» Recenzje » Piraci z Karaibów: Na krańcu świata

Piraci z Karaibów: Na krańcu świata


wersja do druku

Co może być lepsze niż Jack Sparrow?

Autor: Redakcja: Mateusz 'Zsu-Et-Am' Kominiarczuk

Piraci z Karaibów: Na krańcu świata
Kolejna trylogia, w której dwie finałowe części kręcono równocześnie. Kolejny raz trudno mi w to uwierzyć. Jedno jest pewne. Piratów mamy z głowy - przynajmniej do czasu kolejnej trylogii. Uczucia po seansie mam bardzo mieszane. To najsłabsza część cyklu - zawiniły głównie dłużyzny i zdradzenie konwencji. Jest też więcej grzeszków. Szczęśliwie nie brakuje jej zalet.

Już w Skrzyni Umarlaka twórcy zdecydowali się na przejście w mroczniejsze klimaty, zatracając w niewielkim stopniu radosną lekkość kina pirackiego, które sami wyciągnęli z Luku Davy'ego Jonesa. W Na Krańcu Świata niepotrzebnie poszli jeszcze dalej. Do tego należy dołożyć pewną niekonsekwencję. Mimo licznych przyciężkich scen, pełno w filmie humoru dla najmłodszej widowni. Już w drugiej części można było mieć zastrzeżenia do potykania się i przewracania, jednak finał trylogii proponuje jeszcze prostszy humor. Zdarzają się też sceny, których najmłodszej widowni nie trzeba było pokazywać, jak choćby makabryczny moment, w którym Davy Jones morduje człowieka mackami. Są wreszcie sceny, przy których widz może osłupieć (Davy Jones krzyczy i furkocze mackami), niepewien czy była to scena humorystyczna czy element horroru.

Prace nad filmem rozpoczęto jeszcze zanim ukończono scenariusz. To widać - trudno też wyobrazić sobie, ile razy musiał być on zmieniany przed ukończeniem. Mam przy tym wrażenie, że ktoś stał nad scenarzystami i podpowiadał, jacy mają być Piraci. Co najmniej dwa fragmenty filmu sugerują, że ten zły człowiek (czyżby producent, Jerry Bruckheimer?) wyszedł do toalety lub by zrobić sobie kawę, bo oto nagle czułem się jak na seansie Klątwy Czarnej Perły. Wątków jest dużo, ale to nie jest wadą. Wadą jest nieumiejętne zmontowanie całości. Trzygodzinny film można by odchudzić wycinając około dwudziestu minut dłużyzn - powiewających żagli i podobnych przeciąganych ujęć z rozwlekanymi, powolnymi dialogami włącznie. Następnie możnaby go odciążyć usuwać kolejne dwadzieścia minut, które zajmują sceny niepotrzebne, łopatologiczne, niekonieczne.

Aktorzy spisali się świetnie. Widać, że czują się wyśmienicie w swoich rolach, a kiepskie dialogi nie są ich winą. Jack Sparrow nie zagarnia całego filmu dla siebie, choć rzecz jasna błyszczy. Gorzej jest z odpowiedzią na pytanie, które postawili sobie twórcy - co może być lepsze niż Jack Sparrow? Tuż obok na ekranie błyszczy Geoffrey Rush, powracający w roli Barbossy. Orlando Bloom troszkę poprawił rzemiosło sceniczne. Keira Knightley - aktorka, z którą dzielę dzień i rok narodzin, również. Przemiło również oglądać pokaźną galerię dalszoplanowych postaci - tych znanych i tych nowych (z pirackimi lordami na czele). Słabo wypada jedynie Sao Feng - wygląda na to, że nie było pomysłu na postać dla Chow Yun-Fata.

Na koniec oprawa. Efekty w całej trylogii są wyśrubowane do granic możliwości. Dariusz Wolski, autor zdjęć mógł świetnie się spisać w Klątwie Czarnej Perły i Skrzyni Umarlaka, tym razem jednak otarł się o geniusz, może nawet już od drugiej strony. Do tego cudne plenery, fantastyczne stroje i statyści (bliźniaczki, grubasy w Singapurze). Lekki zgrzyt przy obowiązkowym ujęciu a'la Władca Pierścieni - czy twórcy efektów rywalizują o to, kto zrobi najdłuższe ujęcie cyfrowej fortecy migoczącej pierdylionem pochodni, z wygenerowanym zylionem pomostów i przejść, wokół której kamera wykona co najmniej dwa obroty? Muzyka Hansa Zimmera jest wyśmienita, być może nawet najlepsza z całej trylogii (a może jedynie kontrastowała pozytywnie z drętwymi i rozwlekłymi dialogami).

