Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka

Autor: Maciek 'starlift' Dzierżek

Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka
Piraci z Karaibów podbili już raz serca widzów na całym świecie. Tego lata ponownie święcą triumfy. Charakter filmu nieco się zmienił, ale nikt nie ma złudzeń. Mamy do czynienia z pozycją lekką, łatwą i przyjemną – w sam raz na wakacje.

Ten film mógł podążyć jedną z dwóch ścieżek kariery – stać się kompletną klapą, zaprzepaścić pieniądze producentów i zawieść nadzieje widzów lub osiągnąć sukces większy niż poprzednia odsłona Piratów. Wyjścia pośredniego po prostu nie było. Oczekiwania były ogromne, a poprzeczka postawiona niezwykle wysoko.

Całe szczęście przed seansem udało mi się skutecznie uniknąć recenzji i opinii wygłaszanych przez znajomych. Wymagało to sporej siły woli, ale dzięki temu nieskażony obcymi poglądami mogłem z niepokojem oczekiwać wydarzeń, jakie miały rozegrać się na kinowym ekranie.

Zaskoczył mnie ponury nastrój pierwszych minut filmu - zapowiadał się całkiem poważnie. Co więcej, nie było to złudzenie! Piraci bowiem nieco dojrzeli i w odpowiednich momentach trzymają fason, a dramaturgią potrafią widzowi zszargać nerwy. Na całe szczęście nie odebrało to filmowi niesamowitego zawadiackiego humoru, który decydował o sukcesie poprzedniej części.

Jack Sparrow, choć wydawało się to mało możliwe, jest jeszcze bardziej piracki niż poprzednio. Bezczelny i wiecznie podpity kapitan grany przez Johnny’ego Deepa stał się dwuznaczną postacią (tak, że przy nim znany nam z części pierwszej Jack to niemal świętoszek) o niezwykle giętkim kręgosłupie moralnym. Nasz pirat traci przez to trochę sympatii, jaką obdarzyli go widzowie, ale niewiele musi się wysilać, by ją odzyskać – w końcu to kapitan Jack Sparrow!

Również pozostali aktorzy stworzyli interesujące kreacje. Plejada arcyciekawych bohaterów oglądanych na ekranie wystarczyłaby do obdzielenia kilku innych filmów. Dawka niezwykle skondensowana i przy tym niezwykle satysfakcjonująca. Popisy aktorskie byłyby jednak niczym, gdyby scenarzyści nie powierzyli odtwórcom głównych ról scenariusza bogatego nie tylko w interesujące postacie. Wydarzenia w nim zawarte są ze sobą logicznie powiązane i tworzą niezapomnianą przygodę. Nieco przeszkadza fakt, że jej rozwiązanie poznamy dopiero oglądając trzecią odsłonę Piratów, ale urok filmu i masa wydarzeń zdają się skutecznie tuszować tę niedogodność. Przygoda miesza się z komedią, ale wzbogacono również dramatyczną stronę filmu i rozwinięto charaktery postaci. Sceny przezabawne przeplatają się z historiami, o jakich marzą mali chłopcy (i dziewczynki też!), a wszystko, co zaskakujące, oparte jest na przecież poważnych przeżyciach.

Wątków w filmie jest tyle, że nie sposób ich streścić nie rozpisując się na kilka akapitów i nie zdradzając przy tym ważnych elementów fabuły. W skrócie: Jack spłacić musi długi, a Will Turner jeśli nadal chce wziąć ślub z Elizabeth również będzie musiał się nieźle napocić. Spotkanie dwóch przyjaciół (sic!) owocuje filmem, który zupełnie zasłużenie zdobył serca widzów.

Nie sposób nie wspomnieć o roli, jaką zagrał Bill Nighy. Davy Jones stworzony przez niego i speców od animacji to majstersztyk. Mówcie, co chcecie – przed filmem nie wiedziałem, kto gra okrutnego kapitana Latającego Holendra, o twarzy człowieka skrzyżowanego z ośmiornicą. Jedno spojrzenie na Davy’ego Jonesa wystarczyło by rozpoznać w nim właśnie Billego Nighy. Jego postać robi ogromne wrażenie.

Wielką siłą tego filmu są aktorzy i powierzone im osobowości postaci - łatwo zapomnieć o niesamowitych efektach specjalnych, o świetnej muzyce, o pięknych zdjęciach i o wielkim rozmachu. Jednak nie można nie docenić drugiej odsłony Piratów z Karaibów jako spójnej całości (pomijając niedokończenie fabularne). Film jest godnym kontynuatorem pirackiej serii, której autorzy postanowili nie powtarzać wtórnie tego, co zapewniło im sukces. Twórczo rozwinęli fenomenalny pomysł. Wystarczyło im środków na jego realizację, nie zabrakło pomysłów, a perfekcyjny dobór aktorów sprawił, że Piracka trylogia przejdzie do historii kina. Tego, że zagości na mojej filmowej półce jestem pewien. I to przed obejrzeniem części trzeciej – kręcona równolegle z drugą nie powinna jej bowiem wiele ustępować, a można mieć nadzieję, że finał zaspokoi apetyty fanów.