» » Face Noir

Face Noir


wersja do druku

Chandler zagłuszony jazzem

Redakcja: Aleksandra 'yukiyuki' Cyndler, Jan 'gower' Popieluch

Face Noir
Po zagraniu w Face Noir jazz już nigdy nie będzie brzmiał tak samo. Od tej pory może kojarzyć się z godzinami przedzierania się przez źle zaprojektowane lokacje i z mętną historią, której na dodatek twórcy nie raczyli ukończyć.

Sukces gier ze studia Telltale Games mógłby wskazywać, że przyszłość przygodówek to interaktywne filmy, stawiające na emocje i ograniczające do minimum konieczność klikania po otoczeniu. Niemniej klasyczne gry point’n’click wciąż istnieją i co jakiś czas nawet nasi rodzimi wydawcy rzucają na rynek nowe tytuły albo w ostateczności lokalizują produkcje sprzed kilku lat, które umknęły uwadze szerszej publiczności. Przykładem takiego działania jest wyprodukowane we Włoszech Face Noir, które dopiero teraz doczekało się polskiej premiery. Choć po prawdzie byłoby chyba lepiej, gdyby pozostało w naszym kraju nieznane...

Sponiewierane zmysły

Face Noir miało oficjalną premierę w połowie 2012 roku. Patrząc na grafikę, trudno w to uwierzyć. Tła wyglądają jeszcze znośnie, ale obiekty na bliskim planie, sylwetki bohaterów, a zwłaszcza ich śmiesznie sztywny sposób poruszania przywodzą na myśl znacznie odleglejsze lata. Prawdziwy dramat zaczyna się w trakcie dialogów, gdy następuje zbliżenie na twarze bohaterów. Mamy wtedy okazję podziwiać kanciaste modele facjat, kłapiące szczękami w jednostajnym tempie, bez prób choć minimalnej synchronizacji z wypowiadanymi kwestiami. Tak żenująco złej animacji trzeba by chyba szukać w produkcjach z lat 2005–2006. Jasne, że grafika nie jest w przygodówkach najważniejsza, ale pewien minimalny standard powinien obowiązywać. Face Noir jest po prostu brzydkie i to pierwszy poważny powód, żeby omijać tę niewydarzoną produkcję szerokim łukiem.

Skoro nie ma uczty dla oczu, to może znajdzie się coś dla ucha? Atutem gry miał być przygrywający w tle jazz, który jednak jest wszechobecny (towarzyszy graczowi prawie w każdej lokacji) i oferuje dość anemiczne kawałki, dlatego szybko się nudzi. A ponieważ gra jest długa, mamy wiele czasu, aby zirytować się i poszukać w opcjach możliwości wyciszenia muzyki. Nie najlepiej prezentują się także podkładający głosy aktorzy. Wypowiadane kwestie często brzmią sztucznie i są na siłę stylizowane na zapijaczonego detektywa/złego komisarza policji/ulicznego cwaniaczka.

Trudno i nudno

Uszy również mamy już uszkodzone. W takim razie może przynajmniej porządnie rozgrzejemy mózg? Niestety, istnieje obawa, że i ten organ mocno ucierpi w trakcie gry w Face Noir. Włoska produkcja ma do zaoferowania wiele zagadek i łamigłówek, ale ich sposób wykonania często bardziej frustruje, niż dostarcza intelektualnej satysfakcji.

Gra jest piekielnie trudna. Samo w sobie to oczywiście nie jest wadą, ale poczekajcie na wyjaśnienie, z czego ta trudność wynika. Jak to bywa w grach point’n’click, naszym głównym zadaniem jest odnajdywanie i używanie na otoczeniu odpowiednich przedmiotów. Tak się jednak składa, że zdecydowana większość gry rozgrywa się w przestronnych lokacjach, na których porozrzucana jest cała masa różnego śmiecia, a bohater wzrostem przypomina co najwyżej dorodna mrówkę. Jeśli dodamy do tego, że wszystko utrzymane jest w szaro-brązowej kolorystyce, a przy najechaniu na obiekty nie wyświetlają się podpisy, otrzymamy w rezultacie prawdziwą przygodówkową masakrę – musimy ślęczeć przed monitorem, lustrując jednobarwne otoczenie w poszukiwaniu malutkich elementów, a potem jeszcze zaklikać się na śmierć, żeby dowiedzieć się, czym w ogóle są znalezione przez nas nas obiekty (często są tak małe, że po prostu nie widzimy, czy coś wystającego ze ściany jest np. skrzynką pocztową, czy może siedzącym na poręczy ptakiem).

