» Artykuły » Publicystyka » Spotkanie z Michałem Gołkowskim

Spotkanie z Michałem Gołkowskim


wersja do druku

"Nie potrafię myśleć na siedząco"

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk

Spotkanie z Michałem Gołkowskim
Klub Fantastyki w Brwinowie powstał pół roku temu pod auspicjami Brwikonu, lokalnego konwentu. Mniej więcej co trzy tygodnie odbywają się niedzielne spotkania, na których możemy grać we wszelakie gry planszowe, karciane i RPG, nie brakuje też turniejów, nerdowskich konkursów i okazjonalnych prelekcji na tematy związane z fantastyką. Jedyne, czego w Klubie do tej pory nie było, to spotkanie autorskie z pisarzem. 22 grudnia 2013 udało nam się i to dopisać do listy osiągnięć – odwiedził nas Michał Gołkowski, który niedawno zadebiutował Ołowianym świtem, udaną i pod pewnymi względami przełomową książką osadzoną w uniwersum gier S.T.A.L.K.E.R. z ukraińskiego studia GSC.

Choć zostałem wyznaczony by poprowadzić spotkanie, rychło się okazało, że mój aktywny udział nie będzie niezbędny, Michał bowiem niezwykle dynamicznie poprowadził je sam. Z wielką pasją przekazał nam morze szczegółów dotyczących chyba wszystkiego, co związane ze S.T.A.L.K.E.R.-em.

Komu, komu, bo idę do domu

Autor zaczął od szczegółowej opowieści o okolicznościach powstania książki. Napisanie i wydanie jej non profit byłoby najprostszym rozwiązaniem, Michał uparł się jednak na komercyjne wydanie drukowane. Wysłał gotowe dzieło kilkudziesięciu wydawcom ­– odpowiedziało raptem siedmiu, odmownie, wymawiając się brakiem czasu i ochoty, z czego jeden odpisał dziesięć dni przed uzgodnioną już w innym miejscu premierą. Całe szczęście, że ten spóźnialski nie zaproponował miliona zaliczki…

Zresztą, już sama propozycja składana wydawnictwom została sformułowana w taki sposób, że należy pogratulować odwagi temu, kto zdecydował się ją przyjąć. Jak sam Michał powiedział, oferta owa wyglądała mniej więcej tak: "Jestem nikim znikąd, nic do tej pory nie napisałem ani nie wydałem, ale za to jestem w trakcie pisania książki z serii S.T.A.L.K.E.R. – może chcielibyście ją wydać?" Ryzyka dodał fakt, że zgoda na publikację oznaczała dogadanie licencji z Ukraińcami, którzy słyną z kłótliwości i wytaczania wszystkim wokoło procesów. "Ale nie bójcie się: będzie dobrze!" – tak można by sparafrazować słowa otuchy zawarte w mailu z załączoną książką.

Na początku lutego odbyło się decydujące spotkanie w siedzibie Fabryki Słów. Warto zaznaczyć, że pracownik w recepcji wykazał się zimną krwią, bo nieznany podówczas z widzenia w wydawnictwie autor zjawił się na miejscu w pełnym szpeju, czyli wojskowym rynsztunku. Mimo że uzbrojony był w realistycznie wyglądające atrapy broni – w tym granaty – od razu został pokierowany na czwarte piętro. Zrobiło to zresztą stosowne wrażenie: raczej niecodziennie potencjalny pisarz zgłasza się do wydawcy przyodziany w militarny image. Ponoć wpłynęło to korzystnie na atmosferę w trakcie podpisywania umowy – szef Fabryki uznał, że odpowiada mu takie dynamiczne, świeże podejście do sprawy i że brakuje mu właśnie takiego energicznego "porąbańca". I tak Michałowi udało się przyszłego wydawcę ostatecznie przekonać, a Ołowiany świt został wpisany do planu wydawniczego.

