» Teksty » Polecamy / Odradzamy » Polecamy / Odradzamy w sierpniu

Polecamy / Odradzamy w sierpniu


wersja do druku
Autor: Redakcja: Adam 'Aki' Kasprzak

Wojna domowa
2009-08-28

plus

Lubię brytyjskie kino. Od lat z dużą przyjemnością oglądam zarówno ekranizacje książek Jane Austen, jak i seriale BBC czy charakterystyczne już dla Wysp komedie. Wojna domowa trafiła w mój gust idealnie. Przede wszystkim spodobała mi się sama historia. Młody, przystojny John przywozi do rodzinnej posiadłości młodą żonę. Jednak już pierwsze spotkanie żywiołowej Amerykanki, której pasją są wyścigi samochodowe ze skostniałą brytyjską rodziną, która czas wolny spędza na polowaniach nie wypada dobrze. Z czasem konflikt się pogłębia, a jedynego sprzymierzeńca młoda żona znajduje w uroczym teściu. Jak zwykle nie zawodzi humor – jest zabawnie i jak widać da się stworzyć śmieszną komedię bez kloacznego humoru i miliona gagów. Największe brawa należą się jednak zdecydowanie aktorom. Kristin Scott Thomas jako matka Johna jest niesamowita – konserwatywna, uparta, twarda i – czego dowiadujemy się w trakcie filmu – zdolna do wszystkiego w walce o rodzinę. Całkiem dobrze, co mnie ciut zaskoczyło, stawia jej czoła Jessica Biel jako Larita – młoda synowa, która próbuje wprowadzić nieco amerykańskich obyczajów w sztywny brytyjski światek. Barnes jako przyczyna całego konfliktu – młody John, rozdarty pomiędzy miłością do matki, a zauroczeniem piękną żoną – jest przystojny, zakochany i uśmiechnięty, poradził sobie całkiem nieźle i przestał mi się kojarzyć tylko z Kaspianem… Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie Kris Marshall (pamiętacie Colina z To właśnie miłość?) jako Furber – kamerdyner idealny, wypowiadający w przestrzeń komentarze i uwagi, sojusznik Larity. Najciekawiej wypada jednak po raz kolejny Colin Firth – pan domu, obecnie przyzwyczajony do narzekania konserwatywnej żony, jednak kiedyś uciekł, wybierając słodkie nicnierobienie w objęciach francuskich prostytutek, z butelką absyntu w dłoni, popalając opium. Co więcej, Firth tańczy tango – i to jak tańczy… [Marigold]

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę


Largo Winch
2009-08-28

plus

Był sobie kiedyś serial Largo Winch – całkiem sympatyczny, efektowny, do pooglądania – bez zachwytów, ale miło, lekko i przyjemnie. Francuzi postanowili wykorzystać potencjał historii i stworzyli film kinowy. Młody buntownik i dziedzic wielkiego imperium finansowego – Largo włóczy się po świecie i czerpie z życia ile się da. Kiedy jednak jego przyszywany ojciec umiera, wraca karnie do domu, by pokierować wielką korporacją. Niestety ktoś zaczyna polowanie na niego, toteż bohaterowi przyjdzie wykazywać się nie tylko sprytem i inteligencją, lecz także siłą mięśni, wytrzymałością ciała, hartem ducha i niezwykłą wolą przeżycia. Scenariusz przewidywalny, trup ściele się dość gęsto, twórcy zaserwowali widzom całkiem sporo łubudu – strzelaniny, bijatyki, dziurawienie kończyn przetykane sielskimi widoczkami i wspomnieniami z dzieciństwa. Mimo całej naiwności i wielu niedoróbek tak fabularnych, jak i technicznych, oglądało się toto dobrze. Wiadomo, że nie jest to film, który można polecić z pełnym przekonaniem, ale sprawdza się jako przyzwoita rozrywka (szczególnie jeśli ktoś ma sentyment do serialu). W roli tytułowej wystąpił Tomer Sisley – wypadł dość przekonująco, przyzwoicie, ba, wygrał nawet z utrwalonym w mojej głowie obrazem serialowego Largo – Paolo Segantiego. Dla panów zaś śliczna i kilkakrotnie obnażona Mélanie Thierry. Wisienka na torcie to kolejna dobra rola Kristin Scott Thomas.[Marigold]

