» Recenzje » Terminator: Ocalenie

Terminator: Ocalenie


wersja do druku
Terminator: Ocalenie
Zgodnie z panującą ostatnio modą na wskrzeszanie (a raczej, restartowanie) klasycznych serii (Batman: Początek i Mroczny rycerz Nolana, Star Trek Adamsa), McG postanowił rozruszać nieco "Dziadka Terminatora". Chcąc odciąć się od dzieł Camerona i Mostowa, nowy reżyser przeniósł akcję do niedalekiej przyszłości, malownicze obrazki z Los Angeles zastępując postapokaliptycznymi pejzażami, postarzając Johna Connora, w którego wcielił się Christian Bale, a przede wszystkim kręcąc Terminatora, w którym zabrakło (no, może nie do końca) Arnolda Schwarzeneggera. Oczywiście, nie mogło się obyć bez przemycanych z przymrużeniem oka nawiązań do poprzedników, przez co po raz kolejny możemy usłyszeć kultowe: "I’ll be back" (padające jednak z innych ust), wysłuchać rad Sary Connor, a także spotkać poczciwego T-800; Danny Elfman odświeżył także klasyczny motyw muzyczny filmu, autorstwa Brada Fiedela.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę


To by było jednak na tyle, jeżeli chodzi o nawiązania. McG miał dobry pomysł, aby niejako zacząć serię od nowa (szczególnie po średnio udanej części trzeciej), szkoda tylko, że na pomyśle jego inwencja się skończyła. Pojawia się John Connor (jeszcze nie przywódca Ruchu Oporu, a jedynie jeden z żołnierzy), na chwilę wraca T-800, ciągle przewija się wątek Kyle’a Reesa (ojciec Connora, znany widzom z pierwszej części), któremu towarzyszy pochodzący z przeszłości Marcus – krótko mówiąc: miszmasz, w którym poszczególne wątki walczą między sobą o miano tego najważniejszego, co skutkuje widocznym na ekranie narracyjnym chaosem. Ocalenie to po prostu klasyczne kino "łubu-dubu", w którym najwięcej do powiedzenia mieli pirotechnicy (gdyby dało się to jakoś uzasadnić, zapewne wysadzaliby nawet drzewa). John Connor, quasi-prorok, zbawca ludzkości zredukowany został do roli typowego twardziela, którego wyjątkowość "objawia się" (a przynajmniej takie było zamierzenie twórców) w pompatycznych przemówieniach; operator biegał po planie niczym kot z pęcherzem, machając kamerą, jakby próbowała wyrwać mu się z dłoni (chaotyczne ujęcia psują dynamizm scen na stacji benzynowej); zamiast jednej z pozoru niezniszczalnej maszyny, mamy całe laboratorium Dextera, które pływa, jeździ i lata (pełny serwis!), miast grozy wywołując uśmiechy politowania, głównie za sprawą dziwacznych nazw ("Myśliwce Zabójcy" przetrzymałem, ale "Mototerminatory" to było już dla mnie za dużo). Do tego należy dodać największą wadę nowego Terminatora, czyli przewidywalność fabuły. Twórcy uznali, że widz nie będzie w stanie zrozumieć aluzji, jeżeli ta nie podejdzie i nie kopnie go w tyłek, więc cały film nafaszerowali "wskazówkami" o subtelności kolorowego bilbordu (w dużej mierze, popsuło to wątek Marcusa); w efekcie wszelkie zwroty akcji dramatyczne są tylko z nazwy. Nie wspominając o nagminnej łopatologii, za pomocą której tłumaczono każdą kwestię o stopniu skomplikowania przewyższającym zasadę konstrukcji cepa (w ten sposób pogrzebano, między innymi potencjał wątku tożsamości cyborga, do którego nawiązuje tytuł recenzji).

