» Artykuły » Publicystyka » Dying Light

Dying Light


wersja do druku

Gdy zachodzi słońce, budzą się zombiaki

Autor: Redakcja: Jan 'gower' Popieluch

Dying Light
Dying Light to najnowsza produkcja jednego z większych rodzimych studiów, Techlandu, znanego graczom z Call of Juarez czy Dead Island. Premiera Dying Light jest zaplanowana na rok 2014. W tej chwili gra jest w fazie pre-alpha, ale już teraz odbywają się pierwsze pokazy. Podczas gdy na E3 mogliśmy jedynie obserwować rozgrywkę pracownika studia, to na pokazie prasowym, który odbył się w piątek we wrocławskiej siedzibie Techlandu, po raz pierwszy dano dziennikarzom możliwość samodzielnego zagrania w ten tytuł.
____________________


Człowiek człowiekowi wilkiem, a zombie zombie zombie

Podczas pierwszej części pokazu zaprezentowano nam fragment rozgrywki wraz z krótkim komentarzem dotyczącym podstawowych założeń gry. Główną osią fabuły Dying Light jest, podobnie jak w Dead Island, swego rodzaju zombie-apokalipsa – niezwykła zaraza, która zamienia ludzi w bezduszne, żywiące się ludzkim mięsem bestie. To nieco odświeża wytarty schemat starego dobrego zombiaka – nasi przeciwnicy nie są nieumarłymi, lecz żywymi, chorymi ludźmi, przemienionymi w mniejszym lub większym stopniu; niektórzy z nich nadal zachowali resztki świadomości i ludzkich odruchów. Zaraza ma też dodatkowy wpływ na przemienionych: w ciągu dnia są niemrawi i niezbyt groźni, ale gdy tylko zajdzie słońce, stają się silniejsi i bardziej agresywni.

Protagonista, jako jedna z niewielu niezarażonych osób, krąży po pełnym zombiaków mieście i próbuje zbierać zrzuty z lekarstwami i bronią, potrzebnymi jego grupie do przeżycia, w międzyczasie walcząc o życie i zasoby. W tym pierwszym pomagać mu będą efektowne umiejętności związane z parkourem, w drugim – głównie broń biała i chwyty judo.

W trakcie wykonywania konkretnych zadań w grze pojawią się też losowe wydarzenia, na które można zareagować lub je zignorować – na pokazie były to krzyki dziewczynki, która zamknęła się w szafie, ukrywając przed zarażonym ojcem. Gracz spróbował jej pomóc, tracąc jednak przy tym cenny czas, przez co w wyścigu po zrzut z bronią przegrał z lepiej uzbrojoną grupą ludzi, która akurat obrała sobie ten sam cel.
Run, Forrest, run!


W drugiej części spotkania mogliśmy osobiście doświadczyć gry w Dying Light. Podczas misji, której fragment przeszliśmy, celem początkowo było podłożenie bomby w budynku traktowanym przez zombiaki jako kryjówka. Niestety, w międzyczasie coś poszło nie tak i w efekcie najpierw musieliśmy zająć się poszukiwaniem zagubionych kolegów.

Na początku spore wrażenie robią możliwości związane z poruszaniem się: bohater skacze jak kozica i wspina się niczym ryś, dzięki czemu możemy szybko dostać się praktycznie w dowolne miejsce. Akrobacje te, widziane z perspektywy pierwszej osoby, przywodzą nieco na myśl Mirror's Edge. Zniszczone, bardzo efektownie wyglądające miasto obfituje w zróżnicowane obiekty wręcz kuszące do wspinaczki. Choć przemieszczać się moglibyśmy dla samej przyjemności skakania po dachach, szybko zorientujemy się, że to raczej konieczność. Ulice wręcz pełne są snujących się zombiaków, które tylko czekają, by nas zaatakować. Choć w ciągu dnia nie są zbyt szybkie, nadal najlepiej omijać je w biegu lub przynajmniej przebywać wyżej od nich, gdyż zręcznością też oczywiście nie grzeszą.

W razie konieczności bezpośredniego starcia – do którego i tak prędzej czy później dojdzie – poratować możemy się powalającymi chwytami judo oraz różnorakim zebranym sprzętem. Będzie to na ogół broń biała, taka jak siekiera czy kij baseballowy, ale przy odrobinie wysiłku możemy też zdobyć cenną broń palną z jednego ze zrzutów. Bronie obuchowe co prawda zadają raczej słabsze obrażenia, ale za to za ich pomocą możemy złamać wrogowi kończynę, co podkreślone efektem X-ray daje nam pewność, że noga czy ręka nie będą już używane. Można się domyślać, że taka możliwość przyda się szczególnie przy starciach z przeciwnikami, których niekoniecznie chcemy od razu wyeliminować.

