» Recenzje » Gwiezdne Wojny VII: Przebudzenie Mocy

Gwiezdne Wojny VII: Przebudzenie Mocy

Gwiezdne Wojny VII: Przebudzenie Mocy
Pamiętam jak szedłem do kina na odświeżoną wersję pierwszej trylogii Gwiezdnych wojen. Było to niezapomniane przeżycie. Kolejny cykl, będący prequelem poprzedniego, w wielu miejscach mnie rozczarował, dlatego do Przebudzenia Mocy podchodziłem z dużą rezerwą. Jednak po przeszło dekadzie oczekiwania na nową trylogię Gwiezdnych wojen stwierdziłem że warto dać szansę J. J. Abramsowi, mając w pamięci choćby jego nową wizję Star Treka. Czy i tym razem podołał wyzwaniu?

Nocne pokazy Przebudzenia Mocy przyciągnęły w całej Polsce rzesze ludzi, nie tylko fanów gwiezdnego cyklu. Atmosfera święta podkreślana była na wiele sposobów, choćby poprzez pokaz sztuki walki, na bazie której Lukas opracował pojedynki na miecze świetlne – Kendo. Przed samym seansem, puszczono również krótki film dokumentalny, w którym twórca Gwiezdnych wojen opisywał, dlaczego wybrał właśnie tę szkołę walki i jakie jej elementy zaczerpnął do swego dzieła. Ciekawy akcent wzmacniający apetyt na główne danie.

Jak zatem ono smakowało? Cóż, z jednej strony wyśmienicie, jednak w połowie degustacji stało się jasne, iż widz tak naprawdę ma do czynienia z odgrzewanym kotletem. Niestety najgorszą, a zarazem jedną z nielicznych, wadą Przebudzenia Mocy jest scenariusz, a raczej jego główna oś fabularna. W pełni popieram pomysł wzorowania się na oryginalnej trylogii, jednak niemal pełne przełożenie Nowej nadziei na ekran, ograniczony do wymiany bohaterów i nazw miejsc – i tak do złudzenia przypominających te z pierwszego filmu serii (pustynna planeta Jakku to niemal kalka Tatooine) – to gruba przesada. Po seansie był to najczęściej komentowany element całego filmu. Abrams zwyczajnie skopiował całą Nową nadzieję, dodając do niej kosmetyczne zmiany i podając w nieco innej scenerii. Zdaniem wielu fanów Gwiezdnych wojen taki manewr bardzo zaszkodził pierwszej części nowej trylogii, ale nie na tyle, aby całkowicie zepsuć przyjemność z śledzenia losów bohaterów.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Na wielkie gratulacje zasłużyli aktorzy. To, czego brakowało w prequelu, nowemu reżyserowi i jego załodze udało się osiągnąć w kontynuacji starego cyklu. Gra aktorska stoi na najwyższym poziomie, postacie są wyraziste i ciekawe. Mimo że w wielu punktach stają się poniekąd "klonami" swoich pierwowzorów, to nie mamy wrażenia oglądania tej samej osoby. Rey to porzucona na Jakku młoda kobieta, którą życie nauczyło twardych reguł. Żyje ze zbierania złomu z wraków krążowników starego Imperium Galaktycznego zaściełających powierzchnię całej planety po wielkiej bitwie, jaka rozegrała się blisko trzydzieści lat wcześniej. Finn to zbuntowany szturmowiec mający dość bezsensownego zabijania oraz na tyle dużo szczęścia, że przełamał zakodowaną indoktrynację o posłuszeństwie dla Nowego Porządku (org. First Order). Poe Dameron to as przestworzy i czołowy pilot nowej Rebelii, nieraz nadstawiający karku dla przyjaciół. BB-8 jest tak samo zwariowany co R2-D2, ale przy tym o wiele sympatyczniejszy i jakby bardziej "ludzki" w swoim zachowaniu. To wszystko sprawia, że gdy na scenie pojawiają się Han Solo oraz Chewbacca, nie spychają w niebyt nowych bohaterów. Cała grupa umiejętnie ze sobą współgra, tworząc w pewnym sensie nowy klimat w serii.

