Robocop

Cybernetyczny glina w nowej odsłonie

Autor: Balint 'balint' Lengyel

Robocop
Trylogia Mrocznego Rycerza okazała się strzałem w dziesiątkę. Długo nie trzeba było czekać, aby filmowi producenci postanowili wykroić troszkę więcej smakowitych kąsków z tortu zwanego "rebootami". Robocop jest najlepszym tego przykładem, opowiadającym klasyczną już historię filmową od nowa.

Fabuła omawianego obrazu niczym nadzwyczajnym nie zaskakuje. Policjant Alex Murphy prowadzi śledztwo przeciwko lokalnemu światu przestępczemu w Detroit. Wskutek działań przestępców współpracujących ze skorumpowaną policją pada ofiarą zamachu, a skala obrażeń organizmu uniemożliwi normalne funkcjonowanie, nawet jeśli ofiara przeżyje. W tym czasie pracujący dla korporacji Omnicorp dr Dennett Norton składa żonie ciężko rannego funkcjonariusza propozycję przywrócenia go do życia jako policyjnego cyborga, stróża prawa i porządku, jakiego świat nie widział. W ten sposób zostaje stworzony Robocop.

Najnowszy obraz o cybernetycznym gliniarzu to nie jest zwyczajny remake stworzony po linii najmniejszego oporu, lecz reboot, przed którym postawiono zadanie opowiedzenia historii w nieco inny sposób. Wzięli to sobie do serca twórcy filmu, mniejszy nacisk kładąc na elementy kina akcji, zaś przedkładając nad nie wątki moralno-psychologiczne, koncentrując się – ujmując to metaforycznie – na ludzkim wymiarze fabuły bez zamykania się jedynie w technologicznym pancerzu. W tym względzie widać próbę stworzenia obrazu na miarę znakomitego reebota, jakim okazała się historia Mrocznego Rycerza. Inspiracja Nolanowskim Batmanem jest bardziej widoczna niż odległym pierwowzorem, jakim był oryginalny Robocop, chociaż tutaj można odnaleźć ciekawe smaczki związane również z tamtym dziełem.

Rezultatem założenia, iż omawiana produkcja nie ma być tylko i wyłącznie kinem akcji, jest próba nadania głębi psychologicznej bohaterom. Widzowie otrzymują w efekcie pogrążoną w rozpaczy rodzinę Alexa Murpy’ego, cynicznego prezesa Omnicorp (Michael Keaton), dręczonego wyrzutami sumienia genialnego lekarza (Gary Oldman) odpowiedzialnego za przeniesienie ciężko rannego policjanta do cybernetycznej skorupy oraz kilkoro przestępców i policjantów - zarówno tych skorumpowanych, jak i oddanych swojemu powołaniu. Warto wspomnieć także o telewizyjnym prezenterze (Samuel L. Jacskon), no i oczywiście o samym Aleksie (Joel Kinnaman). Wzajemnym relacjom pomiędzy bohaterami poświęcono całkiem sporo miejsca, starając się wycisnąć z produkcji więcej, aniżeli można się było po niej spodziewać. Niestety, paradoksalnie, piękne słowa okazują się oklepanymi sloganami, a fabuła jest więcej niż banalna. Pewnym argumentem na obronę filmu może być fakt, iż dla jego scenarzysty, Joshuy Zetumera, Robocop był debiutem.

Plejada gwiazd, która wzięła udział w filmie, wywiązała się ze swoich obowiązków należycie, chociaż spektakularnych popisów aktorskich nie można uświadczyć. Jest to porządne rzemiosło, jednak w przypadku Gary'ego Oldmana to zdecydowanie za mało. Wydaje się, iż porzucił on role, w których wcielał się w postacie czarnych charakterów, zapewniające mu szerokie pole do popisu. To nie jest ani Carnegie z Księgi ocalenia, ani Zorg z Piątego elementu, ani tym bardziej Norman Stansfield z Leona Zawodowca. To nawet nie jest James Gordon z wielokrotnie przywoływanego tutaj Batmana. Obecna kreacja przywodzi na myśl rabbina Sendaka z Nienarodzonego, miłego pana chcącego czynić dobro w świecie przepełnionym złem, a to zdecydowane nie daje pola do pokazania kunsztu aktorskiego. Dla odmiany całkiem nieźle wypada Kinnaman, znakomicie pasujący do swojej roli za sprawą mimiki oraz niskiej barwy głosu.

Oceniając stronę audiowizualną, wypada po raz kolejny napisać, iż widzowie otrzymali obraz zrealizowany porządnie, acz bez fajerwerków. Rekwizytorium, scenografia, efekty specjalne (zarówno te pirotechniczne, jak i cyfrowe), montaż, udźwiękowienie - do żadnego z elementów składowych nie można się przyczepić, ale też żaden nie wybija się ponad współczesny standard, nieuchronnie lokując Robocopa pośród obrazów przeciętnych. Nawet nie produkcji straconych szans, bo tracić tutaj nie było czego. Ot, rzemiosło, nie sztuka.

Jest fabuła, są uznane nazwiska, efekty specjalne na porządnym poziomie, ale czegoś nie ma. Wydaje się, iż Jose Padilha to zwyczajnie nie jest Christopher Nolan, a elektroniczny glina to nie człowiek-nietoperz. Tym trudno uchwytnym brakującym "czymś" jest najprawdopodobniej geniusz Nolana, który nadał swojemu dziełu i jego bohaterom olbrzymią głębię z nutką szaleństwa. Na tym tle nowy Robocop wypada miernie, nie potrafiąc ani powtórzyć sukcesu Batmana, ani na dobrą sprawę nie wnosząc nic do historii opowiedzianej ćwierć wieku temu, co pozwala wysnuć wniosek, iż Padilha raczej nie sprostał powierzonemu mu zadaniu reaktywacji tematu.

Należy napisać, iż pomimo wzorowej realizacji każdemu z elementów brakuje pazura, co sprawia, iż Robocop to solidnie zrealizowane rzemiosło, ale nic więcej. Wobec tego można zaryzykować stwierdzenie, iż obraz ten już wkrótce przepadnie w odmętach niepamięci, udowadniając, iż kręcenie kolejnych rebootów to wcale nie jest bułka z masłem. Jednocześnie nie można pozbyć się wrażenia, iż świadomość tego faktu mają także twórcy obrazu, którzy zdecydowali się na jego premierę na długo przed sezonem na wakacyjne blockbustery, jakby bojąc się konfrontacji z konkurencją. I to chyba najlepiej podsumowuje niniejszy obraz.