Miłość na wybiegu
2009-08-21

minus

Prawdę mówiąc, sama nie wiem, co skusiło mnie do obejrzenia kolejnej polskiej produkcji. Po części wpływ na to miały nazwiska – lubię Dorocińskiego, Karolaka i Kunę – oraz to, że akcja toczy się w środowisku bardziej typowym dla Seksu w wielkim mieście niż tego, jakie przywykliśmy oglądać w rodzimych produkcjach. Młoda, naiwna dziewczyna z nadmorskiej miejscowości po maturze wyrusza na egzaminy do Warszawy. Niestety zawód miłosny sprawia, że poddaje się bez walki. Jednak nic to! W zaprzyjaźnionym zakładzie fryzjerskim poznaje szefową agencji modelek, która proponuje jej pracę i dziewczę rusza na podbój stolicy. Oczywiście los postawi na jej drodze przystojnego mężczyznę z problemami, lecz będzie musiała pokonać wiele przeciwności, by miłość mogła zatriumfować. Naiwne toto, głupie, przewidywalne, niezbyt zabawne (nawet duet Karolak – Kuna nie daje rady), a momentami wręcz żenujące. Za dużo reklamy – nazwiska projektantów aż biją po oczach, żeby ich nikt przypadkiem nie przegapił. Jedyne, co nie boli, to aktorstwo. Co prawda Gorczyca jest dość nużąca i wygląda, jakby była wiecznie obrażona, ale nieco oklepana już gwardia wypada nieźle. Dorociński grać potrafi – scenarzyści nie dali mu co prawda szans na rozwinięcie skrzydeł (już chyba wolałam ciapowatego i naiwnego Bartka z Rozmów nocą), ale nietrudno go zapamiętać. Kuna to klasa sama w sobie, potrafi zagrać chyba każdą rolę. Grabowska wypada nieco bladziej, widać, że szkoliła się na planach seriali. Błyszczy natomiast niezwykle jasno Brylska. Na plus kilka miłych epizodów. Polecić mogę chyba tylko tym wybitnie zdesperowanym, którzy nie wiedzą, jak spędzić 93 minuty lub ogromną przyjemność sprawia im oglądanie pokazów mody na wielkim ekranie. [Marigold]

Metro strachu
2009-08-21

plus

Trzyletnia przerwa dobrze zrobiła Tony’emu Scottowi. Jego nowy thriller sensacyjny to kawał solidnego kina. Akcja zaczyna się szybko i trwa do końca bez niepotrzebnych dłużyzn, głupot jest całkiem niewiele, czego nie można powiedzieć o większości współczesnych filmów tego gatunku. Obsada dopisała. Mamy przygrubego Denzela Washingtona, rozgarniętego dyspozytora w nowojorskim metrze, naprzeciw niego stoi nabity John Travolta, szef porywaczy składu metra. Jego postać napisano z pomysłem, przez co udało mu się nawet uratować ostatnią scenę przed totalną sztampą. Obu panom sekunduje John Turturro, który nie miał zbyt wiele do roboty, ale prezentował się dobrze. Całość jest przedstawiona w charakterystyczny dla Scotta sposób – trochę teledyskowo, z nasyconymi kolorami. Ogólnie jest to film warty ceny biletu i nic więcej. Porządny towar, o którym można pogadać przy piwie po seansie. Nie wnosi niczego nowego do gatunku, nie zapadnie w pamięć jakąś sceną czy kultowym tekstem. Zaabsorbuje uwagę widza na 121 minut, rozbawi kilkoma żartami z polityków i zostawi poczucie mile spędzonego czasu.[Craven]



G.I. Joe: Czas Kobry
2009-08-07

plus

G.I. Joe: Czas Kobry da się obejrzeć zupełnie bezboleśnie. Fabuła co prawda nie najwyższych lotów, a na dodatek do cna przewidywalna – zły próbuje przejąć kontrolę nad światem, toteż elitarna jednostka wojskowa wkracza do akcji, by ocalić ludzkość. Za to jest efektownie – ładne sceny wybuchów, widowiskowe walki, supernowoczesne gadżety i broń - jest na co popatrzeć. Obsada nie zawodzi, podobał mi się przede wszystkim Dennis Quaid, pozytywnie – jak zawsze - Jonathan Pryce, Christopher Eccleston i Arnold Vosloo. Dzielnie kroku dotrzymywała im młoda gwardia, drobny plusik za epizod Brendana Frasera. Panom zaś mogę szczególnie polecić rolę Sienny Miller – nie dość, że ładna, to jeszcze w lateksowym wdzianku… Krótko mówiąc, głupiutkie, przewidywalne od pierwszej do ostatniej sceny, ale dobrze się ogląda.[Marigold]