Na szczęście istnieje opcja podświetlania przedmiotów. Używanie jej w tej grze nie jest pójściem na łatwiznę, lecz smutną koniecznością – inaczej już po kilku lokacjach gracz będzie nadawał się wyłącznie do owinięcia w kaftan i zamknięcia w domu z miękkimi ścianami. Jednak nawet ta opcja nie uchroni nas przed faktem, że gra jest stuprocentowo liniowa i wszystkie dostępne czynności możemy wykonać jedynie w tym konkretnym momencie, w którym zaplanowali to twórcy. Oznacza to często konieczność ponownego klikania po już przeczesanych lokacjach, bo to, że coś było nieaktywne jeden dialog temu, nie oznacza, że właśnie teraz nie jest niezbędne do posunięcia akcji do przodu.

Osobną sprawą są łamigłówki, którymi obficie uatrakcyjniono zabawę. Prezentują one różny poziom: od dość logicznych, po absurdalnie czasochłonne i możliwe do rozwiązania tylko metodą prób i błędów. Tych ostatnich jest niestety więcej i co gorsza zazwyczaj trudno wskazać jakikolwiek sens umieszczenia ich w grze, może poza sztucznym wydłużeniem czasu rozgrywki, bo umocowania w fabule nie mają żadnego. Najgorsze z najgorszych są zaś chyba zagadki, w których musimy połączyć w całość rozsypane przedmioty. Nie dość, że wymagają one pedantycznej dokładności w dopasowywaniu elementów (dopóki nie trafimy ząbkiem w ząbek i kantem w kancik, nie ma zmiłuj – gra nie przepuści nas dalej), to jeszcze zmuszają do obracania fragmentów, a te są tak nędznie przedstawione, że często nie wiadomo, gdzie dół a gdzie góra.

Włoska Szalona Pomarańcza

Jedynym, co byłoby w stanie usprawiedliwić tak frustrującą rozgrywkę, mogłaby być wciągająca fabuła. Na nią również nie możemy jednak liczyć. Mówiąc bardziej precyzyjnie, jest ona równie żenująca jak cała reszta produkcji.

Przenosimy się do Stanów Zjednoczonych lat 30-tych i wcielamy się w prywatnego detektywa Jacka Del Nero. Przez pewien czas zanosi się na kryminał w stylu Chandlera, ale szybko przestaje się zanosić na cokolwiek poza ciągłą nudą. Detektyw kręci się z miejsca na miejsce, próbując ustalić, kto zamordował jego byłego partnera z czasów służby w policji. Okazuje się, że za sprawą ciągnie się szyta grubymi nićmi intryga. Nie ma w niej jednak dynamicznych zwrotów akcji, czy choćby stopniowo odsłanianych (o zgrozo) elementów układanki – aż do samego końca nie ma mamy bladego pojęcia, co się właściwie dzieje. Gdy zaś dotrzemy do końca, wyjaśnienie okazuje się tak kretyńskie i słabo powiązane z wcześniejszymi wydarzeniami, że pozostaje tylko złapać się za głowę i rozpaczać nad straconym podczas gry czasem.

Jakby tego było mało, gra kończy się cliffhangerem i zaproszeniem do oczekiwania na ciąg dalszy. Trzeba mieć potężny tupet, aby wierzyć, że coś tak nieudanego jak niniejsza produkcja może zachęcić choć jednego gracza do oczekiwania na sequel. Twórcom z włoskiego studia Mad Orange wypada pozazdrościć poczucia własnej wartości. Umiejętności tworzenia gier już jednak niekoniecznie, bo Face Noir to jak dotąd ich jedyna produkcja i na szczęście nic nie wskazuje, żeby miała doczekać się kontynuacji.

Plusy:

  • w niektórych lokacjach tła bywają ładne
  • idealna jako środek na bezsenność

Minusy:

  • oprawa graficzna rodem z połowy ubiegłej dekady
  • potwornie nudne szukanie i zbieranie przedmiotów
  • czasochłonność i jakość wykonania większości zagadek
  • słaba fabuła
  • absurdalne zakończenie
3.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Face Noir
Producent: Mad Orange
Wydawca: Daedalic Entertainment
Dystrybutor polski: IQ Publishing
Data premiery (świat): 31 lipca 2012
Data premiery (Polska): 17 września 2014
Wymagania sprzętowe: Core 2 Duo 2 GHz, 1 GB RAM (1,5 GB RAM – Vista/7), karta grafiki 128 MB (GeForce 5900 lub lepsza), 2 GB wolnego miejsca na dysku, Windows XP/Vista/7
Strona WWW: www.facenoir.com/
Platformy: PC
Sugerowana cena wydawcy: 49,90 zł.
Tagi: Face Noir

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.