Ale co z tymi Ukraińcami? Owszem, autor dał namiary na Siergieja Grigorowicza, właściciela GSC, i na wszystkie osoby konieczne do dopięcia sprawy na ostatni guzik, podpowiadając też, jak ma z grubsza wyglądać umowa. Wiadomo było jednak, że cała transakcja może nastręczyć mnóstwa trudności, szczególnie że oryginalną serię książkową w tym czasie właściwie zamykano. Wtedy ze strony Fabryki padła propozycja, której przyjęcie mogłoby ogromnie wpłynąć na przyszłość debiutu Gołkowskiego. A może by wydać tę książkę… ale bez tego znaczka S.T.A.L.K.E.R.? Przecież tak byłoby o wiele prościej. Tu Michał stanowczo zaprotestował: wydanie książki stalkerskiej jako czegoś niezależnego byłoby trochę jak produkcja podrabianych butów. Niby to samo, taniej… ale jednak czegoś brakuje. Tego oryginalnego logo, które świadczy o znanej i szanowanej marce. Pisarz stwierdził też, że już chyba wolałby opublikować powieść za darmo w Internecie. Byłoby to zresztą niezbyt dalekim echem feralnej amerykańskiej serii książkowej Johna Masona, z której publikacją autor miał nieliche kłopoty…

Michał zdecydowanie odmówił zajęcia miejsca siedzącego.

Jak wydać książkę "na wariata"

Na początku lutego 2013 roku Fabryka Słów zaplanowała wydanie Ołowianego świtu na 26 kwietnia. W ciągu tego czasu udało się ogarnąć sprawy związane z niemal całą robotą papierkową, łamaniem tekstu, sporządzeniem okładki i ilustracji – narysowanie tych ostatnich zajęło raptem dwa tygodnie. Tekst piosenki Jacka Kaczmarskiego Stalker, wykorzystany jako motto, udało się oficjalnie załatwić od spadkobierców muzyka całkiem bezproblemowo i za darmo – jeśli nie liczyć ofiarowania im jednego egzemplarza powieści. Proces powstania książki był doprawdy błyskawiczny: podczas gdy samo jej pisanie trwało półtora miesiąca, od zgody na wydanie do premiery minęły kolejne dwa. Mimo to absolutnie finalne kwestie prawne ustalono dopiero… w sierpniu. Czyli chyba nie do końca zasłużona jest reputacja GSC jako firmy nieidącej ludziom na rękę i nierobiącej niczego dla fanów – Ukraińcy wykazali się niewątpliwą pojednawczością, udzielając zarówno Fabryce, jak i samemu Gołkowskiemu tak dużego kredytu zaufania. Nawet samo rosyjskie streszczenie zostało napisane przez niego, mogło zawierać właściwie wszystko i wprowadzać w błąd co do zawartości – a jednak postanowili zaryzykować i zgodzić się na publikację książki, która jeszcze przez pewien czas była dla nich zupełną tajemnicą.

Zwłaszcza że już wcześniej seria miała kłopoty. Jeszcze pół roku przed premierą pierwszego S.T.A.L.K.E.R.-a studio THQ zwróciło się do Grigorowicza, żądając wprowadzenia pewnych zmian, które były warunkiem wydania gry w USA. Gdyby Ukraińcy wypuścili ją na rynek bez tych przeróbek, byłoby to jednoznaczne ze złamaniem umowy (chyba że opublikowaliby tytuł za darmo w sieci – wtedy pogwałcenie prawa nie miałoby miejsca). Ostatecznie Amerykanie ugięli się.

Ponadto w 2008 roku GSC podpisało umowę z rosyjskim wydawnictwem na publikację książek z tego uniwersum, ale na warunkach rosyjskiego prawa wydawniczego. Studio nie przeczuwało, jakie pociągnie to za sobą konsekwencje – Rosjanie na pięć lat stali się właścicielami tej literackiej marki, mogąc robić z nią, co im się żywnie podobało. Wskutek tego seria została zapchana powieściami – delikatnie mówiąc – nie najwyższej jakości, psującymi jej dobre dotychczas imię. Dlatego też gdy tylko prawa wróciły do GSC, cykl postanowiono zakończyć zamiast z dużym wysiłkiem podciągać jego reputację. A tu nagle, jak diabeł z pudełka, wyskoczył jakiś Polak, z ambitnymi planami wskrzeszenia serii, o których napisał w mailu koordynatorowi literackiego S.T.A.L.K.E.R.-a, Siergiejowi Gruszko… Reszta jest historią – i zarazem przyszłością.

Dzisiaj wszyscy powtarzają Michałowi, że książek się w taki zwariowany sposób nie wydaje. Na co on z rozbrajającą szczerością odpowiada: "Teraz wiem, ale nikt mi wcześniej nie powiedział, więc zrobiłem to jak umiałem!"

Widownia nie była zbyt liczna, ale nie przeszkadało jej to aktywnie uczestniczyć w spotkaniu.

Gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy

Następnie autor opowiedział nam, jak wyglądało samo pisanie. Z zawodu jest tłumaczem kabinowym, a dzięki specyfice tego zawodu pracuje w półgodzinnych zmianach. Natomiast gdy przychodzi kolej na drugiego tłumacza, Michał pisze książki. W ten sposób powstawał cały Ołowiany świt, a zajęło to raptem półtora miesiąca. Autor ukończył go 21 grudnia 2012 roku. Będzie jednak w błędzie ten, kto pomyśli, że oznaczało to jakiś "urlop" od pisania… Kolejna część zaczęła powstawać już cztery dni później! Gołkowski stwierdził nawet, że jest to o wiele lepsza zabawa niż lektura – w ten sposób można bowiem stworzyć książkę dokładnie taką, jaką chciałoby się przeczytać. Wychodzi na to, że pierwszym zadowolonym konsumentem powinien być producent.

Choć czasami, gdy czyta się własną książkę 10-15 razy, można z zaskoczeniem znaleźć w niej rzeczy wcześniej przeoczone, nie do końca dopracowane – mimo ośmiu korekt, czterech redaktorskich czytań i pięciu wewnętrznych recenzji. Albo wręcz takie, do których wolałoby się nie przyznawać. Jest ponoć taki jeden "kwiatek" w Ołowianym świcie. Michał idzie o zakład, że nikt z czytelników go nawet nie zauważył, z wyjątkiem jednego fana poznanego na Polconie, który wskazał mu w tekście ów feralny fragment, przyprawiając autora o jęk zgrozy. Błąd jest ukryty na tak abstrakcyjnym poziomie, że aż dziw, iż ktokolwiek go zauważył. W porównaniu z nim nawet dziesiąty strzał z ośmiostrzałowca byłby prymitywny i przewidywalny. Przez dłuższą chwilę indagowaliśmy Michała, zachęcając do ujawnienia błędu, którego tajemniczość bardzo mocno podziałała na naszą wyobraźnię, autor jednak był nieugięty i nie chciał zdradzić tajemnicy. Na moją nieśmiałą sugestię, że może dałoby się dyskutowaną niedoróbkę od biedy wytłumaczyć jakąś egzotyczną anomalią, których w Zonie przecież zatrzęsienie, odpowiedział zaś: "Wiesz co, chciałbym zobaczyć tę anomalię!". Nie wyjawił nam zatem tego frapującego sekretu, zachęcając zarazem do uważniejszej lektury przy kolejnej okazji.

Jak stalker ze stalkerem.

Grunt to znaleźć wspólny język

Gołkowski przyznał też, że obecnie tłumaczy własną książkę na język angielski, dostał również propozycję dokonania przekładu na rosyjski, jednak mając tylko dwie półkule mózgu i tyleż samo rąk, raczej nie planuje tego wszystkiego dokonać w najbliższym czasie. Na e-bookowe wersje na rynki niemiecki, francuski i włoski także trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Cieszy jednak, że zagraniczne zainteresowanie Ołowianym świtem istnieje i popyt ten z pewnością zostanie w przyszłości zaspokojony.

Michał opowiedział nam o przyczynach, dla których głównym bohaterem uczynił Polaka, borykającego się z rosyjskojęzycznymi postaciami i używającego języka polskiego połączonego z rosyjską składnią. Założenie to od początku miało służyć oddaniu specyficznego nastroju panującego w strefie białorusko-ukraińskiej, tak na płaszczyźnie językowej, jak i kulturowej. Autor zdaje sobie sprawę, że taki styl pisania wielu czytelnikom nie przypadnie do gustu, odzwierciedla to jednak przeżycia książkowego Misia, który niejednokrotnie popada z tych samych powodów w irytację, bo po prostu nie rozumie co się do niego mówi. Do tego niemal wszystkie opisane lokacje są autentyczne i można je znaleźć w okolicach Sochaczewa.

Wiąże się to z faktem, że sam Gołkowski nigdy nie grał w S.T.A.L.K.E.R.-a w innym języku niż rosyjski. Do dzisiaj ma problemy, gdy próbuje się porozumieć z fanami gry znającymi ją wyłącznie z wersji polskiej czy angielskiej – trudności sprawia nawet ustalenie takich drobiazgów, jak o którą anomalię, artefakt czy lokację danej osobie chodzi. Ogólnie polskie tłumaczenie Michał uważa za nieszczególnie udane.

Autor z dumą pokazuje swoje pierwsze literackie "dziecko".

Debiut i co dalej?