Podobną sytuację mamy w przypadku antagonistów, z których dla widza najważniejszy jest Kylo Ren. Młody uczeń Lorda Sithów Snoke’a, o którym na razie niemal nic nie wiadomo, jest rozdarty pomiędzy rządzą władzy, a resztkami sumienia, jakie się w nim jeszcze tli. Mamy tutaj, czysto teoretycznie, ten sam schemat co w przypadku Anakina Skywalkera, gdy przechodził przemianę w Dartha Vadera. Sam Kylo Ren stara się wzorować na wspomnianym Lordzie Sithów, jednak jego pozycja nie jest jeszcze na tyle wysoka w szeregach Nowego Porządku, aby mógł narzucić swą wolę innym przywódcom, w tym generałowi Huxowi.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę

Od strony czysto technicznej, nowe Gwiezdne wojny wypadają genialnie. Abrams jest zmyślnym reżyserem i na potrzeby filmu zadbał o dopracowane kostiumy, modele oraz scenografię. Dlatego mimo mnóstwa efektów komputerowych nie kłują one w oczy, tak jak to miało miejsce w Mrocznym widmie czy Ataku klonów. Czuć dzięki temu ducha starego cyklu, gdzie szturmowiec był żołnierzem ubranym w kombinezon, a nie komputerowo wygenerowanym klonem. Podobnie jest w przypadku nieludzkich ras. Często są to aktorzy ubrani w wymyślne stroje, z nałożoną "drugą skórą” lub roboty, a wszystko to zaledwie doprawione szczyptą CGI. Plenery też są prawdziwe, co wyraźnie widać, choćby w scenach na pustyni czy lesie. Należy pochwalić zatem twórców, że ograniczyli wykorzystanie blue boxu, przedkładając nad niego modelę i charakteryzacji, gdyż w ten sposób przywrócili ducha serii. Wisienką na torcie są pojedynki myśliwców płynnie nawiązujące do batalii znanych z pierwszej trylogii. Czymś takim nie mogła pochwalić się nawet Zemsta Sithów.

Przebudzenie Mocy, to naprawdę wyśmienite widowisko, pełne dynamicznej akcji, świetnie wykreowanych oraz przedstawionych postaci; podrasowane może nieco zbyt dużą porcją, za to dobrze wpasowanego, humoru. Gdyby nie to że scenariusz to kalka Nowej nadziei, mielibyśmy najlepszą część Gwiezdnych wojen. Mimo wszystko warto iść do kina, do tego na wersję 3D, gdyż Abrams po raz kolejny sprostał powierzonemu mu zadaniu. Oby tylko twórcy nie osiadli na laurach i dali za około półtora roku nieco więcej widzom, bo na razie po seansie Przebudzenia Mocy, dominuje poczucie, iż pojawiło się więcej pytań niż odpowiedzi. Buduje to oczywiście atmosferę tajemniczości, jednak na równi frustruje. Miejmy nadzieję, że Rian Johnson, reżyserujący kolejną część, nie popełni błędów Abramsa odnośnie do scenariusza, dając nam kawał porządnej historii w uniwersum Gwiezdnych wojen.

Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony filmu.

Zaloguj się, aby wyłączyć tę reklamę
8.0
Ocena recenzenta
Tytuł: Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy (Star Wars: The Force Awakens)
Reżyseria: J. J. Abrams
Scenariusz: Lawrence Kasdan, J.J. Abrams
Muzyka: John Williams
Zdjęcia: Daniel Mindel
Obsada: John Boyega, Daisy Ridley, Adam Driver, Harrison Ford
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2015
Data premiery: 18 grudnia 2015
Czas projekcji: 136 min
Dystrybutor: Walt Disney Studios Motion Pictures



Czytaj również

Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie
Dawno, dawno temu, na planecie Exogol
- recenzja
Star Wars Łowcy nagród #1: Najgroźniejsi w galaktyce
Monotonne życie łowców
- recenzja
Star Wars: Squadrons
Czy leci z nami deweloper?
- recenzja
Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi
Idzie nowe
- recenzja
Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie
Rebelie są zbudowane na nadziei
- recenzja
Star Wars Legendy: Najlepsze Opowieści
Bezimienni bohaterowie
- recenzja

Komentarze

string(15) ""

Glabrus
   
Ocena:
+1

Niestety mimo iż jestem fantem serii spod znaku GW i to już nie całkiem młodym (wychowałem się na wcześniejszych częściach GW) to ostatni gniot był kubłem zimnej wody. Zgadzam się tani sms nieścisłości w fabule niezwykle niewiarygodny maszmix. Dzisiejsze filmy niestety tworzy się szybko i byle jak .

