» Recenzje » Into the Breach

Into the Breach

Into the Breach
W niedalekiej przyszłości ludzkość zaatakują obcy. Nie nadciągną z kosmosu, a wyłonią się spod ziemi i obrócą całą cywilizację w perzynę. Chyba, że cofniesz się w czasie i pokierujesz siłami obrony tak, że uda się jej wyjść z tego obronną ręką!

Studio Subset Games znane jest przede wszystkim ze strategii FTL: Faster Than Light. Przy zakupie Into the Breach dostajemy zresztą w gratisie FTL – Advanced Edition. Samo Into the Breach to natomiast turowa strategia taktyczna, w której kierujemy przedstawicielami sił ludzkości, stających do walki z wyłaniającymi się spod ziemi robalami – vekami.

O co tu chodzi?

Po rozpoczęciu gry należy wybrać eskadrę. Jest ich w sumie osiem, jednak na początku dostępna jest tylko podstawowa – na pozostałe trzeba sobie zapracować. Wybieramy także dowódcę. Jest o tyle ważny, że posiada umiejętności mające wpływ na cały oddział lub nawet przebieg rozgrywki. Każda eskadra to trzy maszyny – dwie ofensywne i jedna defensywna lub ze specjalnymi umiejętnościami. Osiem eskadr ma ściśle ustalone składy maszyn i nie można tego zmienić, jeśli jednak odblokuje się kilka, można stworzyć dziewiątą (dobraną losowo) oraz dziesiątą (z jednostek wskazanych przez siebie).

Niezależnie od wyboru eskadry schemat rozgrywki jest taki sam. Mamy wyspę podzieloną na sześć lub siedem sektorów. W każdym należy stoczyć bitwę z vekami i wykonać zadania, na przykład zabić przywódcę robali lub zniszczyć zaporę. Za każde otrzymuje się jeden punkt reputacji lub jeden Power Grid. Plansza podzielona jest na kwadraty, na których znajdują się puste pola, dziki teren (las, góra, woda), a także budynki zamieszkałe przez ludzi. Przy rozpoczęciu gry mamy kilka punktów Power Grid (Sieć energetyczna). Jeśli vek uderzy w budynek zamieszkały przez ludzi i ulegnie on zniszczeniu, wtedy tracimy jeden lub dwa PG. Jeśli liczba punktów spadnie do zera – koniec zabawy, przepadają wszystkie zdobyte sektory i... nasza eskadra wykonuje skok w czasie. Znajdujemy się z powrotem na ekranie tytułowym i możemy ponownie rozpocząć misję przy zachowaniu dowódcy (wraz ze zdobytym przez niego doświadczeniem) lub jego wymianie na nowego. A skąd wziąć nowych? Otóż na losowo wybranych planszach spada z nieba kapsuła czasu. Są w niej elementy wyposażenia mechów oraz kolejni dowódcy. Na jednej wyspie spadają maksymalnie dwie kapsuły, a żeby skorzystać z ich zawartości, należy zająć pole, na którym kapsuła wylądowała, nim zrobią to vekowie.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

W następujących po sobie turach każdy z mechów i veków może wykonać ruch oraz zaatakować lub naprawić swoje uszkodzenia. Oczywiście zarówno liczba punktów życia jednostki, jak i zasięg oraz broń różnią się znacznie w zależności od składu eskadry i znajdujących się w niej maszyn. Można je ulepszać za pomocą znajdowanych w kapsułach czasu części, a jeżeli uda się wyzwolić całą wyspę, można wydać zdobyte punkty reputacji na usprawnienia i ulepszenia. Nowi dowódcy dają eskadrze pewne umiejętności – na przykład całkowitą odporność maszyn na ogień. Są także cechy mające wpływ na całą rozgrywkę, takie jak start z trzema punktami PG więcej, co jest bardzo istotne.

Pozycja dla prawdziwych strategów

Najważniejsze w Into the Breach jest to, że nie mamy do czynienia ze strategią, w której sukces zależy od posiadanego sprzętu (choć oczywiście jest on ważny) ani siły ognia, a przede wszystkim od myślenia. Jest to komputerowa gra planszowa, którą śmiało można porównać do szachów. W swojej turze należy starannie planować ruch i akcje każdej z maszyn, przewidując konsekwencje jej działania i optymalnie wykorzystując posiadane możliwości. Przykładowo – podstawowa jednostka artylerii zadaje jedno obrażenie oraz odpycha na boki wszystkie jednostki znajdujące się w sąsiedztwie miejsca uderzenia pocisku. Robale z kolei nie potrafią pływać. Dlatego, jeśli vek mający trzy punkty życia stoi nad brzegiem zbiornika wodnego, nie ma sensu uderzać w niego, ale wycelować obok wroga, aby podmuch zepchnął go do wody i wyeliminował z walki. Podobnie możemy przesuwać veków tak, aby ustawiać ich na linii ataku towarzyszy, dzięki czemu wybijają się same.

