcy nie wykorzystali możliwości pokazania uroków miasteczka. Większość akcji dzieje się w podziemiach, co powoduje, że lokacje nie są szczególnie ciekawe. Jak zawsze natomiast świetnie wypadła warstwa muzyczna. Odpowiednio buduje nastrój i współgra z przedstawianymi wydarzeniami. Większych zarzutów nie można mieć również do dubbingujących aktorów. Dziwi tylko, że polskie napisy (grę zlokalizowano kinowo) w kilku miejscach rozmijają się ze znaczeniem oryginalnych głosów postaci.

Co dalej?

Zdążyliśmy już zauważyć, że kolejne gry studia Artifex Mundi, oparte na tym samym silniku, są do siebie bardzo podobne. Każdy następny tytuł powinien więc oferować przynajmniej ciekawą historię i przyjemną grafikę. W trybach tajemnic nie radzi sobie niestety najlepiej z żadnym z tych aspektów. Fani gier tworzonych na Spark Casual Engine znajdą kolejną porcję tego, co lubią najbardziej, i ocenę końcową mogą spokojnie podnieść o punkt bądź dwa. Ci, dla których gra musi stanowić trudne wyzwanie, mogą notę o tyle samo obniżyć. Natomiast tym, którzy chcieliby sprawdzić, o co w tych całych "grach dla casuali" chodzi, polecam zaczęcie od innego tytułu.

Plusy:

Minusy: