» Recenzje » Onimusha: Way of the Sword

Onimusha: Way of the Sword


wersja do druku

Dobrze jest być łowcą demonów

Redakcja: Agata 'aninreh' Włodarczyk, Jan 'gower' Popieluch

Onimusha: Way of the Sword
Fani serii Onimusha musieli długo czekać na jej nową odsłonę – ostatnia część japońskiego cyklu o wojownikach uzbrojonych w magiczne rękawice ukazała się bowiem aż dwadzieścia lat temu. Capcom zdecydował się wreszcie na wskrzeszenie tej mocno już zapomnianej marki – przekonajmy się zatem, czy warto było do niej powrócić za sprawą Way of the Sword.  

Miyamoto Musashi, niezwykle uzdolniony ronin, wędruje po Japonii w poszukiwaniu nowych wyzwań i silnych wrogów, by móc cały czas doskonalić swoje umiejętności szermiercze. Pewnego dnia, po uciecze przed samurajami, żądnymi zemsty za doznane upokorzenie, natyka się w lesie na potwory z piekła rodem, po czym bezceremonialnie zostaje przez nie zabity. Na tym jego historia się jednak nie kończy, gdyż już po kilku minutach Miyamoto wraca do życia przez enigmatycznego mężczyznę w białych szatach – i ze zdziwieniem odkrywa, że ma przytwierdzoną do ręki magiczną rękawicę, mówiącą kobiecym głosem i niemożliwą do zdjęcia. Tak oto zaczyna się wielka przygoda, a Musashi co rusz będzie walczyć przeciwko demonicznym zastępom, pozna nowych sojuszników, zyska śmiertelnych wrogów, oraz, być może, nauczy się, co to znaczy faktycznie być kimś silnym.  

Najlepszy atak to dobra obrona 

Onimusha: Way of the Sword to inspirowana azjatyckimi legendami gra akcji oparta przede wszystkim na walce mieczem i widowiskowych pojedynkach z bossami. Jednocześnie, co może być zaskakujące, biorąc pod uwagę obecne trendy w branży, nie jest grą typu soulslike, nawet jeśli można w niej dostrzec pewne podobieństwa do tego gatunku. Porażka nie skutkuje tu utratą zasobów, poziomy są w większości przypadków liniowe, nie ma też potrzeby obawiać się zasadzek ze strony wrogów czyhających tuż za rogiem. Zamiast tego możemy skupić się na szlifowaniu swoich umiejętności, walcząc z licznymi, lecz mało groźnymi paskudztwami atakującymi siedemnastowieczne Kioto i przedzierać się przez wrogie zastępy w kierunku stanowiących znacznie większe wyzwanie bossów.  

Jak można odgadnąć, zdecydowaną większość czasu będziemy spędzać na starciach z demonicznymi przeciwnikami – dobrze więc, że systemy rozgrywki z tym związane stanowią największą zaletę tej produkcji. Podstawy są proste – jeden przycisk odpowiada za atak, drugi za blok, trzeci za unik, twórcy zadbali jednak o to, by nasz arsenał opcji ofensywnych i defensywnych był stopniowo rozwijany podczas przygody. Zablokowanie wrogiego ciosu na krótko przed trafieniem skutkuje jego sparowaniem, a po wykonaniu tego manewru wystarczająco wiele razy nasze ostrze zaczyna płonąć błękitnym ogniem, zwiększając zadawane obrażenia. Z kolei poprzez odskakiwanie przed atakami przygotowujemy się do kontrataku, pozwalającego na błyskawiczne pokonanie dystansu między nami a wrogiem i natychmiastowe przeprowadzenie ataku.  

Można też odbijać wrogie pociski, aby wyeliminować łuczników, nie ruszając się z miejsca. Spośród umiejętności Musashiego najtrudniejszą do wykonania i najgroźniejszą wobec przeciwników sztuczką jest Issen. Polega on na wyprowadzeniu ataku na ułamek sekundy przed byciem trafionym, z okienkiem czasowym jeszcze krótszym niż w przypadku parowania lub odbijania ciosów – gdy jednak ten manewr nam się powiedzie, to przeprowadzona kontra wyeliminuje większość standardowych przeciwników oraz zada mnóstwo obrażeń nawet tym silniejszym. 

Wyjątkowo grzeczne demony czekają na swoją kolej 

Liczba dostępnych interakcji (a nie wymieniłem nawet ich wszystkich) może wydawać się zbędnie wysoka, ale w trakcie rozgrywki wprowadzane są nowe rodzaje wrogich ataków, wymagające od nas konkretnego rodzaju reakcji. Jeśli więc chcemy grać w optymalny sposób, eliminując przeciwników maksymalnie efektywnie i efektownie, to siłą rzeczy będziemy wykorzystywać wszystkie z udostępnianych nam opcji. Nawet zwykli przeciwnicy stopniowo zaczynają być innowacyjni w późniejszych godzinach zabawy – nie powinniśmy zatem spoczywać na laurach, lepiej być w pełni skupionym w trakcie potyczek.  

Opisana wyżej różnorodność sprawia, że Onimusha: Way of the Sword to tytuł prawie idealny pod względem mechanik walki, lecz jest jeden trudny do zignorowania problem. Zdecydowana większość wrogów jest najzwyczajniej w świecie mało agresywna i nawet gdy są w grupie, to grzecznie czekają w kolejce na zaatakowanie nas, przez co walki z nimi nie stanowią przez bardzo długi czas żadnego wyzwania. Z tego też powodu, nawet jeśli mamy tak fajne możliwości obronne, to znacznie szybciej po prostu skupić się na ofensywie, bo czekanie na okazję do przeprowadzania kontry prowadzi głównie do marnowania czasu. Grając na najwyższym dostępnym na starcie poziomie trudności (po pierwszym przejściu zostaje odblokowany kolejny), przez pierwszą połowę gry można czuć się, jakbyśmy grali na Łatwym. Później wprawdzie robi się lepiej pod tym względem, jednak brak większej agresji wśród napotykanych demonów jest mocno odczuwalny, zwłaszcza jeśli mieliście już do czynienia z bardziej wymagającymi tytułami.  

Jedne z najlepszych pojedynków w branży 

Dobrze przynajmniej, że nie do końca satysfakcjonujące potyczki wypełniające eksplorację poziomów w pełni wynagradzają te przeciwko bossom. Są emocjonujące, widowiskowe oraz na tyle zbalansowane, by gracz faktycznie musiał się wysilić, by wygrać, unikając przy tym poczucia frustracji, gdy zajmuje to więcej czasu, niż się spodziewał. Ogromny wpływ na zabawę czerpaną z najważniejszych walk mają wysokiej jakości animacje, tak głównego bohatera, jak i jego oponentów. Każdemu blokowi, ciosowi, paradzie, unikowi i innego rodzaju manewrom towarzyszą efekty audiowizualne sprawiające, że chcemy odnosić kolejne sukcesy choćby po to, by móc dalej cieszyć oczy pieczołowicie wykonanymi animacjami przygotowanymi przez twórców. Nie da się tu wymienić żadnego bossa, którego da się określić nudnym – walka z każdym zapewnia prawdziwy zastrzyk adrenaliny i właśnie dla tych momentów warto zagrać w nowego Onimushę.  

Niestety, kolejne istotne niedociągnięcie dotyczy minibossów. Starcia z nimi też są świetnie i niczym nie odstają od głównych bossów fabularnych, ale... jest ich tylko dwójka. Za każdym razem, gdy przychodzi pora na walkę z kimś pomiędzy szeregowym złolem a ważnym fabularnie wrogiem, pojawia się jeden z tychże dwóch minibossów, przez co po pewnym czasie wywołują raczej efekt dość komiczny. Z jednej strony można przynajmniej popisać się wówczas swoimi umiejętnościami i "rozmontować" ich od niechcenia dzięki doświadczeniu nabytemu z poprzednich walk, jednak przykre jest to, że deweloperzy nie przygotowali większej puli ważniejszych wrogów po to, by nie nadużywać tych obecnych w obecnej wersji gry.  

Żmudna jest praca magicznego samuraja 

Way of the Sword kontynuuje trend, który wcześniej w tym roku widzieliśmy już w przypadku Nioh 3 oraz Code Vein II, czyli mieszanie liniowych poziomów z otwartym światem. W przypadku Onimushy świat to trochę za dużo powiedziane, bo do naszej dyspozycji oddano głównie Kioto i jego obrzeża, ale tak czy siak mamy tu do czynienia z największą mapą dostępną w grze, wypełnioną ukrytymi zakamarkami, znajdźkami, zadaniami pobocznymi i ludźmi do uratowania. Szkoda tylko, że w dużej mierze owe aktywności poboczne są mało interesujące i nie czuć, by deweloperzy poświęcili zbyt wiele wysiłku przy ich przygotowywaniu. Być może eksplorowanie miasta wypadałoby lepiej, gdyby było ciekawsze wizualnie, ale tak nie jest – gdziekolwiek się nie ruszymy, ujrzymy te same kolory i kształty, bez żadnego urozmaicenia. Smuci to, tym bardziej że główne poziomy fabularne sprawiają znacznie lepsze wrażenie, pomimo swojej korytarzowości – gdyby pozwolić twórcom skoncentrować się wyłącznie na nich, całość prawdopodobnie by na tym zyskała.  

Twórcom nie udało się jednak uniknąć innego problemu, widocznego przede wszystkim w drugiej połowie przygody – sztucznego wydłużania czasu gry. Nawet nie licząc wspomnianej średnio fascynującej zawartości pobocznej, stosunkowo często będziemy mieli do czynienia z momentami w fabule, gdy ta wyraźnie się zatrzymuje. Jesteśmy wówczas zmuszani do biegania po mieście i zamykania demonicznych portali, zanim będziemy mogli wrócić do bardziej konkretnych zadań, takich jak eksploracja nowych lokacji czy poszukiwanie bossa do pokonania. Im dalej w przygodę, tym częściej jesteśmy w ten sposób zatrzymywani, co w połączeniu z dużą powtarzalnością wśród napotykanych przeciwników wywołuje głównie irytację.  

Kino samurajskie w wersji growej

Większych zarzutów nie można mieć wobec intrygi. Onimusha: Way of the Sword cechuje się prostą historią, ale za to opowiadaną kompetentnie, a za jej największą zaletę należy uznać postacie. Musashi jest mało bohaterskim protagonistą, niemalże zmuszonym do działania przez okoliczności, a ponadto myśli głównie o sobie i nie zna się w zasadzie na niczym poza szermierką. Jednocześnie jego wady dają tu spore pole do popisu scenarzystom, przede wszystkim poprzez jego ewoluujące relacje z innymi postaciami, prowadzące do stopniowej akceptacji przydzielonego mu zadania. Warto też wspomnieć o tym, jak ekspresywna jest jego mimika podczas dialogów i cutscenek – można wręcz założyć, że animatorzy włożyli więcej wysiłku w robione przez niego miny, niż inni deweloperzy w całe postacie w konkurencyjnych produkcjach.  

Onimusha: Way of the Sword to historia, której elementy mogliśmy już zapewne widzieć wielokrotnie w innych produkcjach, ale za sprawą umiejętnie wyreżyserowanych przerywników filmowych, świetnej obsady głosowej (w wersji japońskiej – angielski dubbing zauważalnie mniej pasuje do poszczególnych bohaterów) oraz sporej dawki humoru, fabuła powinna przypaść do gustu graczom. Na szczególną uwagę zasługują też antagoniści, niezbyt skomplikowani, ale za to tak psychotyczni i ekstrawaganccy, że naprawdę chce się ich powstrzymać.  