Pisarz pochwalił się również, że udało mu się obudzić w Fabryce Słów fascynację tematyką stalkerską. Początkowo pełne wątpliwości, teraz wydawnictwo z nadzieją patrzy na przyszłość tej serii w naszym kraju i za granicą, a plany są szeroko zakrojone. Michał szczyci się też tym, że dzięki własnemu zapałowi do książki sprowokował do jej przeczytania wszystkich pracowników działu promocji, całkiem zresztą słusznie. Może tym należy tłumaczyć rynkowy sukces Ołowianego świtu – gdy osoby reklamujące dany produkt naprawdę wierzą w jego jakość, powodzenie jest zapewnione. Na tym zaangażowanie autora w projekt się nie zakończyło. Nadzorował większość aspektów procesu wydawniczego, wszystko bowiem, od okładki, poprzez ilustracje, na skrzydełkowych notkach kończąc, musiało zostać przez niego zatwierdzone. Mało brakowało, a wydrukowałby książkę w pojedynkę. Tak bardzo zależało mu na ukazaniu się S.T.A.L.K.E.R.-a po polsku, że teraz właściwie będzie koordynować całą serię.

Na książkach się jednak nie skończy. Co prawda próba zrealizowania serialu zakończyła się niepowodzeniem: nakręcono jedynie pilota, którego jakość nie zadowoliła Grigorowicza. Zdaniem Michała – całkiem słusznie… Ale nic to – opowiedział nam za to o powstawaniu gry bitewnej typu skirmish i planowanej karciance, skierowanych do fanów uniwersum.

Znaczek naszego Klubu zajął zaszczytne miejsce nad logiem Fabryki Słów.

Nie tylko przed komputerem

Michał to zagorzały militarysta, co tydzień buszujący z podobnymi zapaleńcami w różnych dziwnych rejonach Sochaczewa i okolic. Ponieważ na spotkanie przyszedł w pełnym rynsztunku bojowym, nie omieszkał opisać nam niemal każdego elementu swojego ubioru i uzbrojenia. Uwzględnił też takie rzeczy jak mutry, pakiet opatrunkowy, apteczka czy saperka, która – jak się okazało – może mieć multum zaskakujących zastosowań. Poinformował nas też, że rosyjskie ubrania są najwygodniejsze na świecie, oraz wyjaśnił, dlaczego w razie zatrzymania przez patrol policyjny lepiej przyznać się do posiadania pistoletu-zabawki niż repliki pistoletu.

Każdy, kto poznał go na żywo, potwierdzi, że Michał Gołkowski wyrzuca z siebie słowa z prędkością kałasznikowa i porusza wiele tematów, związanych nie tylko ze światem S.T.A.L.K.E.R.-a. Niemożliwością więc byłoby przytoczyć tu wszystkie anegdoty, jakie nam opowiedział. Zgromadzona w Klubie publiczność słuchała z dużym zainteresowaniem, zadając wiele pytań, co w połączeniu z charyzmą autora nadało spotkaniu żywy, nieszablonowy charakter. Po rozdaniu autografów i zrobieniu kilku obowiązkowych zdjęć z fanami Michał został pożegnany gromkimi brawami. A także zaproszony na kolejną edycję Brwikonu, gdzie za pół roku z pewnością będzie miał nam do opowiedzenia wiele kolejnych historii związanych z fascynującym uniwersum, które, choć zapoczątkowało swe istnienie na Ukrainie, drugie życie odnalazło w Polsce. Oby jak najbardziej udane.




Czytaj również

Wywiad z Michałem Gołkowskim
Nie jestem pisarzem, jestem autorem
Droga donikąd
Zono moja
- recenzja
Drugi brzeg
Zona nigdy nie wybacza
- recenzja
Droga donikąd
Żółtodziób w Zonie
- recenzja
Spotkanie z Wiktorem Noczkinem
Nie przyszedł pisarz do Zony, przyszła Zona do pisarza
Ołowiany świt
W głąb Zony, w głąb siebie
- recenzja

Komentarze


Edgar Allan
   
Ocena:
+2

Bardzo barwna i rzeczowa relacja! Masa ciekawych informacji - można się poczuć prawie jak realny uczestnik tego wydarzenia.

Swoją drogą... nie przypuszczałem, że praca nad "Ołowianym Świtem" nastręczała tylu problemów natury wszelakiej. Tym bardziej doceniam pracę i inicjatywę Michała Gołkowskiego. A do książki przymierzam się już od jakiegoś czasu. ;)

17-02-2014 15:23

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.