Terminator: Ocalenie w tak dużym stopniu odciął się od poprzedników, że stał się po prostu kolejnym filmem akcji. Nie tylko po macoszemu potraktowano wątek Connora, który nie jest wiodącą postacią w filmie, ale przede wszystkim McG poszedł w ilość, a nie jakość. Filmy Camerona miały w sobie elementy grozy, ponieważ ówczesne Terminatory były prawie niezniszczalnymi maszynami, do których można było strzelać, rozjeżdżać samochodem, a nawet wysadzać. Mimo to szły dalej. W czwartej części mamy całe zatrzęsienie morderczych maszyn, przez co film stracił swój klimat. Z thrillera (bo tak odbierałem w szczególności część pierwszą) przeszedł w kino akcji, stając się jednym z wielu. Owszem, Ocalenie ma plusy, jak chociażby kreacja Sama Worthingtona (świetnie dobrany pod względem fizyczności), kilka efektownych scen (pościg z udziałem dwóch mototerminatorów, katastrofa helikoptera), całkiem niezła wizja postapokaliptyczna, bardzo podobna do tego, co mogliśmy zobaczyć w drugiej części Mad Maksa, a także dobry pomysł na postać Marcusa (fakt, że źle zrealizowany), ale jak na sukcesora takich klasyków, jak pierwsza i druga cześć serii, dobrze, to chyba jednak za mało.

7.0
Ocena recenzenta
6.1
Ocena użytkowników
Średnia z 47 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Terminator: Salvation
Reżyseria: Joseph McGinty Nichol
Scenariusz: John D. Brancato, Michael Ferris, David C. Wilson
Muzyka: Brad Fiedel, Danny Elfman
Zdjęcia: Shane Hurlbut
Obsada: Christian Bale, Sam Worthington, Charlotte Gainsbourg, Anton Yelchin, Chris Browning
Kraj produkcji: USA, Niemcy, Wielka Brytania
Rok produkcji: 2009
Data premiery: 5 czerwca 2009
Czas projekcji: 130 min.



Czytaj również

Przełęcz ocalonych
Coś więcej niż wojna
- recenzja
Dzień niepodległości: Odrodzenie
Kosmiczna pomyłka
- recenzja
Odd Thomas #1: Diabelski pakt
Diabeł tak straszny, jak go rysują
- recenzja
W ciemność. Star Trek
Kobayashi Maru
- recenzja

Komentarze


996

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
"w czym Bradowi Fidelowi pomógł Danny Elfman"

Brzmi jakby to Fidel pracował przy tym filmie, a tak nie jest.

"operator biegał po planie niczym kot z pęcherzem"

I wiemy jak mocno mu się za to oberwało :D
(http://www.youtube.com/watch?v=qrv MTv_r8sA)


Co do sceny spadającego helikoptera - jestem bardzo ciekawy jak ją nakręcili bo to chyba było jedno ujęcie - od startu do wyłażenia...
07-06-2009 13:09
kilroy
   
Ocena:
0
malakh, wychodzisz z wprawy. Recka ma niecałe 4200 znaków (ze spacjami) :P
07-06-2009 14:24
~byczek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Kyle na pewno nie ma na nazwisko Rees tylko Reese, i widzę że ktoś tu lubi grać w MAD MAXA :)
07-06-2009 14:38
Micronus
   
Ocena:
0
"...a przede wszystkim kręcąc Terminatora, w którym zabrakło (no, może nie do końca) Arnolda Schwarzenegera."
- wcięło jedno G w nazwisku.

Aha, nie wiem jak brzmi prawidłowo nazwisko, ale na imdb widnieje Brad Fiedel.
07-06-2009 15:03
malakh
   
Ocena:
0
Brzmi jakby to Fidel pracował przy tym filmie, a tak nie jest.

Mówisz. Kurde, to po kiego grzyba wymieniają go u boku Elfmana?;p No tak, podrasowali jego temat muzyczny, to go wrzucili do napisów;]

operator biegał po planie niczym kot z pęcherzem

Yh... naprawdę wkurzała mnie ta scena na stacji. Nie podobało mi się też "kamerowanie" w bójce przy ognisku.