Jak widać, Piraci z Karaibów: Na Krańcu Świata mają sporo zalet. Szkoda że pozytywny efekt skutecznie psują trzy przewijające się przez trzygodzinny seans wady. Dłużyzny, które dało się pominąć. Kiepski humor, który nie był konieczny. Brak wspaniałej lekkości części pierwszej. Kto widział pierwszą część, z pewnością jest fanem, obejrzał już Skrzynię Umarlaka i bez względu na opinie recenzentów wybierze się do kina na ostatni epizod trylogii. Kto jej nie widział (są tacy?), na pewno nie powinien zaczynać przygody z piratami od końca. W związku z tym nie ma tu miejsca na rekomendację, a jedynie na finał w jednym zdaniu: Mogło być lepiej.


Ocena: 3.5 / 6
7.89
Ocena użytkowników
Średnia z 75 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 8

Dodaj do swojej listy:
chcę obejrzeć
kolekcja



Czytaj również

Piraci z Karaibów: Na krańcu świata
Czyli świat jest za mały
- recenzja
Piraci z Karaibów: Na krańcu świata
Na krańcu trylogii
- recenzja
Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka
Istna skrzynia skarbów
- recenzja
Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka
Płyńcie na ten film!
- recenzja
Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły
Pirate’s life for... you!
- recenzja

Komentarze


MidMad
    Otóż to...
Ocena:
0
...nic dodać, nic ująć. W końcu siedzieliśmy z tej samej strony ekranu :D

W sumie to tylko do jednego się przyczepię - moim zdaniem Keira K. wypadła tym razem troszkę blado... a może to tylko skutek zupełnej zmiany koncepcji samej postaci?

Niemniej jednak Depp jak zwykle pokazał klasę. I to na wiele sposobów ;)
25-05-2007 23:28
18

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Heh, miałem plan samemu zasiąść do recenzji tego filmu wkrótce po obejrzeniu. Z jednej strony zgadzam się z 3.5 (niespójności biły mnie po oczach, zaś efekty nie wywoływały zachwytu), z drugiej możliwe jednak, że postrzegam film tak teraz, na gorąco, zaś z czasem zmienię zdanie. PotC III z pewnością nie pobije w moim "rankingu" dwójki, jednak z ostateczną oceną filmu muszę się wstrzymać. :)
26-05-2007 00:06
Repek
    Craven... [uwaga, na pewno spoilery!]
Ocena:
+1
...oczywiście co do odczuć i gustów nie polemizuję [humor czy długość filmu], ale:

1. Gdzie złamano konwencję? Jeśli ją zmieniono, to w dwójce, odcinając się od 'lajtowej' jedynki. To wyraźnie sygnalizuje choćby scena początkowa trójki. Śmierć na poważnie - to inny film niż jedynka, z całą pewnością. Już w dwójce jest dość 'brutalnie' i przemoc w trójce nie dziwi.

2. (Davy Jones krzyczy i furkocze mackami)
O której scenie mówisz? W finale tuż przed bitwą, gdy zaczyna padać deszcz? Przecież wiadomo, o co chodzi: Kalipso właśnie powiedziała mu, że wie, że ją zdradził. Nie ma tu nic osłupiającego - już wie, że jego sekret został wydany. W kolejnym ujęciu dodatkowo wyjaśniają to Pintel i Ragetti.

Dziś byłem drugi raz, celowo z chłodnym w miarę dystansem - nie ma w tym filmie jednej sceny niespójnej fabularnie czy logicznie. [pomijam oczywiście długość - tu już kwestia tego, co kto lubi imho - jak dla mnie mógłby trwac jeszcze z godzinę, a i tak bym się nie nudził :) ].

Poza tym nie wiem, czy powinno się rozbijać za mocno dwójkę i trójkę. To jest jedna opowieść, utrzymana w jednej stylistyce [no, może teraz zrobiło się nieco optymistyczniej], ale masy wątków z dwójki nie da się ocenić bez trójki. Co więcej - pięknie w trójce dopełniono rzeczy z jedynki.

Pozdrawiam
26-05-2007 01:24
Altheriol
   
Ocena:
0
Zgadzam się - producent nie wiedział chyba za bardzo czy uderzyć w mrok czy w komizm. Wyszła trochę papka, którą ciężko momentami przejeść. A i scen można wyciąć trochę. Trzeciej części brakuje charakteru i wyrazistości jaką poprzednie dwie miały. Szkoda, a mogło być lepiej. :)
26-05-2007 01:56
996

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
1. tak a w trójce poszli z tym jeszcze dalej.

