» Recenzje » Szklana pułapka 5

Szklana pułapka 5


wersja do druku
Szklana pułapka 5
John McClane to w kinie akcji postać kultowa, ale czy jego blask nieco nie zaśniedział po tylu latach od pierwszego filmu, w którym się pojawił? Czwarta część słynnego cyklu o nowojorskim gliniarzu pokazała "rodzinne" oblicze twardego policjanta, który mimo upływu lat nie ustawał w walce o życie córki. Jeszcze zanim James Bond ujawnił swoją nie-samowystarczalność w starciu z cyberterrorem w filmie Sama Mendesa, McClane musiał zmierzyć się z tym zagrożeniem jako reprezentant "starej szkoły". Pokazał wówczas, że z oldschoolowymi twardzielami nie powinno się zadzierać.

W piątej części Szklanej pułapki, zatytułowanej A Good Day to Die Hard, kontynuuje tę samą lekcję, tym razem pomagając synowi. Na szczęście jego przeciwnicy też okazują się bardziej staroświeccy, a ich intryga sięga niezbyt odległej przeszłości. McClane (Bruce Willis) opuszcza USA i kieruje się do Rosji, by odwiedzić syna (Jai Courtney), który wplątuje się w poważne tarapaty. Spotkanie obu mężczyzn owocuje iskrzeniem typowym dla starcia silnych charakterów, a gdzie jest iskra, może pojawić się ogień. Zwłaszcza, kiedy mamy do czynienia z postacią, która sama szuka kłopotów... a może raczej to one szukają jej? W każdym razie, decydując się na obejrzenie filmu Johna Moore'a na brak atrakcji narzekać nie będziemy.

Proste zasady sprawdzają się w kinie sensacyjnym najlepiej, czego przykładem jest wybór najbardziej rozpoznawalnych miejsc akcji. Jeśli Stany, to Nowy Jork, jeśli Rosja, to Moskwa, jeśli Ukraina, to Czarnobyl (Prypeć). Choć takie uproszczenia zdają się banalne, niezmiennie są w Hollywood skuteczne. Najnowsza odsłona Szklanej pułapki tylko to potwierdza. Swoją drogą, wybór Rosji na pole bitwy wydaje się znamienny z bardzo wielu powodów, także politycznych. Choć początkowo McClane chce jedynie pomóc synowi, z czasem stawka w grze urasta do wagi państwowej. Amerykanin broni więc Rosji, czego w obliczu chłodnych stosunków między tymi krajami nie można zignorować. To jednak nie wszystko!



Wzmiankowany we wstępie James Bond nie pojawił się przypadkowo. Pod wieloma względami najnowsze Die Hard sprawia wrażenie inspirowanego przygodami agenta Jej Królewskiej Mości. Począwszy od długiej sekwencji pościgu chwilę po krótkim wstępie (ta chwilami przywodzi skojarzenia z fatalnym Quantum of Solace, ale ostatecznie okazuje się całkiem fajna), a skończywszy na motywie helikoptera bojowego (niczym w Skyfall), nawiązań do Bonda odnajdujemy całe mnóstwo. Można by pomyśleć, że są one niezamierzone, gdyby 007 nie został przywołany przez samego McClane'a, który przyrównuje pracę syna do działań brytyjskiego szpiega. Jeśli dodamy do tego ksywkę Oddjob, przypisaną przez bohatera granego przez Willisa jednej z postaci, klucz "bondowski" potwierdza się w stu procentach.

Humor zawsze był mocną stroną Szklanej pułapki. Niektóre żarty w najnowszej odsłonie wydają się jednak pozbawionymi polotu próbami rozbawienia widza "na siłę". Na szczęście stanowią one mniejszość, a część gagów pokazuje pazur autora scenariusza, którym drażni on także innych twórców. Jedna ze scen jest ostentacyjną wręcz parodią osławionej sceny zdjęcia masek w Prometeuszu. Kluczowe jest w niej zdanie wypowiedziane przez jedną z bohaterek, która zapewnienia o neutralizacji promieniowania krótkim: "trust me". Ten zwrot skierowany jest nie tyle do bohaterów, co do widza, który ma nie zastanawiać się nad logiką scenariusza Skipa Woodsa i łyknąć rozrywkę serwowaną na ekranie razem z popcornem.

