Wrota do Piekieł

Nie taki diabeł straszny...

Autor: Mateusz 'Umbra' Nowak

Wrota do Piekieł
Sam Raimi to nazwisko, które można kojarzyć z wielu tytułów, niekoniecznie bliskich sobie tak tematyką, jak i jakością. Pamiętam Raimiego jeszcze z dzieciństwa z serialu Herkules, który w rodzimej stacji Polsat królował swojego czasu wśród nastolatków. Później, dopiero kiedy podrosłem trochę i zwiększyły się moje ambicje kinowe, dowiedziałem się, co to takiego Martwe Zło i że za tym niewątpliwe ciekawym dziełem stoi ów reżyser, którego pamiętałem z serialu. Po latach przyszedł czas na filmy o człowieku-pająku, i tu także, jak przed laty, zaskoczony napisem "directed by Sam Raimi" szybko odnalazłem owo nazwisko w pamięci. Od lat już go nie zapominam, głównie za sprawą wyżej wymienionego horroru-komedii, przez wielu (również i przeze mnie) uznawanego za kultowy film w swoim rodzaju. Tym chętniej zabrałem się do obejrzenia najnowszego obrazu reżysera, noszącego jakże wiele nam mówiący tytuł Wrota do piekieł.

Film zaczyna się jak u Hitchcocka, trzęsieniem ziemi, by później napięcie nasilało się wraz z rozwijającą się fabułą. Młoda ambitna dziewczyna, pracująca w banku w dziale kredytów, stara się o awans, rywalizując z nowym, mniej doświadczonym pracownikiem. Kiedy pewnego razu przychodzi do niej starsza kobieta, prosząc o przedłużenie terminu płatności kredytu, Christine (takie imię nosi główna bohaterka) próbuje jej pomóc, poruszona prośbami klientki. W końcu jednak jej odmawia, ulegając naciskowi szefa, przez co starsza kobieta traci dach nad głową. Kiedy jej błagania nic nie dają, wypomina niewrażliwej agentce upokorzenie, po czym prześladuje ją i rzuca na nią klątwę. Jej skutki oglądamy następnie przez resztę filmu.

Reżyser zabiera nas do swojego świata horroru, sprawnie balansując pomiędzy grozą a humorem tryskającym, w przenośni i dosłownie, gdzie popadnie. Chociaż zdaję sobie sprawę, że większość widzów zapamięta ten film jako komedię w "strasznej" oprawie, znalazło się w nim miejsce na momenty, które pokazują nam, jak powinno się straszyć widza. Jedno jest pewne, Raimi potrafi nakręcić sceny, jakich nie powstydziłby się żaden naprawdę dobry film z gatunku; jednocześnie udowadnia nam, że gdyby tylko chciał, mógłby nakręcić obraz w poważnej tonacji na miarę klasyków. Tyle tylko, że chyba nie chce. I bardzo dobrze, bo twórca Martwego Zła bawi się kinem, a my razem z nim.

Efekty w filmie grają większą rolę niż aktorzy, dla których nie zostało wiele miejsca do popisu. Choć ogląda się ich bez większych zastrzeżeń, nie oni są tu najważniejsi. Momenty, w których rzucona klątwa daje się Christine we znaki, są jednocześnie przerażające i śmieszne. Jak już zostało napisane, twórca filmu potrafi nas zaskoczyć i przy tym nieźle nastraszyć, i choć często są to klasyczne zagrania typu "coś wyskakuje z szafy", to Raimi doskonale wie, kiedy mają się one pojawić, żeby spowodować zamierzony efekt. Ponadto w nieoczekiwanych momentach potrafi nas rozśmieszyć i rozładować całe napięcie sytuacji, żeby za moment znowu siać grozę. I tak w kółko, horror przenika się z komedią. Nie wyobrażam sobie po tym filmie nikogo, kto potrafiłby tak zgrabnie bawić się tymi gatunkami. Choć oglądamy horror, elementy autoparodii są tu wszechobecne.

Wszystko to dobrze dopełnia muzyka. Nie jest ona elementem, który pozostanie w pamięci po obejrzeniu filmu, ale sprawnie pomaga budować nastrój podczas seansu. Występuje tu głównie w klasycznej roli, polegającej na wzmacnianiu napięcia za pomocą coraz głośniejszych dźwięków, przedłużających się aż do momentu kulminacyjnego.

Obecnie pozostaje nam czekać na kolejne tego typu dzieło spod ręki Sama Raimiego, a znając jego plany reżyserskie na najbliższe lata, spodziewam się czegoś równie mocnego. Wrota do piekieł są bowiem filmem, przy którym nie tylko fani Martwego Zła powinni bawić się świetnie. Doskonale wszyscy wiemy, że powroty do korzeni często się nie udają. Niejeden reżyser próbujący po latach przypomnieć widzom, od czego zaczynał, i udowodnić tym samym, że dalej potrafi robić kino tak samo dobre jak tytuły, którymi zdobył uznanie, mocno się tymi próbami poparzył. Doskonale wiemy także, że są takie przypadki, w których się to udaje. Sam Raimi pokazał nam swoim ostatnim filmem, że zdecydowanie należy do drugiej kategorii, i w moim przekonaniu stał się mistrzem w swoim gatunku. Chciałbym widzieć więcej takich filmów a mniej ludzi-pająków czy innych herkulesów. Mam nadzieję, że w najbliższych latach ponownie będę mógł bawić się tak dobrze jak przy oglądaniu Wrót do piekieł, które zdecydowanie polecam.