Into the Breach nie jest grą łatwą i przyjemną. Prosta oprawa graficzna nie równa się nieskomplikowanej rozgrywce, wręcz przeciwnie – łatwo pójdzie tylko w pierwszych kilku misjach, a potem zaczynają się schody i pojawiają się coraz silniejsi przeciwnicy. Gdy zaczynamy walczyć na wyspie, nie możemy jej opuścić nie zakończywszy wszystkich zaplanowanych na niej bitew. Dopiero po zwycięstwie kolejna wyspa zostaje odblokowana – jeśli będziemy zaczynać grę od nowa, mamy ich do wyboru tyle, ile odblokowaliśmy podczas całej rozgrywki. Mapa świata to zaledwie cztery wyspy, czyli stoczymy około trzydziestu bitew.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Miejscami mechanizm zgrzyta

Za główny minus można uznać dość dużą losowość, jaka pojawia się na każdej mapie. Przed rozpoczęciem rozgrywki wybieramy pola, na których wylądują nasze wkraczające do walki jednostki. Niestety, czasami ułożenie terenu wymusza takie ich rozstawienie, że nie ma szans na dotarcie do veka atakującego oddalony budynek, ani nawet dosięgnięcie go za pomocą ognia artylerii. Tracimy przez to cenny punkt PG. Raz na bitwę można powtórzyć turę – jednak nie obejmuje to ponownego rozstawienia startowego własnych jednostek. Druga wada to całkowita enigmatyczność eskadr przed odkryciem. Kupujemy je za specjalne punkty, te zaś otrzymujemy za osiągnięcia zyskiwane podczas gry (jedno osiągnięcie – jeden punkt) i są to ciężko zapracowane pieniądze. Jednak na ekranie wyboru eskadr widzimy tylko ich nazwy i zarysy sylwetek mechów, ale nie otrzymujemy żadnych informacji na temat tego, jakie mają zdolności. Dlatego po prostu kupujemy je w ciemno i można się srodze rozczarować.

Into the Breach to pozycja, która przyciągnie prawdziwych miłośników strategii oraz gier logicznych. W tej wojnie liczy się przede wszystkim myślenie i planowanie. Choć nie mamy do czynienia z fajerwerkami graficznymi, oszczędna, kojarząca się ze starszymi grami oprawa wizualna jest bardzo czytelna i chwała jej za to. Ale co najważniejsze – rozgrywka wciąga po uszy i po zakończeniu jednej bitwy od razu mamy ochotę rzucić się w wir następnej. W strategiach 4X mamy tak zwany syndrom jeszcze jednej tury, a w Into the Breach pojawia się syndrom: "ok., zaraz pójdę spać, ale jeszcze jedna bitwa". Jest to świetna zabawa, którą gorąco polecam!

Plusy:

  • wciągająca rozgrywka
  • czytelna oprawa graficzna
  • proste zasady, dające jednak dużo możliwości
  • sukces zależny od myślenia

Minusy:

  • kupowanie eskadr w ciemno
  • momentami irytująca losowość

Into the Breach zagraliśmy dzięki uprzejmości sklepu GOG.com

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Galeria


8.5
Ocena recenzenta
8.75
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Into the Breach
Producent: Subset Games
Wydawca: Subset Games
Data premiery (świat): 27 lutego 2017
Wymagania sprzętowe: Procesor 1,7 GHz; 1 GB RAM; Intel HD 3000; Windows Vista/7/8/10; 300 MB wolnego miejsca na dysku twardym
Nośnik: dystrybucja cyfrowa
Strona WWW: subsetgames.com/itb.html
Platformy: PC
Sugerowana cena wydawcy: 53,99 PLN

Komentarze

string(15) ""

Asthariel
   
Ocena:
0

FTL było świetne, zatem Into the Breach również prędzej czy później na pewno trafi do mojej kolekcji.

20-03-2018 13:19
TO~
   
Ocena:
0

@Asthariel twórcy dali radę. Into the Breach jest przynajmniej tak samo fajne jak FTL.

@Henryk Tur "kupowanie" nowych modeli w ciemno akurat mi się spodobało. Mam obecnie odblokowane wszystkie - łącznie z tzw. sekretnym - dopiero on nieco rozczarowuje :)


 

20-03-2018 17:26
Henryk Tur
   
Ocena:
0

Dla mnie Rusty są bez sensu. Ale ogniste behemoty uwielbiam :)

21-03-2018 08:40
TO~
   
Ocena:
0

A mnie się Rustami grało dobrze. Podobnie jak Behemotami i Tytanami. A już najwięcej radochy jest przy samodzielnym ustalaniu składu. Kombat Mech, Laser Mech, Aegis Mech  - ubaw po pachy :)

21-03-2018 10:26
Henryk Tur
   
Ocena:
+1

No, samodzielny zawsze na plus. W Rustach mi ten trzeci ciągutek się nie absolutnie podoba. Na terenach bez wody i dołków jest bezużyteczny w większości przypadków. Uwielbiałem za to artylerią (podstawowy zestaw) spychać veki do wody i na punkty, w których mają się kolejne pojawić. 

21-03-2018 11:28
TO~
   
Ocena:
0

Spychanie veków i blokowanie nimi tych co mają wyleźć spod gleby - totalna frajda. A jednostki z kategorii "science" (w tym wymieniony przez Ciebie ciągutek) - dostają dużego kopa. kiedy za ich sterami posadzimy operatora, za którego odblokowanie dostaje się osiągnięcie "Distant Friends" - nie zdradzam o co chodzi, żeby nikomu radochy nie zepsuć.


PS. Blitzkriegi też są spoko. Najmniej radochy miałem chyba przy Steel Judoka

21-03-2018 12:09
Henryk Tur
   
Ocena:
0

Mi się podobał ten z Zenitów, który zmieniał się miejscami z wrogiem. Wchodziłem nim na ogień albo wodę i "pozwól tutaj, kolego" :)

21-03-2018 13:22

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.