Kac Vegas
2009-08-07

plus

Kac Vegas miał niezwykle głupi zwiastun, który średnio zachęcał do obejrzenia całości. A jednak postanowiłam dać mu szansę. Doug się żeni, toteż wraz z trzema kumplami udaje się do Vegas, by spędzić tam szalony wieczór kawalerski. Zabawa jest przednia, następnego dnia panowie budzą się i odkrywają liczne braki - pal licho stracony ząb, ale gdzie jest pan młody? Film jest masakrycznie durny, ale przy tym bardzo śmieszny. Poziom gagów nie sięgnął nawet podnóży Mount Everest, ale od początku nie zakładałam, że Kac Vegas będzie dziełem z przesłaniem. Zagrane przyzwoicie (mała rólka Heather Graham fajna), Vegas jest fascynujące... Jeśli szukacie czegoś ambitnego, to Kac Vegas na pewno Was nie zadowoli. Natomiast jeżeli nie przerażają Was tygrysy w łazience, braki w uzębieniu, płaczące dzieci, które ktoś uderza drzwiami od samochodu, striptizerki wyginające się na rurach, to pędem do sal kinowych. Ach, zapomniałabym - na napisach końcowych szczegółowe zdjęcia tego, co działo się w Vegas...[Marigold]


Załoga G
2009-08-14

plus/minus

Filmy o zwierzętach są modne. Dzieci chadzają na nie radośnie, wyciągając mniej lub bardziej szczęśliwych rodziców. Jako że potomstwa nie posiadam, obejrzałam Załogę G z własnej i nieprzymuszonej woli. Mocno absurdalna koncepcja - trzy świnki morskie i kret to agenci, którzy wyruszają z misją ratowania świata. Uzbrojeni w masę gadżetów, świetnie wyszkoleni, niezwykle inteligentni (tak, ludzie wypadają przy nich blado...) - pakiet Jamesów Bondów prosto z zoo. Fabularnie jest dość kiepsko, łatwo przewidzieć, co będzie się działo w kolejnej scenie i jak potoczą się dalsze losy uroczych zwierzaczków. No właśnie - świnki morskie są absolutnie cudne. Ogląda się to miło, lekko i przyjemnie, a że człowiek wyłącza przy tym mózg? - mówi się trudno, nie po raz pierwszy i na pewno nie ostatni. Dla dorosłych kilka nawiązań (zapamiętałam przede wszystkim to do Szklanej pułapki). Lekka rozrywka, nie najwyższych lotów, ale bawi. Ciekawi mnie tylko, czy wraz z premierą filmu wzrośnie poziom sprzedaży uroczych gryzoni. [Marigold]


Spotkanie w Palermo
2009-08-21

plus

Po seansie Spotkania w Palermo naszła mnie refleksja, iż jest to jeden z nielicznych filmów, który traci na tym, że ma drugie dno. Gdyby Wenders zogniskował swoje dzieło na opowieści o fotografie - Finnie, który korzysta z życia, zalicza panienki, imprezuje, zarabia, robiąc zdjęcia wielkim gwiazdom (oglądamy sesję Milli Jovovich w ciąży), a potem wyjeżdża do Palermo, błąka się ulicami pięknego miasteczka - byłoby spokojnie, pięknie i chociaż niewiele by się działo na ekranie, niezwykle interesująco. Niestety, postanowił pójść dalej - wprowadzając do historii czynnik paranormalny - znikające strzały, tajemniczy prześladowca z innego świata, dziwne sny. W pewnym momencie mieszanka dwóch światów zaczyna trochę męczyć, ale widok Palermo jest jak balsam dla duszy. Zagrane bardzo dobrze (wręcz zaskakująco dobrze!, szczególnie, że rolę główną powierzono wokaliście Die Toten Hosen), z ciekawą ścieżką muzyczną, ale kładą Spotkanie w Palermo dialogi - filozoficzne dywagacje jakby wyciągnięte z Alchemika Paolo Coehlo. Mimo wszystko warto dla opowieści o Finnie, toteż polecam. [Marigold]



Czytaj również

Resident Evil: Ostatni rozdział
Nareszcie koniec
- recenzja
Strażnicy Galaktyki
Kosmiczna awantura w odległej galaktyce
- recenzja
Pacific Rim [DVD]
Prawie jak porażka. Prawie jak sukces...
- recenzja

Komentarze


996

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Kac Vegas rządzi. Wygląda jak pewnie dwie imprezy zmiksowane i podkolorowane :P
23-08-2009 14:15

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.