Dodatkowe możliwości powiększania naszego arsenału daje crafting – łączenie obiektów w bardziej śmiercionośne połączenia, takie jak klucz francuski owinięty drutem kolczastym pod napięciem. Mimo że ta opcja wydaje się ciekawa, nie mieliśmy okazji z nią szerzej poeksperymentować. Interaktywność otoczenia też nie wygląda na szczególnie dużą. Podczas mojej krótkiej rozgrywki ograniczyła się do brutalnego niszczenia drzwi oraz atakowania kijem baseballowym butli z gazem –te oczywiście wybuchały. Trzeba jednak przyznać, że rąbane siekierą zombiaki giną w sposób tyleż efektowny, co satysfakcjonujący.

Przeciwnicy na ogół wiele się od siebienie różnią, choć oczywiście zdarzają się wyjątki, jak na przykład wyraźnie silniejsze egzemplarze zombie czy wręcz inni ludzie. Nie ma co się łudzić, że wszyscy pozostali przy względnym zdrowiu koegzystują w pokoju – wręcz przeciwnie, podział na silniejsze i słabsze grupy i bezwzględna konkurencja o zasoby powodują ciągłe starcia. Także podczas mojej krótkiej gry napotkałam ludzkich przeciwników. Choć po prawdzie nie wydają się bardzo groźni czy inteligentni, trzeba im przyznać, że w przeciwieństwie do zombiaków potrafią jako tako walczyć i unikać ciosów.


Gdzie zombie mówi dobranoc

Po rozgromieniu sporej liczby słabych zombiątek i wykonaniu zadania polegającego na odnalezieniu towarzyszy mogliśmy zmierzyć się z zupełnie odmiennym aspektem Dying Light, czyli zachodem słońca i następującą po nim nieubłaganie nocą. Ciemno, straszno, jedynym źródłem światła jest nędzna latarka, a do tego, jak się okazuje, w nocy zombiaki stają się zdecydowanie trudniejszymi przeciwnikami. Niektóre z nich dodatkowo w dziwny sposób mutują czy też przemieniają się w silniejsze, szybsze odmiany zarażonych, co pozwala nam wykryć siódmy zmysł bohatera. O ile więc w dzień możemy wesoło eksplorować miejskie tereny bez szczególnej ostrożności, o tyle w nocy trudnym zadaniem staje się nawet przeżycie i dotarcie do bezpiecznej kryjówki, na co dodatkowo mamy dość mało czasu. Kluczowa będzie szybkość i sprawność w poruszaniu się po niebezpiecznym mieście. Mi osobiście udało się zostać pożartą przez grupę zombiaków po nieudanej próbie ucieczki z wyjątkowo niesympatycznego zaułka – i na tym zakończyła się moja przygoda z nową produkcją Techlandu.

Jak na razie wrażenia dotyczące tego tytułu są raczej pozytywne mimo dość niewielu informacji udostępnionych przez twórców. Większość z nich to oczywiście szumne zapowiedzi. Bez wątpienia Dying Light to najbardziej ambitny z dotychczasowych projektów wrocławskiego studia. Techland określa swoją grę jako FPM (First Person Melee) z elementami RPG, na które składać się będzie możliwość wyboru jednej z czterech klas postaci oraz system umiejętności. Deweloperzy zapewniają, że wszystko, co do tej pory można było znaleźć w ich grach, będzie zrealizowane ciekawiej i lepiej. Walka bronią białą będzie jeszcze bardziej dynamiczna, przeciwnicy bardziej zróżnicowani, zombie bardziej zombie, a tryb kooperacji... będzie działał. Przedstawiciele studia wzięli też sobie do serca narzekania graczy na syndrom braku fabuły i monotonię misji typu "przejdź z punktu A do punktu B", co pozwala mieć nadzieję, że tym razem zmierzymy się z bardziej interesującymi wyzwaniami.
Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę



Czytaj również

Dying Light: The Following
Sekta, łazik i wiejskie klimaty
- recenzja
Dying Light: The Following
W Harranie bez zmian
- recenzja
Dying Light
Może było lepiej zostać przy grze...
- recenzja
Dying Light
Zombie Zombie Zombie
- recenzja
Dying Light
Dead Adge Assassin 3
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.