Uwaga Spoilery


  • Ciemna strona (nie napisze mocy bo jest jej tak mało że nie wiadomo czy to jeszcze moc) jest nieudolna i w dodatku brakuje jej wyrazu. Jedna scena słabej przemowy rodem z wystąpień Hitlera i atak na wioskę i test broni niszczącej 5 planet (nie wiadomo czy wszystkie są zamieszkane (bo pokazują jedną) i mamy mydlaną zła stronę. Czarny charakter ala nieudany syn Severusa Snape'a i daleki kuzyn Eduarda Nożycorękiego jest jak mydłek ma infantylne rozterki i wykazuje się niezwykła niekompetencją.

* Sokół Milenium stoi sobie naładowany zatankowany z kluczykami w stacyjce jako złom na pustyni - wpada do niego dwójka uciekinierów i uwaga robi się Matrix - dziewczyna która nigdy nie latała statkiem kosmicznym umie nim kierować i wie o nim więcej niż Han Solo. Czarna koń filmu były szturmowiec który nie umie strzelać z broni pokładowej Sokola Milenium powala od reki dwa TIE-Fightery (drugi to nawet z uszkodzoną bronią).

* Dalej jest jeszcze lepiej - Han Solo pożycza broń od swojego wieloletniego kompana Chewbacca i dowiaduje się jaka ona ma moc.

* Rebelianci oczywiście walczą ale nie bardzo wiadomo o co, bo nikt tego jasno w całym filmie nie pokazuje. Dodatkowo ich siły są śmiesznie małe. przez tyle lat nie dorabiają się nawet jednego krążownika (mimo pokonania Imperium). Atak na nową większą Gwiazdę Śmierci (lub Gwiazdę Śmiechy) to już mega porażka w skali galaktyki. Atak klikunastu X-Wingów , które niewykryte wchodzą w przestrzeń Gwiazdy Śmiechu i nieatakowane przez nikogo atakują najsłabszy punk obrony.

* Zbuntowany Szturmowiec FN cośtam cośtam FINN przy planowanu ataku na Gwiazdę Śmiechu jest nieocenionym źródłem informacji. Koleś mówi, że uczestniczył w budowie tego tworu zagłady po czym dowiadujemy się że był KLOZETOWYM (przepraszam odpowiadał za utrzymanie czystości) Taki agent to na bank był wtajemniczony we wszystkie szczegóły budowy Gwiazdy. Dlatego może spokojnie pomóc zaplanować atak i pomóc wyłączyć pole siłowe. 

* Dziewczyna z pustyni to kolejna niezła wpadka - Rey - na początku nie wierzy w rycerzy Jedi oraz z MOC - po czym Han mówi jej że to prawda MOC ISTNIEJE I REBELIANCI WALCZĄ. Następnie okazuje się że jakąś moc ma w sobie i sama dowiaduje się jak jej używać. Nakłania szturmowca do współpracy po czym na końcu pokonuje wyszkolonego w posługiwaniu się Ciemną Stroną "Mocy" spadkobiercę Sithów. Ba przewyższa go nawet mocą kiedy przywołuje mocą miecz świetlny. Śmiech na sali.

* Miecz świetlny niestety już nie przecinaj wszystkiego na co natrafi - widać twórcy Miszki Miki stwierdzili że ta broń była zbyt silna. Teraz juz nie da się odciąć nią kończy ani przeciąć drzewka - taki Polsilver który nie zacina.

* Świetna jest scena odnalezienia Luka - stoi sobie facio na skale i medytuje ani me ani be ani kukuryku. Chociażby sobie dłoń uścisnęli lub jakiś przejaw mocy - kur** cokolwiek miecz przekazać omg.