2. scena w której przechodzi przez to ustrojstwo do wzywania krakena i jack nim obraca w kółeczko.

logicznie i fabularnie jest ok.
26-05-2007 07:58
~noth

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
ja czulem wielki niedosyt. 2 byla lepsza. generalnie ten cykl caly budzi moje mieszane uczucia. konwencja mi sie podoba. smaczki pojedyncze sa super. ale calosc jakos wychodzi srednio.
26-05-2007 11:47
beacon
   
Ocena:
0
Dla mnie film nie był zły, jedynie duchota w kinie dokuczała ;D

A poważniej - nie lubię, kiedy w każdej scenie musi wejść jakiś żarcik niezbyt wysokich lotów, a w piratach tak właśnie było. Nawet w scenach, które powinny być patetyczne, wyskakuje jakiś debil i robi coś głupiego rozbijając delikatny jak porcelanowa filiżanka nastrój o brudny pokład.

Dodatkowo - obdarto z dramatyzmu fakt, że Turner tylko 1 dzień na 10 lat będzie widział swoją ukochaną. Zrobiono z tego wesołe love story, zamiast dramat dwojga zakochanych.

Scena w luku davy'ego jonesa i te klony Sparrowa - nie wiem czemu to miało służyć. Do wywalenia, nudne było.

Konwencja - cóż - nieco poważniejsza, ale dowcipy przegięte.

edit: Oscara dla małpy Barbossy.
26-05-2007 11:59
rincewind bpm
   
Ocena:
0
Btw, ciekawa rzecz. To jeden z nielicznych filmów, który wśród bardzo zainteresowanych (czyli, min. nas) dostaje trochę słabszych ocen, niż wśród profesjonalnych recenzentów, którzy często filmy typowo rozrywkowe oceniają znacznie słabiej. W Tok-FM piraci dostali 4.5/6, a nawet w wg. mnie sztywnej pod tym względzie (np. tylko 3 dla 300 i tylko 4 dla Gwiezdnych Wojen!) GW 4/6.
26-05-2007 12:33
996

Użytkownik niezarejestrowany
    .
Ocena:
0
w filmwebie dość pojechali po filmie, stopklatka o ile pamietam bardziej pozytywnie.
26-05-2007 12:50
Repek
    RE:
Ocena:
0

@Craven
2. scena w której przechodzi przez to ustrojstwo do wzywania krakena i jack nim obraca w kółeczko.
Hm, no to nie wiem... przecież to taka klasyczna scenka w bitwie - ryknął sobie na Jacka i tyle.

@beacon
Dodatkowo - obdarto z dramatyzmu fakt, że Turner tylko 1 dzień na 10 lat będzie widział swoją ukochaną. Zrobiono z tego wesołe love story, zamiast dramat dwojga zakochanych.
Miało być jak u von Triera? Dokonali wielkiego poświęcenia, to i choć niewielką nagrodę muszą mieć. I tak jest dramatycznie, bo będą się widywac jeden dzień na 10 lat, a to samo w sobie nie jest wybitnie wesołe. Zachowują się jednak tak, jak na herosów przystało - akceptują swój los, bo tak trzeba było zrobić.

Pozdrówka
26-05-2007 15:00
~SLP2000

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
nawet nie dlatego, że tak trzeba było zrobić

Turner umierał, i to było jedyne wyjście, by go uratować.

Zyskali jeden dzień na 10 lat, ale to i tak więcej, niż by mieli gdyby umarł.
26-05-2007 15:36
Repek
    CO więcej...
Ocena:
0
...od samego początku było jasne, że to tylko Will może zrobić:
- tylko on ma czyste serce [nie boi się śmierci]
- tylko on jest wiernym kochankiem [może odczynić zło, które rozpoczął Davy]
- tylko on ma naprawdę coś do stracenia [Liz], więc tylko jego wybór jest dramatyczny, bo stawia coś na szali

Pozdrawiam
26-05-2007 15:50
996

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Hm, no to nie wiem... przecież to taka klasyczna scenka w bitwie - ryknął sobie na Jacka i tyle.