@kliroy
malakh, wychodzisz z wprawy. Recka ma niecałe 4200 znaków (ze spacjami) :P

Wyjątek;p (i to tylko dlatego, że zrezygnowałem z "klasycznego" krótkiego opisania akcji, wplatając elementy tego opisu w inne miejsca - według mnie wyszło lepiej;D)

@ byczek i Micronus

Dzięki za zwrócenie uwagi, zaraz poprawię (swoją drogą dziwne, że mój WORD uważa, że wersja przez jedno "g" jest prawidłowa o_O)

A w "Mad Maxa" nie gram - oglądam (upodobałem sobie w szczególności dwójkę).
07-06-2009 15:23
kilroy
   
Ocena:
0
widzę że ktoś tu lubi grać w MAD MAXA :)
od kiedy Mad Max jest grą? :)

Mówisz. Kurde, to po kiego grzyba wymieniają go u boku Elfmana?;p No tak, podrasowali jego temat muzyczny, to go wrzucili do napisów;]
Własnie to samo chciałem napisać ;)
07-06-2009 17:31
~Dudi

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Nazwa "Myśliwiec Zabójca", a wlaściwie "Myśliwy-Zabójca" pojawia się już w książkowej adaptacji "Terminatora 2" - co ciekawe w odniesieniu do aparatu latającego jak i czołgu!
07-06-2009 18:34
Jetmaniac
   
Ocena:
+1
"In the Terminator franchise, the term "Hunter Killer" (abbreviated "HK") refers to a series of drone tanks and aircraft used to wage war on humanity." (podaję za naszą kochaną Wiki)

HK to kanon. Tylko polskie tłumaczenie widać musi się osłuchać.
07-06-2009 20:00
Szczur
    Hunter-Killer
Ocena:
+4
jest popularnie używanym w wojskowości (i nie tylko) terminem od dobrych kilkunastu (a raczej kilkudziesięciu) lat. To nie nazwa. Jak komuś nie pasuje to niech a) dokształci się b) ogląda w oryginale ;)
07-06-2009 20:19
Gerard Heime
   
Ocena:
+1
Uzupełniając wypowiedź Szczura: hunter-killer odnosi się najczęściej do jednostek przeznaczonych do zadań "szukaj i zniszcz", np. do poszukiwania i niszczenia wrogich okrętów podwodnych, albo do par jednostek, z których jedna ma za zadanie znaleźć przeciwnika a druga - zniszczyć go.
07-06-2009 21:41
996

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Mówisz. Kurde, to po kiego grzyba wymieniają go u boku Elfmana?;p No tak, podrasowali jego temat muzyczny, to go wrzucili do napisów;]

Nie kojarzę go na napisach, ale w świętej IMDb nie jest przypisany do T:S :)
07-06-2009 22:31
kilroy
   
Ocena:
0
malakh
   
Ocena:
-2
Jak komuś nie pasuje to niech a) dokształci się b) ogląda w oryginale ;)

Jak ktoś chce się pochwalić swoją wiedzą o wojskowości, to niech:
a) przeniesie się na forum dla wojaków
b) zrozumie, że fakt, iż jakaś nazwa naprawdę funkcjonuje nie oznacza, iż jest to nazwa dobra dla filmu (wątpię, żeby w wojsku ktoś przejmował się aspektem "coolowości" danego terminu;p)
08-06-2009 10:06
quad
   
Ocena:
+1
Oh come on, H-K to taka pulpa że nawet w StarCraftcie byli i są mega coolaśne. Poza tym jakby nie patrzeć są kanoniczne w terminowersum.

Co nie zmienia faktu, że tłumaczenie terminu na nasz język krajowy zawsze wychodzi tak sobie vide "łowcy-zabójcy" (od których mnie bolą zęby) z tej space opery Jacka Campbella.
08-06-2009 11:06
malakh
   
Ocena:
0
Dokładnie. HK przejdzie, ale polskie tłumaczenie jest lipne, i tyle.
08-06-2009 11:10
996

Użytkownik niezarejestrowany

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.