Ten film to taki spłaszczony, wyprany i zrobiony po łebkach film w konwencji Gwiezdnych Wojen. W kolejności od najlepszego do najgorszego ta część jest faktycznie Epizodem VII. Słabo i byle jak.

30-12-2015 09:55
Adeptus
   
Ocena:
0

@ Glabrus

Sokół Milenium stoi sobie naładowany zatankowany z kluczykami w stacyjce jako złom na pustyni - wpada do niego dwójka uciekinierów i uwaga robi się Matrix - dziewczyna która nigdy nie latała statkiem kosmicznym umie nim kierować i wie o nim więcej niż Han Solo. Czarna koń filmu były szturmowiec który nie umie strzelać z broni pokładowej Sokola Milenium powala od reki dwa TIE-Fightery (drugi to nawet z uszkodzoną bronią).

Akurat kontrast pomiędzy "bohaterami", a "mobami" zawsze był w SW silny. W IV epizodzie chłopak, który do tej pory pilotowął tylko jakieś poduszkowce i strzelał do szczurów przeżywa samobójczy atak na Gwiazdę Śmierci, w którym zginęła masa zawodowych pilotów myśliwców i trafia w maleńki otwór. Wcześniej biega sobie po Gwieździe Śmierci i najbardziej precyzyjni strzelcy w Galaktyce (przynajmniej wg Obi Wana) - szturmowcy - nie mogą go trafić, a on kilku z nich ubija. Taka konwencja.

Dalej jest jeszcze lepiej - Han Solo pożycza broń od swojego wieloletniego kompana Chewbacca i dowiaduje się jaka ona ma moc.

Przyznaję, to też mi się zdało absurdalne. Ewentualne wytłumaczenie, jakie mi przychodzi do głowy jest takie, że Chewie niedawno sobie tę kuszę ulepszył/wymienił na inny model.

Rebelianci oczywiście walczą ale nie bardzo wiadomo o co, bo nikt tego jasno w całym filmie nie pokazuje. Dodatkowo ich siły są śmiesznie małe. przez tyle lat nie dorabiają się nawet jednego krążownika (mimo pokonania Imperium). Atak na nową większą Gwiazdę Śmierci (lub Gwiazdę Śmiechy) to już mega porażka w skali galaktyki. Atak klikunastu X-Wingów , które niewykryte wchodzą w przestrzeń Gwiazdy Śmiechu i nieatakowane przez nikogo atakują najsłabszy punk obrony.

Tego akurat można się domyślić. Po śmierci Imperatora Imperium rozpadło się na Republikę i Najwyższy Porządek. Niby rebelianci osiągnęli co chcieli, mają swoje państwo, gdzie mogą rządzić po swojemu, ludzie o zdrowych poglądach mają swoje. Teoretycznie republikanie udają neutralnych, ale jako prawdziwi demokraci nie są w stanie zdzierżyć tego, że gdzieś we wszechświecie jest obszar, na którym nie panuje Jedynie Słuszny Ustrój, więc podkładają Porządkowi świnię w postaci "zielonych (a właściwie pomarańczowych) ludzików".

Dziewczyna z pustyni to kolejna niezła wpadka - Rey - na początku nie wierzy w rycerzy Jedi oraz z MOC - po czym Han mówi jej że to prawda MOC ISTNIEJE I REBELIANCI WALCZĄ. Następnie okazuje się że jakąś moc ma w sobie i sama dowiaduje się jak jej używać. Nakłania szturmowca do współpracy po czym na końcu pokonuje wyszkolonego w posługiwaniu się Ciemną Stroną "Mocy" spadkobiercę Sithów. Ba przewyższa go nawet mocą kiedy przywołuje mocą miecz świetlny. Śmiech na sali.

To, że pokonuje Rena można złożyć na karb tego, że jest on ranny w czasie tej walki (wcześniej Chewie go postrzelił). Co do reszty, nie wiem, co tu widzisz bezsensownego.