Capcom kontynuuje dobrą passę 

Pomijając kwestię animacji, oprawa graficzna jest co najwyżej niezła – wprawdzie modele postaci wyglądają dobrze, a niektóre lokacje prezentują się bardzo ładnie, to w dużej mierze mamy tu jednak do czynienia z powtarzalnie wyglądającymi, nudnymi wizualnie poziomami, klepanymi na jedno kopyto. Z drugiej strony, użyty silnik zasługuje na pochwałę ze względu na świetnie wykonana optymalizację – gra powinna bez większego problemu działać płynnie nawet na nieco starszych maszynach. W trakcie gry nie doświadczyłem też żadnych konkretnych bugów – o ile można mieć wątpliwości co do pewnych rozwiązań zastosowanych przez twórców, to nie można polemizować z tym, że otrzymaliśmy doszlifowany pod względem technicznym tytuł.

Do pewnego momentu sądziłem, że Onimusha: Way of the Sword może być moją ulubioną grą wydaną w tym roku, lecz im byłem bliżej końca, tym widoczniejsze stawały się różnego rodzaju niedociągnięcia, jak sztuczne wydłużanie czasu rozgrywki, przeciętne projekty poziomów i obecne przez całą grę problemy z mało agresywnymi przeciwnikami i ich niską różnorodnością. Z drugiej strony, otrzymujemy tu zaskakująco fajną historię, świetny system walki oraz emocjonujące i widowiskowe walki z bossami, które są na tyle dobre, że pozwalają w dużym stopniu przymknąć oku na wymienione wcześniej przywary najnowszej produkcji Capcomu. Ideału nie udało się osiągnąć, ale nowy Onimusha mimo wszystko jest udanym powrotem do tej franczyzy po dwudziestoletniej przerwie – pozostaje tylko liczyć na to, że twórcy wezmą sobie do serca krytykę i zadbają, by potencjalna kontynuacja była jeszcze lepsza.  

Plusy: 

  • rozbudowany, lecz intuicyjny system walki
  • świetne walki z bossami
  • dobrze opowiedziana historia
  • charyzmatyczny protagonista i bombastycznie podli antagoniści
  • widowiskowe animacje
  • wysoki poziom doszlifowania produkcji 

Minusy:  

  • niezbyt interesujący otwarty świat
  • niska różnorodność przeciwników
  • gra jest zbyt prosta, pomijając starcia z bossami
  • sztuczne wydłużanie czasu gry 
8.5
Ocena recenzenta
8.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Onimusha: Way of the Sword
Producent: CAPCOM
Wydawca: CAPCOM
Dystrybutor polski: Cenega
Data premiery (świat): 4 września 2026
Data premiery (Polska): 4 września 2026
Wymagania sprzętowe: Konfiguracja minimalna: Wymaga 64-bitowego procesora i systemu operacyjnego System operacyjny: Windows 11 Procesor: Intel Core i5-8400 / AMD Ryzen 3 3100 Pamięć: 16 GB RAM Karta graficzna: GeForce GTX 1660(6GB) / Radeon RX 5500 XT(8GB) DirectX: Wersja 12 Miejsce na dysku: 50 GB dostępnej przestrzeni
Sugerowana cena wydawcy: 299 zł



Czytaj również

Resident Evil Requiem
Najlepsze elementy współczesnych Residentów podane na jednym talerzu
- recenzja
Resident Evil 3
Zombie powstają ponownie
- recenzja
Devil May Cry 5
Diabelnie dobra zabawa
- recenzja
Kontynuacja czy reaktywacja?
rozważania nad upadkiem standardów produkcji gier
Haunting Ground
Dziewczyna z sąsiedztwa i pies
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.