Nie mam nic przeciw wykorzystywaniu sprawdzonych schematów (z reguły, kwestia idei filmu i wyczucia). Ale trzeba to robić umiejętnie. Ta scena była do bani, ni to zabawne, ni przejmujące.
26-05-2007 16:16
Repek
    Dla mnie...
Ocena:
0
...to taki szczegół typu: za głośne łopotanie żagla lub zbyt duża armata... jakie to ma znaczenie dla całości filmu? To nawet dla tej sceny pojedynku jest detalem, który - oczywiście - może nie poruszać szczególnie. Imho to po prostu taki tam sobie ryk bojowy i tyle. Wpisuje się w scenę walki.

Pozdrawiam
26-05-2007 16:34
18

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
jakie to ma znaczenie dla całości filmu?

Mnie też się to mlaskanie mackami nie podobało - znaczenie miało takie, że wywaliło mnie na moment z "wnętrza" filmu. Poczułem, że "coś jest nie tak" w tej scenie.

Za to podobało mi się, jak Davy zjada mózg kumpla Becketta - takie to było... didowe ;)
26-05-2007 16:56
Repek
    Nad tą...
Ocena:
0
...śmiercią się zastanawiałem, bo rzeczywiście scena mocna jak na film od lat 12. :) Magda za drugim razem już np. zamykała oczy. :)

Konwencjonalnie jest ona natomiast trafiona w punkt - tak jak zabijał, tak ginie. Nisko i obślizgle, ma to na co zasłużył.

Pozdrawiam
26-05-2007 17:10
neishin
    The pirate's life for... not me?
Ocena:
0
Ogólnie popieram Cravena. W końcu siedzieliśmy razem po drugiej stronie sali kinowej:> Jego dobór argumentów niekiedy jest nieteges (sorry stary, ale z tymi mackami w nieistotnej scenie to wpadłem, to szczegół. Owszem, wybijający, ale było takich więcej i bardziej o czym zaraz).

Po przemyśleniu (przy muzyce z filmu, po szczegóły zapraszam za chwilę na bloga) stwierdzam, że ten film był dobry. Jest dobry. Będzie dobry. Ale! Mógłby być bardzo dobry. Damn, mógłby być wyśmienity, wyczesany, wypaśny i zrywający berety, ale zabiło go kilka rzeczy:

1. Humor - obniżający się w dwójce tutaj schodzi jeszcze niżej. Wielu Jacków? Ok, przełknę za pierwszym razem, bo śmierć może wprowadzić w obłęd. Do tego wrzucona na siłe rozmowa dwóch marynarzy, którzy pilnowali skrzyni z sercem gdy wykradał je Jack - owszem, kopia i nawiązanie podobnej rozmowy w jedynce, przy czym tam była mega zabawna i sensowna w phytonowski sposób. Tutaj widać, że była robiona na siłę i do tego z mocno, bardzo mocno kiepskimi dialogami.

2. Brak spójności wizji - to jak to jest? Robimy film dla dzieci czy idziemy po bandzie i serwujemy mroczną historię? Powiem szczerze - tak jak początek dwójki był dupny (czemu ona siedzi na deszczu w sukni ślubnej? do dziś nikt mi tego nie wytłumaczył:> Owszem, wygląda super, ale sensu tam za grosz) to w trójce mnie chwycił. I trzymał do pierwszego kiepskiego żartu. Spodziewałem się mrocznej opowieści, owczywiście z humorem, ale nie z takim przeznaczonym dla sześciolatka. A tu nagle Jack dostanie swoje kopie w formie diabełka i aniołka na ramionach... sorry, ja odpadam. To albo film dla dzieci albo dla dojrzalszego widza. Albo rybki albo akwarium.

3. Długość - 170+ minut. Mogę wysiedzieć więcej. Widziałem Aleksandra, z reklamami i trailerami (a długość tego dzieła mnoże przez dwa, bo nudny był) i nawet za bardzo mnie tyłek nie bolał. CHodzi o to, żeby wypełnić ten czas czymś innym niż niepotrzebnymi, rozwlekłymi scenami, które nic nie wnoszą (Zatoka Rozbitków czy jak to się tam nazywało nie zrobiła na mnie wrażenia, a minutę urwała; najazdy kamery przez zielone wyspy na statek rodem z Władcy Wiadomo Czego - scena przy przechodzeniu przez góry, radzę porównać).