@ Enc (błędnie podałem balinta)

Balint, daj spokój. Pamiętasz ile myśliwców leciało na tle bazy Starkiller po wyjściu z nadprzestrzeni? Ja kojarzę 20-30. Mniej leciało na Yavin. Biorąc pod uwagę,  że Resistance to w zasadzie paramilitarna organizacja do zwalczania mikrojunty, jak w Republice był postrzegany FO, było i tak nieźle. A odnosząc się bezpośrednio do zarzutu o 2-3 myśliwcach, przecież nie było pokazanej całej bitwy w real-time, 1:1.

A skąd założenie, że Porządek to "mikrojunta"? Wydaje mi się, że to "państwo" o sile podobnej do Republiki. W innym przypadku nie byłoby powodu, dla którego Republika udawałaby, że utrzymuje pokój i potajemnie wspierała zbrojne bandy na terytorium Porządku, tylko by jawnie spuściła postimperialnym łomot.

30-12-2015 10:32
balint
   
Ocena:
+1

Adeptus - ale ja nigdzie nie napisałem że FO to mikrojunta... Odniosłeś się do odpowiedzi na moją uwagę, że finałowa "bitwa" pachniała malizną...

30-12-2015 10:40
Adeptus
   
Ocena:
0

@ balint

Napisałeś:

Resistance to w zasadzie paramilitarna organizacja do zwalczania mikrojunty, jak w Republice był postrzegany FO

Co prawda nie jest to wprost "FO jest mikrojuntą", tylko "jest postrzegany jako mikrojunta", ale i tak mi się wydaje, że to nie tak ;)

30-12-2015 10:56
balint
   
Ocena:
+2

Nie, nie ja to napisałem..... To Enc napisał - prześledź dyskusję na spokojnie....

Ale dla świętego spokoju uznajmy, że ja....

30-12-2015 11:04
Adeptus
   
Ocena:
0

O matko, faktycznie. Przepraszam Cię bardzo, pewnie dlatego, że w tym cytacie Enc zwraca się do Ciebie i na początku jest Twój nick, jakoś mi to wpadło w oko i dlatego błędnie podałem adresata. Hańba mi.

A swoją drogą, nie ustępuj "dla świętego spokoju", jak ewidentnie masz rację ;)

Co nie zmienia faktu, że zastrzeżenie pozostaje aktualne, choć kieruję je do Enca, nie balinta - FO nijak nie wygląda na "mikrojuntę". No chyba, że Enc ma dostęp do jakichś materiałów dodatkowych, wypowiedzi twórców itd. z których to wynika.

 

30-12-2015 11:25
Enc
   
Ocena:
+1
Wookiepedia :) Niby to EU, ale wyjaśnienie pasuje do tego co się dzieje w filmie.
30-12-2015 12:40
Adeptus
   
Ocena:
+1

Mnie akurat "niby to EU" nie odstrasza, bo stare EU było kanoniczne, a teraz nowe EU jest kanoniczne.

Tyle, że nawet po przeczytaniu artykułu na Wookiepedii uważam, że określenie "mikrojunta" jest przesadne... choć przyznaję, że jest nieco mniej przesadne, niż mi się wydawało wcześniej ;) No bo jednak "mikrojunta" to mi się kojarzy z pięcioma facetami trzęsącymi wsią, a nie rządem, który jednak obejmuje co najmniej kilka planet.

Generalnie jednak po obejrzeniu filmu zakładałem, że siły FO i nowej Republiki są mniej więcej wyrównane.

Z drugiej strony to wyjaśnia, czemu się pokrakują z tym "Najwyższym Porządkiem" i "Najwyższym Przywódcą", zamiast się nazywac po prostu "Imperium".

30-12-2015 13:23
Vukodlak
   
Ocena:
+1

Strasznie ewidentna gra na nostalgii oglądających. Niemniej w jakimś stopniu dobra, bo wyszedłem z kina bardzo usatysfakcjonowany. Mam takie wrażenie, że ten jeden film - mimo jego słabości - ma w sobie więcej emocji, sensu i Gwiezdnych Wojen, niż wszystkie epizody I - II - III razem wzięte.

Nie spodziewałem się niczego wielkiego, i niczego wielkiego nie dostałem, ale The Force Awakens obudził we mnie te gwiezdnowojenne emocje, które pamiętam ze starej trylogii. Jestem zadowolony.

31-12-2015 20:22

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.