Waleczny duet ojca i syna McClane'ów, mimo początkowych różnic w podejściu do działania, ostatecznie funkcjonuje zgodnie ze "starą szkołą": bez namysłu strzelać do złych kolesi, improwizować i zobaczyć, jak potoczą się losy. Dla widza oznacza to sprawdzony schemat i totalną rozwałkę, bo właśnie tak należy to nazwać. Co najważniejsze jednak, akcja jest naprawdę widowiskowa i przyjemna w odbiorze. Dynamiczne walki, niewidoczne CGI, ciekawe lokacje i atrakcyjna obsada (aktorzy zarówno dobrze wyglądają, jak i grają) to wystarczające powody, by pochwalić choćby samą warstwę wizualną filmu. Na szczęście pod względem technicznym jest naprawdę dobrze. Pozytywnego efektu dopełnia niezła ścieżka dźwiękowa.



Najprościej byłoby zalecić widzom wyłączenie myślenia na czas seansu i wówczas można z czystym sumieniem polecić film, jako zwykły blockbuster z pretekstową fabułą. Rzecz w tym, że żeby wyłapać wszystkie smaczki umieszczone w A Good Day to Die Hard trzeba zachować czujność i jasność umysłu. Przeciwnicy wybiegający bezmyślnie zza rogu ściany mogą wydać się głupotą, którą ktoś zapomniał wyciąć ze scenariusza. Wystarczy jednak skojarzyć ten motyw z grami komputerowymi, by docenić "oczko" puszczone do widza przez twórców filmu. Uzupełniając to spostrzeżenie o inne nawiązania do popkultury zawarte w nowej Szklanej pułapce łatwo dojść do wniosku, że ten film to całkiem udany komentarz do współczesnej rozrywki.

Jednocześnie sam w sobie jest solidnym przedstawicielem kina sensacyjnego z etykietką oldschool. To taki autoironiczny kontynuator zacnej tradycji, prawdziwy hit z podstarzałym twardzielem w roli głównej, zapowiadający zarazem nadejście nowego pokolenia bohaterów. Nurt humorystycznych akcyjniaków ze "starą gwardią" męskich herosów w wieku emerytalnym trzyma się dobrze i można przypuszczać, że nieprędko odejdzie do lamusa. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Szklana pułapka 5, przynależąc do tego nurtu, posługuje się własnym stylem, nieco odmiennym od Niezniszczalnych czy Red. John Moore i Skip Woods postawili bowiem na konwencję kina sensacyjnego z elementami humoru, nie na komediowy pastisz z domieszką akcji.
7.0
Ocena recenzenta
5
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja
Tytuł: A Good Day to Die Hard
Reżyseria: John Moore
Scenariusz: Skip Woods
Muzyka: Marco Beltrami
Zdjęcia: Jonathan Sela
Obsada: Bruce Willis, Jai Courtney, Sebastian Koch, Julia Snigir
Kraj produkcji: USA
Rok produkcji: 2013
Data premiery: 14 lutego 2013
Dystrybutor: Imperial - Cinepix

Komentarze


Exar
   
Ocena:
+1
A film był kręcony w Budapeszcie i pół miasta czasami było zamknięte. I do tego często helikoptery nad miastem latały:P
17-02-2013 20:32
New_One
   
Ocena:
+1
To już niemal standard. Na wskroś nowojorskie Cosmopolis było kręcone w Toronto. :) Wiele filmów kręcono w innych miastach niż te, w których rzekomo toczy się akcja. Część z nich kręci się w różnych miejscach i dopiero w montażu łączy w pozornie spójną całość. Fajnie, że o tym wspominasz, bo tego typu ciekawostki czasami zachęcają widzów do zwrócenia uwagi na aspekty produkcyjne filmów, które bywają naprawdę interesujące.

Ps. Co do miejsc akcji, to taki np. Mroczny Rycerz Powstaje był kręcony m.in. w Nowym Jorku, a nie w Gotham. ;p A Władca Pierścieni nawet nie w Śródziemiu, a w Nowej Zelandii.
17-02-2013 22:14
~Chaos Spawn

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A wiktoriański Londyn z "From the Hell" z Deppem to urokliwa Praga! :)
18-02-2013 20:36
earl
   
Ocena:
+1
Zaś "Gwiezdne Wojny" kręcono w tureckiej Kapadocji.
20-02-2013 23:08

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.