4. Troszkę bezsens - głównie rozbiła mnie tutaj przemowa Braveheartowska - Freedom, La Liberte, Wolność i swoboda, która pasowała tutaj jak pięść do oka. Serio serio, takie mam wrażenie. Jasne, co innego można powiedzieć bandzie piratów? Rypniem, zagrabim, spalim, zapijem? Może to i niskie, ale przynajmniej sensowne biorąc pod uwagę target przemowy:P

5. Rzeczywiście szkoda, że nie pociągneli motywu "raz na 10 lat". Bo teraz to może i fajnie wygląda, ale za 30 lat on ciąglę będzie taki sam, a ona będzie babcią... A można było to rozwiązać inaczej:P

Niemniej niektóre motywy zrywają beret, nie przeczę. Jest też kilka zabawnych scen rodem z pierwszej częsci. Niektóre ujęcia zabijają rewelacyjnościa (W samo południe). Szkoda, że cały film taki nie jest.

P.S. Tak, repku, wiem, że zaraz mi odpowiesz i zaargumentujesz, ale nie słucham gościa, który jeszcze przed filmem już założył, że nieważne co w nim będzie, bo i tak jest genialny:P

P.P.S. Wracając do wejściówki filmu - czy ktoś jeszcze miał takie skojarzenie z Facetami w rajtuzach (biorąc pod uwagę wejście i 2 i 3), czyli cytat "Będzie ślub albo wieszanko, w każdym razie kupa dobrej zabawy":P?
26-05-2007 21:32
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Motyw raz na 10 lat macie po napisach końcowych
26-05-2007 21:50
Repek
    @neishin
Ocena:
0

SPOILERY.

P.S. Tak, repku, wiem, że zaraz mi odpowiesz i zaargumentujesz, ale nie słucham gościa, który jeszcze przed filmem już założył, że nieważne co w nim będzie, bo i tak jest genialny:P
Nie założyłem, choć jedno jest pewne - zawszę idę do kina maksymalnie pozytywnie nastawiony, szczególnie gdy idę na film rozrywkowy. Większa szansa, że się dam wciągnąć i będę się idealnie bawił, a jeśli okaże się cienki - trudno. W chłodnej ocenie po fakcie mi to nie przeszkadza.

A z gustem przecież nie polemizuję - jeśli komuś humor nie pasi, to przecież nie wyjaśniam, że pasi. Mnie pasował, ale nie dla humoru chodziłem na Piratów zawsze, więc nawet jeśli coś mnie nie porwało i nie zmusiło do zwijania się pod fotelem [a takiego humoru to nawet w Piratach na szczęście nie pamiętam], to nie była to dla mnie wadą.

czemu ona siedzi na deszczu w sukni ślubnej? do dziś nikt mi tego nie wytłumaczył:> Owszem, wygląda super, ale sensu tam za grosz)
No to proszę: bo to powtórzenie pierwszej sceny z jedynki, gdzie była mała, również w sukience. Poza tym:
- bo to klimatyczna scena
- bo jest ważne, by było widać jej suknię [potem się pojawia parę razy]
- bo tworzy klamrę z finałem części trzeciej [czyli wreszcie jest ślub, do którego dopiero teraz dojrzeli]
- bo suknia pojawia się też w jedynce

Jak zobaczę jeszcze raz całość mogę jeszcze sprawdzić inne niuanse.

5. Rzeczywiście szkoda, że nie pociągneli motywu "raz na 10 lat". Bo teraz to może i fajnie wygląda, ale za 30 lat on ciąglę będzie taki sam, a ona będzie babcią... A można było to rozwiązać inaczej:P
A kto powiedział, że to tak się skończy? :) Może się za chwilę okaże, że będzie trzeba szukać nastepcy i Will spokojnie umrze sobie razem z Liz, a młody Will będzie miał własne przygody? :)

Pozdrówka
26-05-2007 21:51
neishin
    repek
Ocena:
0
Aye, ale idąc z takim nastawieniem nie oglądasz go obiektywnie:P

Co do suknie - jasne, to są niuanse. Ja pytam o sens. O plotowe wyjaśnienie. Mówiąc prościej o jedno słowo: Dlaczego? Nie interesuje mnie analiza i domyślanie, mistyka i symbolika. Interesuje mnie Dlaczego.

Co do skończenia - jeżeli będą to ciągneli to mają u mnie wielkiego minusa. Jak już zakończyli to mam nadzieję, że definitywnie. Teraz mogą uwolnić się od W&E (wielka szkoda panny Knightly) i dać nowych bohaterów (albo nawet nie i skoncentrować się na Jacku i Barbarossie). Zresztą podobno Orlando i Kiera nie wyrazili chęci wzięcia udziału w kolejnych częsciach (jeżeli te miałyby się nakręcic). A wystarczyło przebić serce za pomocą połączonych dłoni obojga bohaterów:P
26-05-2007 22:19

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.